Billy Sanders był jednym z największych talentów australijskiego żużla i ulubieńcem kibiców w Ipswich. Za uśmiechem, sukcesami i sportową charyzmą krył się jednak człowiek, który coraz gorzej radził sobie z emocjami, stratą i samotnością.
Rankiem 24 kwietnia 1985 roku lokalne radio w Ipswich podało wstrząsającą wiadomość. W leśnej zatoce, tuż przy drodze z Ipswich do Felixstowe, w miejscowości Nacton, w zaparkowanym samochodzie znaleziono ciało Billy’ego Sandersa. Miał dwadzieścia dziewięć lat. Odebrał sobie życie…
Nie wiadomo, co było tego dnia większe – smutek czy niedowierzanie.
|Czytaj też: Pierwszy mistrz. Jerzy Szczakiel, legenda Opola
Billy Sanders – idol kibiców i złote dziecko żużla
Dla kibiców Billy Sanders był przecież wiecznie uśmiechniętym chłopcem. Takim brawurowym, który potrafił dać emocje. Publiczność widziała w nim cudowne dziecko żużla, ulubieńca tłumów, chłopaka, który po meczu rozdawał autografy do ostatniego kibica. Sportowca, który chętnie rozmawiał z dziećmi i sprawiał wrażenie człowieka pogodnego, wręcz beztroskiego. Do tego zdolnego i odnoszącego sukcesy. Ostoi australijskiego żużla lat 80. Ale to były tylko obrazy tworzone w głowach fanów speedway’a. Pewien wizerunek, który – świadomie bądź nie – Billy kreował.
Dla wielu osób z jego najbliższego taki koniec nie był całkowitym zaskoczeniem. Bo gdy odstawiał motocykl do garażu sporo się zmieniało. W czterech ścianach zdarzały mu się gwałtowne wybuchy. Nie potrafił sobie radzić z porażkami, przez co sięgał po używki. Bywał agresywny. Miał wahania nastrojów: od niemal erupcji szczęścia po totalną melancholię. I ten drugi stan z czasem przychodził częściej.
Dziś pewnie mówilibyśmy o depresji…
W klatce popularności
Billy Sanders urodził się 9 września 1955 roku w Windsorze pod Sydney. Nie uchodził za grzecznego chłopca. Miał w sobie coś z urwisa, który był zawsze tam, gdzie coś się działo. Tak jak wtedy, gdy z grupą kolegów wstąpił do lokalnej straży pożarnej, a następnie palił ogniska na pastwiskach w pobliżu szkoły i czekał na sygnał z remizy, by udać się na akcję gaśniczą.
Do Anglii trafił jako szesnastolatek. Wypatrzył go John Berry, promotor Ipswich, który szukał w Australii młodych talentów dla swojej drużyny. Rodzice chłopaka zgodzili się na wyjazd dopiero wtedy, gdy Berry zobowiązał się zostać jego opiekunem. Mężczyzna przystał na propozycję. Tym samym Sanders został wyrwany z własnego świata i rzucony w machinę wielkiego sportu. Przyleciał do kraju, który był wtedy dla żużlowców ziemią obiecaną. A on był młody i ambitny, reszty miał się dopiero nauczyć. Już w debiucie dla Ipswich zdobył osiem punktów. Tydzień później doznał zaś pierwszej poważniejszej kontuzji.

Anglia przyjęła go jak swojego. W Ipswich dostrzegano w nim nie tylko uzdolnionego zawodnika, ale także chłopca, którego trzeba otoczyć szczególną opieką. Był nieśmiały, prowincjonalny, trochę bezbronny, a zarazem miał jakąś taką naturalną charyzmę. Bo kibice szybko go pokochali. Szczególnym uwielbieniem otaczali go najmłodsi fani. Sanders odwdzięczał się tym, że był zawsze dlań dostępny. Nie odmawiał autografu czy krótkiej pogawędki.
Problem w tym, że z czasem ta popularność zaczęła być klatką. Kiedy tysiące ludzi chcą wciąż oglądać tę samą promienną twarz, coraz trudniej przyznać, że w środku pojawia się mrok. Wchodząc na stadion Australijczyk zaczął więc odgrywać rolę. Czy czuł się w niej dobrze?
|Czytaj też: Edward Jancarz i jego tragiczna historia. 79 lat temu narodziła się żużlowa legenda
Granice cierpliwości
Sportowa kariera Billy’ego rozwijała się nieskazitelnie. Wraz z Johnem Louisem i Tonym Daveyem stanowił o sile Ipswich w latach siedemdziesiątych. Klub sięgał po ligowe sukcesy, a on wyrósł na jednego z najważniejszych australijskich żużlowców swojego pokolenia. Sześciokrotnie zdobył mistrzostwo Australii. Bardzo wcześnie przekroczył granicę trzech tysięcy punktów w lidze brytyjskiej. Jeździł ostro, ale czysto. Nie był z tych, którzy po kilku słabszych biegach odpuszczają i jadą „na pół gazu”, byle dowieźć jakiekolwiek punkty. I te cechy były nieodzowne w sporcie. A poza nim? Cóż, człowiek, który nie umie odpuścić na torze, zwykle nie potrafi też odpuścić w życiu codziennym.
