Stanisław Marusarz – najważniejsze skoki w karierze „Dziadka”
Stanisław Marusarz należy do grona tych sportowców, których Polacy mówią z sentymentem i niegasnącym szacunkiem. Nie wiadomo ile skoków w karierze oddał zakopiański as. Trochę łatwiej ustalić, które z nich były ważne. Zapraszam na subiektywne zestawienie najważniejszych prób legendarnego narciarza.
Pierwsze koty za płoty
Każda sportowa kariera czy przygoda ma gdzieś swój początek. Różny początek. Urodzony w czerwcu 1913 r. Stanisław Marusarz należał do tej grupy ludzi, u której pierwsze sportowe wspomnienia wywołują ciarki na plecach. W książce „Na skoczniach Polski i świata” przywołał bolesne przeżycia z dzieciństwa:
Te pierwsze skoki stały się fundamentem dalszej sportowej kariery Marusarza.
Skoki na Wielkiej Krokwi
11 lutego 1934 r. Mistrzostwa Polski w skokach narciarskich w Zakopanem. Dwudziestojednoletni Stanisław Marusarz odbija się z progu skoczni zlokalizowanej na północnym stoku Krokwi, tej samej, której patronem zostanie za kilkanaście lat. Przyjmuje agresywną sylwetkę i przecina powietrze. Lot kończy się lądowaniem na 74 metrze. To nowy rekord obiektu.
Marusarz nie był zawodnikiem anonimowym; i nie chodzi tu wcale o jego karierę seniorską, w trakcie której seryjnie dostarczał radości swoim kibicom. Niewątpliwy narciarski kunszt i talent Staszka zauważalny był już dużo wcześniej. Ot, choćby na początku stycznia 1929 r., kiedy to redaktor „Stadjonu: Ilustrowanego Tygodnika Sportowego”, rozpływał się nad wyczynami nastoletniego wówczas skoczka. Choć nie szczędził mu pochwał, zauważał też pewne problemy. Pisał tak (pisownia oryginalna):
Z zakopiańską skocznią wiąże się jeszcze jedna próba. Więcej o niej w filmie poniżej:
Czytaj też: Recenzja książki: “Opowieści z dwóch desek”
Bitwa o rekord świata
Stanisław Marusarz był rekordzistą świata w długości lotu narciarskiego. Niedługo, ale był. W latach 30. XX wieku narciarstwo klasyczne, a więc i skoki, zdominowali Norwegowie. To oni dyktowali warunki. Brakowało im jednak sportowej klasy. O ich przerośniętym ego i nadmiernym ignorowaniu rywali niech świadczy historia, która miała miejsce w 1935 r. w czasie zawodów w – wówczas jugosłowiańskiej – Planicy.
Polak zameldował się na (zaprojektowanej przez Stanko Bloudka) Velikance w sposób cudowny. We wszystkich treningach przeskakiwał norweskie gwiazdy. Sposób w jaki to robił nie pozostawiał złudzeń: on musiał wygrać te zawody! I wygrał. Tyle że przed ich oficjalnym rozpoczęciem Skandynawowie ni z gruszki, ni z pietruszki postanowili się wycofać. Oficjalny powód był błahy i mocno naciągany: Reidar Andersen i spółka powołali się na zakaz rywalizacji na „mamutach”, który wydali działacze. W kuluarach plotkowano jednak, że przestraszyli się polskiego skoczka i za nic w świecie nie chcieli dać się mu pokonać.
Ciąg dalszy absurdu miał miejsce po konkursie. Widząc, że Marusarz w swojej najlepszej próbie uzyskał 87,5 metra norweska ekipa zgłosiła chęć pobicia rekordu świata. Oczywiście wyczyn miał mieć miejsce w nieoficjalnych próbach. Podnieceni takim obrotem spraw organizatorzy wydali pozwolenie, liczyli bowiem, że na ich skoczni ktoś przeskoczy magiczną odległość 100 metrów.
