O 20.10 padł strzał startera. Cathy Freeman ruszyła z szóstego toru. Na trybunach Stadionu Olimpijskiego w Sydney było ponad sto tysięcy ludzi. Ale przez następne 49 sekund uwaga skupiła się tylko na niej. Ubrana w zielono-srebrny kombinezon z kapturem, pochyliła sylwetkę do przodu i ruszyła. To było jedno okrążenie, na które Australia czekała latami.
Tego dnia Freeman obudziła się około dziesiątej. Zjadła tosty z dżemem, wypiła herbatę. Czytała gazety, oglądała telewizję i rozmawiała z rodziną. Ot, zwyczajny poranek. Potem spacer z mężem i kilka godzin snu. Do torby spakowała również maskotki, które miały przynosić jej szczęście. Wieczorem pojechała na stadion. O 20.10 rozpoczął się najważniejszy bieg jej życia.
Po 49,11 sekundy była mistrzynią olimpijską.
Kilka lat wcześniej podobny scenariusz wydawałby się opowieścią wręcz nierealną. Nawet jak na sport.
Gotowa na mistrzostwo
Cathy dorastała w Mackay w Queensland. Biegać zaczęła jako dziecko, ścigając się także z chłopcami. W wieku 16 lat wystąpiła już na Igrzyskach Wspólnoty Narodów. Z czasem przestała być tylko utalentowaną dziewczyną z północnej Australii. Stała się jedną z najlepszych biegaczek świata. Razem z sukcesami rosła też jej świadomość. Dbała o tożsamość.
Była dumną kobietą pochodzenia aborygeńskiego. Jej babcia należała do pokolenia rdzennych dzieci odbieranych rodzinom w ramach polityki asymilacyjnej. Kiedy w 1994 roku Cathy wygrała 200 i 400 metrów podczas Igrzysk Wspólnoty Narodów w Victorii, na rundę honorową zabrała flagę Aborygenów. Wywołała dyskusję, ale nie zamierzała się tłumaczyć ze swojego pochodzenia.
W 1996 roku w Atlancie zdobyła olimpijskie srebro. Pokonała ją Marie-José Pérec. Potem przyszły dwa tytuły mistrzyni świata: w Atenach w 1997 i Sewilli w 1999 roku. Sydney miało być rewanżem. Pérec jednak opuściła Australię jeszcze przed biegiem. Faworytka gospodarzy została sama z oczekiwaniami swoich kibiców.
"Chciałam zostać mistrzynią olimpijską. Byłam gotowa całym sercem i duszą. Miałam zabójczą pewność siebie" – wspominała po latach.
Nie wierzyła...
Dziesięć dni wcześniej powierzono jej jeszcze jedną rolę. Podczas ceremonii otwarcia, ubrana w biały kombinezon, weszła do kręgu wody i zapaliła znicz olimpijski. Symbolika była oczywista. Ona, przedstawicielka rdzennej ludności Australii, znalazła się w samym centrum największego święta sportowego czterolecia…
Kiedy dziewięć dni później przecięła linię mety, przez moment nie wierzyła. Usiadła na bieżni. Dopiero potem ruszyła na rundę honorową. Tym razem z dwiema flagami: australijską i aborygeńską.
Po Sydney Freeman zrobiła przerwę. Później próbowała wrócić, ale przeszkadzały jej kontuzje i problemy osobiste. W 2003 roku, mając trzydzieści lat, uznała, że nie ma już w sobie energii potrzebnej do zawodowego biegania.
"Nie mam już serca do sportu. Straciłam zapał konieczny do treningu" – podsumowała.
Bieganie jednak nigdy całkiem z jej życia nie zniknęło.
"Pamiętam wielkie podekscytowanie w moim domu. Rodzice stali z gazetą i czytali moje nazwisko. Uśmiechałam się od ucha do ucha" - mówiła w 2025 roku, wracając do początków swojej olimpijskiej drogi.
W 2007 roku współtworzyła fundację swojego imienia, wspierającą edukację dzieci z rdzennych społeczności Australii. Po piętnastu latach przekazała stery organizacji następcom. Działalność jest dziś kontynuowana pod nazwą Murrup.
Cathy Freeman przebiegła w Sydney tylko jedno okrążenie. Czterysta metrów. W 49,11 sekundy. Tyle wystarczyło, żeby zapisać się w historii sportu i kraju. Tyle, albo aż tyle…