Sanders nie znosił przegranej w każdej postaci. Nie przyjmował jej do wiadomości. Nie umiał się z nią oswoić. Bywał gwałtowny, wdawał się w bójki, reagował agresją, kiedy puszczały mu nerwy. Koledzy wspominali, że miał mocne pięści i gorącą krew. Potrafił rzucić skrzynką z narzędziami, uderzyć z główki i nagle wszcząć awanturę. Nie dlatego, że z natury był potworem. On nie miał w sobie bezpiecznika. Nie radził sobie z emocjami. Każda frustracja natychmiast go odpalała. Niewielkie potknięcie odbierał jak osobiste upokorzenie. Do tego dochodziło nocne życie nocne, alkohol, łatwość, z jaką wpadał w kolejne romanse i narastające poczucie, że akurat jemu wszystko wolno.
Billy Sanders coraz częściej nie tyle żył pełnią życia, ile uciekał od siebie samego. A jeden z barmanów, z którym Billy miał dobre relacje, wspominał, że żużlowiec miał przy tym niespotykany „dar” ranienia najbliższych i oddanych mu osób. Takich, które wyciągały do niego pomocną dłoń. Po śmierci Sandersa jego siostra Robyn powiedziała w jednym z wywiadów:
„Billy nie był aniołem, ale nie był też diabłem”.
A i bliscy mieli granice cierpliwości…
Najbardziej bolesny okazał się rozpad tego, co miało być jego prywatnym azylem – małżeństwa. Judy, jego żona, przez lata była oparciem, cierpliwym i najwierniejszym kibicem Billy’ego. Urodziła mu dwoje dzieci. To była trudna relacja. Sanders zdradzał i upokarzał kobietę. Porażki odreagowywał w domu. I w pewnym momencie Judy miała tego dość. Odeszła. Wybrała inne życie. Znalazła nowego partnera i spokój, zamiast ciągłego życia w cieniu „złotego chłopca”.
Dlaczego?
Rozstanie z żoną było ostatnim elementem domina, które żużlowiec zaczął przewracać już wcześniej. Dla niego okazało się ciosem decydującym. Kiedy w marcu 1985 roku Judy nie przyleciała do Anglii, tak jak robiła to wcześniej, Billy zrozumiał, że nie chodzi już o kolejną kłótnię albo o bunt. Coś kończyło się naprawdę. A on nie potrafił tej straty unieść…
W książce Magdaleny Zimny-Louis „Billy Sanders. Zrozumieć samobójcę” autorka wspomina o używkach. Podchodzi do nich ostrożnie, bo nie wszyscy świadkowie chcieli mówić otwarcie o tym aspekcie życia żużlowca, a część opowieści miała wręcz charakter półoficjalny. Mimo to fakt, że takie głosy się pojawiają i wracają, jest znaczący. Człowiek w kryzysie często potrzebuje szybkiego znieczulenia. Billy też szukał w nich chwilowej ulgi.
W 1985 Billy Sanders miał jeszcze sportowe argumenty. Nadal był nazwiskiem wielkim i budził podziw. Tyle że kariera przestała być dla niego przystanią, wokół której można odbudować sens codzienności. Inne sprawy wysunęły się na plan pierwszy i nagle żużel, przez lata największy żywioł, okazał się za słaby, aby ocalić życie człowieka.
W przeddzień śmierci Sanders dzwonił do Australii. Spotkał się też ze znajomymi, którzy w jego zachowaniu nie widzieli niczego podejrzanego. Ba, snuł nawet plany na najbliższą przyszłość. Rankiem, 23 kwietnia 1985 roku, odwiózł syna do szkoły. Około 14:00 samochód z włączonym silnikiem znalazł leśniczy. Billy dokładnie zaplanował te ostanie minuty. Zabrał rurę i taśmę, a potem zamontował je tak, by spaliny wpadały do środka pojazdu.
Miał wtedy 29 lat.
Na jego pogrzebie zjawiły się tłumy. Ludzie zadawali sobie pytania. Najczęściej zaczynali od słowa „dlaczego”. Judy nie towarzyszyła mu w ostatniej drodze. Wysłała czerwoną różę i prośbę, by złożono ją w grobie Billy’ego. Oskarżano ją. Wskazywano jako winną. Niesłusznie…
Artykuł powstał m.in. na podstawie książki Magdaleny Zimny-Louis „Billy Sanders. Zrozumieć samobójcę”.
Pomocy w depresji należy szukać u lekarza psychiatry (nie wymaga skierowania), psychoterapeuty lub lekarza POZ. Kluczowe formy wsparcia to Poradnie Zdrowia Psychicznego, Centra Zdrowia Psychicznego oraz telefony zaufania, w tym bezpłatny, całodobowy numer 800 70 22 22. W sytuacjach zagrożenia życia dzwoń pod 112.
