21 lat od „Cudu w Stambule”. Finał Ligi Mistrzów z 2005 r.: AC Milan-Liverpool

Są takie momenty w historii sportu, które przywołują konkretne obrazy. Kibic jest w stanie dokładnie opowiedzieć, co wówczas robił. Dziś 21. rocznica tego typu wydarzenia. 25 maja 2005 roku FC Liverpool wygrał Ligę Mistrzów. Po niesamowitym, nasyconym skrajnymi emocjami spotkaniu, „The Reds” byli lepsi od AC Milan. Bohaterem Cudu w Stambule był Polak. Jerzy Dudek.

Jerzy Dudek w finale w Stambule fot. screen/YouTubeJerzy Dudek w finale w Stambule fot. screen/YouTube
„Nie wiem, jak udało mu się obronić dwa strzały Szewczenki w ostatniej minucie dogrywki. To nieprawdopodobne. A karne bronił koncertowo. Jest naszym bohaterem. Miał ogromny wkład w to zwycięstwo” – podkreślił fiński obrońca Sami Hyypia.

Polski bramkarz w trakcie jednego wieczoru stał się legendą nie tylko klubu, ale chyba futbolu w ogóle. Bo ten mecz przywoływany jest do dziś. Nadal wielu piłkarskich zapaleńców uznaje go za jeden z najpiękniejszych w historii. I w stwierdzeniu tym jest sporo prawdy…

AC Milan-Liverpool. Odsłona pierwsza

Stambuł, 25 maja 2005 roku. Liverpool wychodził na finał Ligi Mistrzów jako drużyna słabsza kadrowo od Milanu. Włosi mieli w bramce znakomitego Didę. W polu biegali wirtuozi w osobach: Maldiniego, Nesty, Cafu, Pirlo, Kaki, Seedorfa, Crespo czy Szewczenki. Zespół Carlo Ancelottiego, na papierze, był wyraźnym faworytem.

„The Reds” Rafaela Beniteza bazowali na kolektywie. Najjaśniej świeciła gwiazda Stevena Gerrarda. Defensywa – typowa dla ówczesnej angielskiej piłki – składała się z twardych i charakternych facetów. Pomiędzy słupkami stał Dudek, którego przyszłość na Anfield nie była wtedy pewna. Grę zespołu regulował w środku Xabi Alonso. Za wykańczanie akcji odpowiadał m.in. Milan Baroš z Czech. Do tego do Turcji przyleciały tysiące, głodnych sukcesu kibiców, którzy mieli być dwunastym zawodnikiem. I czekali na taki triumf dwie dekady.

Pierwsza połowa wydawała się „ustawić” finał. AC Milan objął prowadzenie już w pierwszej minucie. Paolo Maldini uderzył po dośrodkowaniu z rzutu wolnego, a Liverpool od razu znalazł się w sytuacji, której chciał uniknąć. Polak nie był przy tym straconym golu jedynym winnym. Nie był też zawodnikiem, który pierwsze 45 minut zagrał bez zastrzeżeń. W kilku momentach mógł wyglądać pewniej. Zresztą, jak cały zespół. Może w tej niedoskonałości zrodziła się ta legenda?

Włosi grali lekko i szybko. Kaká znajdował wolne przestrzenie pomiędzy liniami. Andrea Pirlo regulował tempo, a Hernán Crespo wykańczał akcje z chirurgiczną wręcz precyzją. W 39. minucie Argentyńczyk podwyższył na 2:0. Cztery minuty później strzelił trzeciego gola po świetnym podaniu Kaki. Do przerwy było 3:0.

Liverpool wtedy tonął.

W szatni trener Benitez nie urządził swoim chłopcom scen. Podszedł do pierwszej odsłony z chłodną głową. Piłkarze wspominali, że „kazał im grać swoje”. Sztab powtarzał, że jeśli szybko padnie pierwszy gol, to mecz może się jeszcze otworzyć. Podejście wydawało się być rozsądne. Ale podskórnie piłkarze „The Reds” czuli, że Milan gra tego wieczora wyśmienicie. Nic nie wskazywało na to, że nagle straci impet.

Powrót zza światów

I Liverpool potrzebował nie jednego impulsu, ale całej sekwencji zdarzeń. Wtedy zdarzył się cud… Pomiędzy 54. a 60. minutą doszło do sytuacji, za który tak kochamy futbol.

Najpierw Steven Gerrard uderzył głową i zdobył bramkę na 1:3. Nie celebrował jej długo. Poderwał ręce i zaczął poganiać kolegów. Po chwili Vladimir Smicer strzelił z dystansu. Dida nie zareagował najlepiej i zrobiło się 2:3. Milan jeszcze nie zdążył uporządkować gry, gdy Liverpool dostał rzut karny. Xabi Alonso uderzył, Dida obronił, ale Hiszpan dopadł do odbitej piłki i wyrównał. Te sześć minut wystarczyło, żeby finał, który wyglądał na zamknięty znów mógł przechylić się na jedną, bądź drugą stronę.