Norwegowie rozpoczęli. Najlepszy z nich – Andersen – już w pierwszym podejściu zanotował skok na odległość 91 metrów. Tylko o metr gorszy od najlepszego wyniku w historii. Stanisław Marusarz nie wytrzymał. Ruszył w stronę rozbiegu. Duma i honor nakazywały mu podjąć rzuconą rękawicę. Mimo zmęczenia pobił wyczyn norweskiego skoczka Uzyskał 93 metry i rekord świata.
Kilka minut później Reidar Andersen odpowiedział… i wylądował metr dalej niż Polak. Zakopiańczyk ponownie chciał skakać.
Wychodząc na rozbieg zatrzymał się w okolicach progu i usypał niewielką górkę, która miała pomóc mu w lepszym wybiciu. Gdy już jechał w dół spostrzegł, że jego budowla zniknęła. Usunęli ją (a jakże!) norwescy zawodnicy. Pomimo takiej niespodzianki skoczył 95 metrów (niektórzy mówili nawet o 97 metrach). Rekord znów należał do Polaka. Ambitny Norweg podjął kolejną, ostatnią jak się później okazało, przymiarkę. Wylądował na 99 metrze.
Zmęczony Marusarz postanowił odpuścić. Jego organizm i tak był już przesadnie obciążony i kolejny skok mógł skończyć się beznadziejnie.
Genialne skoki i… Stanisław Marusarz okradziony
Asbjørn Ruud, najmłodszy z trójki braci, którzy w latach 30. i 40. stanowili o sile światowych skoków narciarskich, musiał mocno poczerwienieć po twarzy. Był zmieszany i zaskoczony. Nie tak wyobrażał sobie zdobycie tytułu mistrza świata. 27 lutego 1938 r. na skoczni Salpausselkä w Lahti był chłopak, który latał dalej. Dużo dalej. Nazywał się Staszek Marusarz.
Konkurs skoków o mistrzostwo globu z 1938 r. zakończył się wielkim skandalem. W trakcie zawodów, w obu seriach Polak lądował najdalej. Odpowiednio: 66 i 67 metrów. Ruud w obu próbach uzyskał w sumie 5,5 metra mniej. Nokaut? Dla zgromadzonych pod skocznią kibiców – tak.
Fińska publiczność zgotowała Marusarzowi głośną owację. Nie przeszkadzała im w tym trudność, jaką było poprawne wymówienie nazwiska zakopiańskiego asa. Do tego gromkie brawa, poklepywanie po ramieniu. Moralnym zwycięzcą zawodów Staszek został już sekundę po tym, jak wylądował drugi skok.
Czas oczekiwania na ostateczne wyniki dziwnie się przeciągał. „Przegląd Sportowy” relacjonował:
„Długo, bardzo długo, bo do 20-tej wieczorem czekaliśmy na wynik obrad sędziowskich. Okazuje się, że Ruud uzyskał o tyle lepsze noty stylowe, że nadrobił 5,5 m długości Staszka i jest pierwszy z różnicą 0.3 punktu.
Podaliśmy noty sędziów tak, jak zostały ogłoszone. Wstrzymujemy się od dyskutowania i komentarzy. Jestem jednak głęboko przekonany, że najlepszym skoczniem w tym konkursie był Stanisław Marusarz. Może i Ruud czy Andersen skakali eleganciej od niego, może i Bradl prowadzi równiej narty. Wszystko to możliwe. Niemniej jednak Staszek Marusarz osiągając formalnie wicemistrzostwo – moralnie mistrzostwo świata, staną u zenitu swej kariery i wysunął narciarstwo polskie na nieosiągalne dotychczas wyżyny.”
Kto i dlaczego zabrał Polakowi mistrzostwo? Norwegowie. I nie chodzi tu o braci Ruud, którzy ze Staszkiem korespondowali, można nawet mówić, że mieli z nim bardzo dobre, koleżeńskie relacje – stąd też zmieszanie Asbjørna po ogłoszeniu oficjalnych wyników.
