Polska – ZSRR 1957: dwa gole, które uradowały kraj. Legendarny mecz Gerarda Cieślika
20 października 1957 roku Polska ograła ZSRR 2:1. Dwa gole Cieślika dały kibicom coś więcej niż zwycięstwo…
Dla Gerarda Cieślika tamten mecz był jednym z wielu. Robota miała być zrobiona, ale zdawał sobie sprawę, jak wiele znaczył dla widzów. 20 października 1957 roku na Stadionie Śląskim stanął naprzeciw drużyny, z która miała nie tylko swoją rangę stricte piłkarską, ale i symbolikę, wykraczającą poza zieloną murawę. Był nią Związek Radziecki, wówczas mistrz olimpijski, który we wcześniejszym meczu w Moskwie pokonał Polaków 3:0. A wcześniej Finom, innym grupowym rywalom, strzelił dziesięć goli. Grano o zachowanie szans na udział w mundialu w Szwecji. Stawka była więc wysoka. I to wszystko w czasach, gdy ludzie świeżo pamiętali Poznań 1956 i gdy słyszeli wypowiedź Władysława Gomułki o potrzebie zmiany relacji z sąsiadem zza wschodniej granicy. W październiku 1956 na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR Gomułka mówił przecież:
Dużo czynników zewnętrznych złożyło się na atmosferę wokół meczu. Sport kolejny raz zmiksował się z polityką. A stadion stał się okazją do manifestacji.
Polska-ZSRR 1957: mecz większy niż sport
Na trybunach blisko sto tysięcy ludzi. Morze biało-czerwonych flag, śpiew, dźwięk orkiestry i napięcie, które można było kroić nożem. Bardzo wyczuwalne. Przyszedł czas na rewanż za lata milczenia, za całe doświadczenie narodu, który chciał wreszcie poczuć dumę.
W radzieckiej bramce stał legendarny Lew Jaszyn, to on miał być jednym z tych, którzy zatrzymają polskie zapędy. Te sportowe…
“To był najlepszy bramkarz świata. Ale ja go się nie bałem” – wspominał po latach Gerard Cieślik.
„Myśmy wyszli na boisko, żeby grać, nie stać. Dzisiaj często zawodnicy stoją, oglądają się na innych. Wtedy każdy chciał grać, każdy chciał dać z siebie wszystko” – dodawał.
Dwa gole, które uradowały kraj
Pierwszy gol padł po akcji, którą pamiętał do końca życia: Ginter Gawlik podał do Lucjana Brychczego, ten zagrał do Kempnego, a on – Cieślik – dopadł piłki w polu karnym i uderzył bez namysłu. Gol. Jaszyn nie mógł nic zrobić. Stadion Śląski eksplodował.
Drugi gol był jeszcze piękniejszy. “Kicia” Brychczy wrzucił futbolówkę, a Cieślik wyskoczył w powietrze i uderzył głową. 2:0.
“To była sztuka, proszę uwierzyć, bo Jaszyn bronił wszystko. Ale wtedy się udało” – mówił strzelec.
Kiedy sędzia odgwizdał koniec meczu, ludzie wbiegli na murawę. Nieśli go na rękach. “Nigdy wcześniej nie widziałem takich łez w oczach kibiców” – wspominał. Polska wygrała 2:1. Cały kraj świętował.
Po latach, kiedy pytano go, jak pokonał legendarnego Jaszyna, odpowiadał z uśmiechem:
“Trzeba mieć trochę sprytu. I serce do gry. Bez tego żadna taktyka nic nie da”.
|Czytaj też: Historia polskiej piłki nożnej
Chłopak z Górnego Śląska
A on rzeczonego sprytu miał w brud. Był niewysoki, więc musiał szukać sposobu na silniejszych i większych przeciwników. Miał też dobry do sportu charakter. Nie lubił patosu. Był chłopakiem z Górnego Śląska, gdzie ważniejsza od słów była robota. Dla niego to był mecz jak każdy inny, choć wiedział, że dla ludzi znaczył dużo więcej. W tamten październikowy dzień stał się bohaterem narodu.
“Porównywalne emocje widziałem tylko raz, gdy wybrano papieża Polaka” – opowiadał później Jan Miodek. Przy okazji znany profesor wspomniał, że kiedy jako dziecko spotkał Cieślika, nie potrafił wydusić słowa. Tak bardzo był oczarowany nim, piłkarzem.
“On tylko się uśmiechnął i powiedział: dobrze, że taki młody, a już kocha sport. Taki był. Ciepły, prosty, prawdziwy”.
Bo Cieślik nie popadał w samozachwyt. Kiedy w rozmowach padło pytanie, czy czuł się wtedy najważniejszym człowiekiem w kraju, machał ręką:
“To kibice byli najważniejsi. Dla nich się grało”.
Rewanż w Lipsku
Choć zwycięstwo nad ZSRR w Chorzowie ma dziś status “legendarnego”, droga na mundial wciąż pozostawała niepewna. Polacy wygrali z Finlandią dwa razy: 3:1 w Helsinkach i 4:0 na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie. Ale to wciąż było za mało, by być pewnym awansu. O wszystkim miał zdecydować baraż, trzecie starcie z ZSRR. Mecz ostatniej szansy.
Pierwotnie planowano go rozegrać na neutralnym terenie, by nikt nie mógł mówić o przewadze jednej ze stron. Jednak polityka znów wtrąciła się w grę. Pod naciskiem radzieckich działaczy postanowiono, że spotkanie odbędzie się w Lipsku, mieście, które od końca wojny pełniło rolę ogromnego garnizonu Armii Czerwonej. Trudno więc mówić o neutralności…
24 listopada 1957 roku na Stadionie Centralnym zgromadziło się sto tysięcy ludzi. Tym razem trybuny nie pomagały. Polacy przegrali 0:2 i pożegnali się z nadziejami na awans.
|Czytaj też: Trener Gerard Cieślik i piłkarscy działacze
„Grać fair”
Po latach Gerard Cieślik wracał do tego wygranego meczu z nostalgią. Nie z powodu sławy, jaką mu przyniósł, lecz atmosfery. Wspominał całe rodziny, śpiewy, kulturę dopingowania. Dla reprezentacji zagrał 45 razy, strzelając 27 bramek. W czasach, gdy granice PRL nie otwierały się na świat, on był dla kibiców swego rodzaju oknem. Być może najlepszym piłkarzem swoich czasów. Idolem. I nie był “zakładnikiem jednego meczu”, bo stał się też legendą chorzowskiego Ruchu. W 1969 roku uznano go za zawodnika 50-lecia Polskiego Związku Piłki Nożnej. To też mówi wiele o skali jego możliwości…
Po zakończeniu kariery został trenerem młodzieży. Uczył chłopców nie tylko jak grać, ale jak żyć. “Grać fair, być punktualnym i nigdy nie lekceważyć przeciwnika” – powtarzał. Miał dar, który jest ciężki do wyuczenia. Potrafił spojrzeć na grającego chłopaka i po minucie wiedział, czy ma w sobie to “coś”.
Gerard Cieślik zmarł w 2013 roku.
Korzystałem z archiwalnych wydań: “Trybuny Robotniczej”, “Przeglądu Sportowego”, “Kibica” oraz “Gońca Śląskiego”.