Jerzy Dudek wracał do meczu równolegle z drużyną. Wraz z upływającym czasem był pewniejszy. To nie był występ idealny od początku do końca. Był nierówny i może dlatego… ciekawszy. Po ostatnim gwizdku przypominano, że Benitez nie był w stu procentach do niego przekonany, przez co klub rozglądał się za nowym bramkarzem. Tyle że gdy mecz wszedł w decydująca fazę, to Polak zrobił rzeczy, które przechyliły szalę na stronę Anglików.

Po dziewięćdziesięciu minutach na tablicy był wynik 3:3. Świat czekał na dogrywkę.

Steven Gerrard, strzelec pierwszej bramki dla "The Reds" w meczu AC Milan - FC Liverpool 2005. fot. Nigel Wilson - Flickr, CC BY 2.0
Steven Gerrard, strzelec pierwszej bramki dla „The Reds” w meczu AC Milan – FC Liverpool 2005. fot. Nigel Wilson – Flickr, CC BY 2.0

W dodatkowych minutach gry Liverpool bazował na charakterze. AC Milan próbował odzyskać przewagę jakości. Najważniejszy moment przyszedł pod koniec. Andrij Szewczenko, jeden z najlepszych napastników świata, dostał piłkę bardzo blisko bramki rywali. Uderzył, ale Dudek obronił jego strzał. A potem zdążył jeszcze intuicyjnie zatrzymać dobitkę.

„Byłem przekonany, że w tej sytuacji musi paść gol. Pierwsza interwencja Dudka była najwyższej klasy, druga – dość przypadkowa, bo on tylko zdołał wystawić rękę. Nie wiem, jak piłka mogła nie wpaść do bramki” – mówił po meczu Ukrainiec.

Po dwóch godzinach gry nadal nie było rozstrzygnięcia. Przyszły rzuty karne.

„Dudek Dance”

Polski bramkarz i Dida – golkiper Milanu – podeszli do siebie. Z szacunkiem wymienili uściski. Któryś z nich miał za moment wpaść w ramiona kolegów. Drugiego czekał smutek.

Sędziowie wylosowali kolejność. Pierwsi strzelali Włosi. Polak ustawił się na linii i… zaczął skakać, z prawej strony bramki na lewą i z powrotem. Do tego machał rękami i robił dziwne przysiady. Po meczu zachowanie to zostanie nazwane „Dudek Dance”. Stanie się elementem legendy.

„Pomysł z podskakiwaniem był autorstwa Jamiego Carraghera. Przed karnymi podszedł do mnie i przypomniał zachowanie Bruce’a Grobbelaara, który przed decydującymi o zwycięstwie w finale Pucharu Europy w 1984 roku w Rzymie także gestykulował i trząsł nogami. Powiedział: „Rób to samo” – relacjonował po meczu bramkarz „The Reds”.

Taniec okazał się deprymujący.

Najpierw Serginho przestrzelił pierwszego karnego dla Milanu. Dietmar Hamann trafił dla Liverpoolu. Potem Dudek obronił strzał Pirlo. Djibril Cissé wykorzystał swoją próbę i Liverpool miał dwubramkową przewagę. Dida zatrzymał Johna Arne Riise, a Jon Dahl Tomasson dał Milanowi nadzieję. Tyle że Smicer trafił na 3:1. Kaká odpowiedział i wszystko wróciło do Szewczenki. Ukrainiec musiał strzelić. Uderzył mocno, ale Dudek zostawił rękę i odbił piłkę. Liverpool wygrał karne 3:2!

Legenda na lata

Nie mający pewnej pozycji w klubie Polak zagrał mecz, w którym na końcu losy trofeum były w jego rękach i głowie. Udźwignął presję. Po finale chwalili go koledzy, rywale i gazety. Sami Hyypiä nazwał go bohaterem. Szewczenko, mimo rozczarowania, mówił, że zachował się znakomicie. Carlo Ancelotti nie ukrywał goryczy, bo Milan stracił trzybramkową przewagę, a potem nie wykorzystał karnych wykonywanych przez piłkarzy wręcz do tego stworzonych. W polskiej prasie powtarzano, że Dudek zabrał Liverpool w niezwykłą podróż. Taką, którą będzie wspominać się latami…

A on sam?

Jerzy Dudek fot. Christophe95 - Own work, CC BY-SA 3.0
Jerzy Dudek fot. Christophe95 – Own work, CC BY-SA 3.0

Mówił raczej prosto. Przyznał, że konkurs jedenastek to przecież loteria i że tym razem szczęście było po jego stronie. Dedykując sukces zmarłemu kilka tygodni wcześniej Janowi Pawłowi II, dodał, że on też w młodości był bramkarzem.

Liverpool zdobył tym samym piąty Puchar Europy w historii klubu. Sam Cud w Stambule zyskał wyraźną postać. I nie był to Steven Gerrard, biegnący z piłką w rękach po strzeleniu pierwszej bramki. Nie był o trener Rafa Benitez, odmieniający zespół jakąś motywacyjną mową w przerwie. To była twarz Jerzego Dudka – trzeciego w historii Polaka, który sięgnął po Puchar Europy. Faceta, który postanowił zatańczyć pomiędzy słupkami, gdy serca milionów kołatały z emocji…

Wybrane dla Ciebie