Pojechali bez paszportów, wrócili z remisem. Pierwszy mecz Polska–Rumunia

3 września 1922 roku reprezentacja Polski po raz pierwszy zmierzyła się z Rumunią. Sam wynik - 1:1 – może i nie zapowiadał szczególnie barwnej historii. Tyle że w Czerniowcach futbol był właściwie jej na drugim planie. Bo anegdot z tamtego wydarzenia jest bez liku!

Piłkarze Polski i Rumunii w 1922 r.Piłkarze Polski i Rumunii w 1922 r.
Źródło zdjęć: © domena publiczna | Tygodnik Sportowy
Tomek Sowa

Były paszporty, które nie zdążyły za piłkarzami, przymusowy nocleg, treningowe boisko ze śmietnikiem, następca rumuńskiego tronu na trybunie, sześć tysięcy ludzi i gol stracony dlatego, że dwóch Polaków uznało, iż piłka zaraz opuści boisko…

A wszystko dotyczy meczu, którego część polskich działaczy i dziennikarzy najchętniej w ogóle by nie rozgrywała!

Mecz, którego lepiej było nie brać?

Rumuni zgłosili się z propozycją późno. Spotkanie miało odbyć się do 10 września. PZPN zaczął gorączkowo sprawdzać, kto właściwie może jechać. Problem był poważny, bo Cracovia, Wisła, Pogoń Lwów czy Polonia Warszawa miały już zajęte terminy. Do dyspozycji pozostawali między innymi zawodnicy Warty, Jutrzenki, Czarnych, Lechii, Korony i łódzkich klubów.

Decyzję ostatecznie podjęto na referendum związków okręgowych. Reprezentacja miała jechać. "Przegląd Sportowy" nie przebierał w słowach.

"Krok to naszem zdaniem ryzykowny i lekkomyślny" - oceniano przed spotkaniem.

Obawiano się, że ewentualna porażka z Rumunią popsuje całkiem dobrą opinię, którą młodziutka reprezentacja dopiero zaczynała sobie wyrabiać.

"Nikt za granicą nie będzie wiedział, a nawet się pytał o to, jaką drużynę wystawiła Polska" – argumentował redaktor.

Pesymizm był tym ciekawszy, że spotkanie nie budziło w Polsce większych emocji. Zupełnie inaczej w Rumunii. Tam mecz urósł do rangi sporego wydarzenia. Ostatecznie na trybunach znalazło się blisko sześć tysięcy ludzi - rekordowa liczba jak na ówczesne Czerniowce. Pojawił się również następca tronu Karol.

"Grę rozpoczyna następca tronu i silnem kopnięciem przenosi piłkę na stronę polską" - pisał Juliusz Pawłowski w "Tygodniku Sportowym".

Zanim jednak przyszło kopanie w futbolówkę, trzeba było do Czerniowiec dojechać. A to okazało się… osobną dyscypliną sportu.

Paszporty w Warszawie, piłkarze na granicy

Termin wyjazdu przesunięto na noc z czwartku na piątek, choć paszporty uczestników… nadal znajdowały się w Warszawie. Piłkarze mieli ruszyć z Krakowa o 1:48. Ruszyli dwie godziny później. Gintel zdążył nawet zażartować, że śpiący Fryc "będzie się strasznie gniewał, gdy zobaczy, żeśmy jeszcze w Krakowie".

We Lwowie dokumentów wciąż nie było. Reprezentanci postanowili mimo wszystko jechać dalej, najwyraźniej wierząc, że jakoś to będzie. Na granicy okazało się, że nie będzie. Drużyna musiała przenocować w Śniatyniu…

Fragment meczu Rumunia-Polska z 1922 r.
Fragment meczu Rumunia-Polska z 1922 r. © domena publiczna | Tygodnik Sportowy

I właśnie tam wyprawa nabrała klimatu, którego nie wymyśliłby autor najlepszej komedii. Miejscowi zaprosili bowiem Polaków na swoje boisko treningowe. Ot, taką polanę, pośrodku której znajdował się… śmietnik. Piłkarze obejrzeli obiekt, pożartowali, a później ruszyli z pieśnią na ustach na wieczorny spacer po mieście.

Następnego dnia dokumenty wreszcie dotarły. Po przekroczeniu Prutu humory dopisywały wszystkim. Zawodnicy zaczęli mówić po "rumunesti", czyli po prostu dodawać końcówkę "-esti" do różnych słów. Trudno o lepszy dowód, że kadra nie była szczególnie sparaliżowana rangą wydarzenia.

Na boisku żarty jednak się skończyły. Murawa była pokryta grubą warstwą kurzu, z której gdzieniegdzie wystawały kępki trawy. A jednak Polacy rozpoczęli znakomicie. Przez pierwsze 20 minut grali brawurowo. Rumuni byli zaskoczeni.

W 14. minucie Bułanow podał do Szperlinga, ten do Duźniaka. Napastnik strzelił, piłka otarła się jeszcze o obrońcę i wpadła do siatki. 1:0. Chwilę później mogło być 2:0, ale świetne uderzenie Szperlinga zatrzymało się na słupku.

Do przerwy Polska prowadziła. Później spotkanie zaczęło się odwracać.

W 10. minucie drugiej połowy Rumuni mieli rzut wolny około 30 metrów od bramki. Kosovics uderzył mocno. Ludwik Gintel uznał, że piłka leci na aut. Bramkarz Przeworski najwyraźniej pomyślał dokładnie to samo. Gdy połapał się, było już za późno. Piłka przemknęła obok prawego słupka. Gol!

"Polska traci głowę" – zapisał reporter. Przez kilka minut Rumuni zdecydowanie przeważali. Później biało-czerwoni się otrząsnęli, ale kolejnej bramki już nie było. Końcówka znów należała do gospodarzy.

"Przystępując do oceny zauważyć muszę, że gra – jak wyżej zaznaczyłem była naprawdę pierwszoklasową. Wynik jest również należytym wykładnikiem sił obu przeciwników, gdyż wybitnej przewagi z żadnej strony nie było. W pierwszej połowie posiadaliśmy lekką przewagę, w drugiej ta była po stronie Rumunów" – pisano w "Tygodniku Sportowym".

Ostrzej oceniono organizację całej wizyty. Na oficjalny bankiet wysłano zaledwie pięć zaproszeń, więc dr Józef Lustgarten odmówił udziału, domagając się zaproszenia całej drużyny.

Był więc remis, niedosyt i trochę dyplomatycznej obrazy. Ale przede wszystkim był pierwszy rozdział historii polsko-rumuńskich meczów.

Dziś czas na kolejny epizod…

Wybrane dla Ciebie