Norwescy działacze i sędziowie nie chcieli pozwolić, by tak ważny tytuł nie trafił w ich ręce. Przecież od 1925 r. aż do wybuchu II wojny światowej, w dwunastu edycjach światowego czempionatu, zawodnicy z tego kraju zwyciężali w ośmiu, zdobywając w sumie 23 medale. Dla narciarstwa klasycznego byli tym, kim dla futbolu Anglicy. Podobieństw z Wyspiarzami jest nawet więcej: oni również twierdzili, że skoro są „ojcami dyscypliny”, to nikt inny skakać lepiej nie może. I jeszcze jedno – na czele FIS stał wówczas ich człowiek, Nicolai Ramm Østgaard.
Debata w Lahti trwała długo, bo nie każdy oficjel ulegał norweskiej magii i wpływom. Podobno głośno protestowali przedstawiciele gospodarzy. Koniec końców, medal powędrował do Ruuda, lecz nawet on nie cieszył się z niego tak, jak mógł i powinien. Zdawał sobie sprawę, że sportowo był słabszy od polskiego kolegi. Od Staszka Marusarza.
Bez not i metrów – najważniejsza próba w życiu
Po wybuchu II wojny światowej Stanisław Marusarz mocno zaangażował się w konspirację. W czasie pierwszej wojennej jesieni i zimy zaczął pomagać w przerzutach ludzi przekradających się przez Tatry, Słowację i Węgry do państw Europy Zachodniej. Został też kurierem podziemia, ze stałym szlakiem z Zakopanego do Budapesztu.
Był marzec 1940 r. kiedy „Dziadek” nadział się na patrol słowackiej straży granicznej, podległej kolaboranckiemu rządowi księdza Tiso. Doprowadzony do placówki w Szczyrbskim Plesie, w której miało odbyć się przesłuchanie, wykorzystał nieuwagę podoficera i wyskoczył przez zamknięte okno. Wybił szybę, nieco się poobijał, ale był wolny. Przynajmniej na jakiś czas.
Gestapo zarzuciło na sportowca sidła. Trudna sytuacja w jakiej się znalazł zmusiła Marusarza do ucieczki na Węgry. Wraz z żoną próbował przeprawić się przez rzekę Hornad. Niestety, małżeństwo zostało złapane. Od tej chwili rozpoczęła się seria morderczych, pełnych przemocy przesłuchań. Staszek nikogo nie wydał, wobec czego Niemcy zmienili strategię i zaproponowali mu trenowanie swoich reprezentantów. Wystarczyło podpisać stosowne dokumenty, ale i tym razem Marusarz nie dał się przekonać.
Kiedy trafił do więzienia na Montelupich w Krakowie oprawcy zabrali go do pracy. Wraz z innymi więźniami miał wykopać grób, jak się okazało, dla osadzonych w sąsiedniej celi. To wtedy głowę narciarza całkowicie zajęła myśl o ucieczce. Ucieczce, z której zapamięta każdą sekundę
Henryk Zguda był jednym z nielicznych, naocznych świadków najsłynniejszego skoku Stanisława Marusarza. Tak wspomina tamto wydarzenie:
„Dziadek” przeżył wojnę. Na nartach fruwał jeszcze wiele lat. Oddał setki, jeśli nie tysiące skoków, ale chcąc opisać każdy z nich… potrzeba by setki akapitów. Skakał na igrzyskach olimpijskich, otwierał Turniej Czterech Skoczni, trenował młodzież. Zawsze w dobrej kondycji, stał się uosobieniem prawdziwego sportowca i dobrego człowieka.
Źródła:
- Praca zbiorowa, Poczet polskich olimpijczyków 1924-1984
- D. Jaroń, Skoczkowie. Przerwany lot
- W. Bajak, Opowieści z dwóch desek
- S. Marusarz, Na skoczniach Polski i świata
- K. Shawver, Od Auschwitz do Ameryki
- Archiwalne numery „Przeglądu Sportowego” i „Stadjonu”