Barcelona, lato 1992 roku. Na parkiet wychodzą Michael Jordan, Magic Johnson, Larry Bird, Charles Barkley, Patrick Ewing i reszta koszykarskich legend NBA. To nie była zwykła drużyna – to był „Dream Team”, zespół, który na zawsze zmienił historię igrzysk olimpijskich, marketingu sportowego i samej koszykówki…
Rok 1992. Wyobraźcie sobie pokład samolotu, w którym siedzą obok siebie: Michael Jordan, Magic Johnson, Larry Bird, Charles Barkley, Patrick Ewing i jeszcze kilka innych nazwisk tak znanych, że wystarczy tylko je wymienić, by sprawić, że notesy statystyków zaczną dymić. To nie był zespół złożony z obiecujących prospektów czy ulubieńców mediów. To była drużyna (i wciąż bywa) nazywana “Dream Teamem”, pierwsza w historii olimpijska ekipa USA złożona z aktywnych graczy NBA. Ich barcelońskie poczynania miały zmienić nie tylko sport, ale i kwestie marketingowe, które mu towarzyszą.
Kontrowersyjne decyzje
Decyzja o dopuszczeniu zawodowych koszykarzy do Igrzysk była naturalnym następstwem słabszego występu USA w Seulu w 1988. Kiedy otwarto drzwi dla gwiazd NBA, w USA pojawił się problem dobrobytu: kogo, z tak wielu wybitnych graczy, powołać? Trener Chuck Daly i sztab zebrali mieszankę MVP, ikon i jednego reprezentanta college’u, Christiana Laettnera, co samo w sobie wywołało sporo dyskusji. Na liście znaleźli się: Jordan, Magic, Bird, Barkley, Malone, Pippen, Drexler, Mullin, Ewing, Robinson, Stockton i rzeczony Laettner.
Nie wszyscy wielcy tamtych czasów znaleźli się w zespole. Brak Isiaha Thomasa wśród powołanych był i pozostaje jedną z większych kontrowersji: personalne animozje i “chemia zespołu” miały większe znaczenie niż jego nazwisko i statystyki. Z kolei wybór Laettnera, koszykarza akademickiego, zamiast np. młodego Shaqa, był decyzją, którą również mocno analizowano. Już same te debaty generowały potężne zainteresowanie mediów i kibiców. A był to właściwie początek najlepszej drużyny w historii sportu…
Czytaj też: Wilt Chamberlain – rekordzista na parkiecie, rekordzista w łóżku
Faceci z Uzi
Zespół zebrał się na krótkie, intensywne zgrupowanie. Obóz obfitował w mnóstwo treningów, kilka sparingów i starć, w których gracze musieli kontrolować swoje ego. Do legendy przeszedł mecz, który Michael Jordan określił jako „najlepszą grę, w której brałem udział. Poza boiskiem “Dream Team” też nie prezentował się zwyczajnie. Już w Barcelonie, zamiast spać w wiosce olimpijskiej, ze względów bezpieczeństwa i prywatności ekipa zamieszkała w hotelu. I to pod jego drzwiami media oraz fani “łowili” uśmiechy i autografy.
– W naszym hotelu trzeba było mieć dowód tożsamości ze zdjęciem. Tylko on uprawniał do wejścia. Raz poszliśmy na basen, na dachu hotelu, gdzie stało chyba z dziesięciu facetów, każdy z Uzi w ręku – wspominał Barkley. – To było zabawne, wyglądało tak: dziewczyna w bikini; facet z Uzi; dziewczyna w bikini; facet z Uzi. Ludzie myśleli, że nie chcemy zostać w wiosce olimpijskiej, bo chcieliśmy być ważni. Ale to nieprawda. Otrzymywaliśmy przecież groźby śmierci. Powiedzieli nam, że jedna z grup terrorystycznych pokonanie “Dream Teamu” uznała za świetny pomysł – dodawał.

Od pierwszego gwizdka “Dream Team” nie krył się mistrzowskich ambicji. Grupa eliminacyjna to seria występów, które oglądało się z otwartymi ustami: gra ofensywna, szybkie kontry, alley-oopy, niespotykane liczby i rywale, którzy po meczach robili sobie pamiątkowe zdjęcia, którymi pewnie w przyszłości chwalili się znajomym . Amerykanie rozkręcali się z każdym meczem, a dziennikarze rozpisywali się o „najbardziej spektakularnym lekceważeniu” w historii międzynarodowej koszykówki.
Czytaj też: Michael Jordan. Koniec kariery… drugi i nie ostatni raz
„Dream Team”, droga do złota
W fazie pucharowej Dream Team odprawiał kolejnych rywali z szacunkiem, ale i bez litości. Rotacje, w których do gry wchodziło aż 11 przyszłych (i obecnych) członków Koszykarskiej Galerii Sław, sprawiały, że przeciwnicy mieli problem nie tylko z punktami, ale z samą koncepcją obrony. Szybkie podania i totalna ofensywna wszechstronność dały basket na najwyższym poziomie. I niespotykaną wcześniej promocję tej dyscypliny.
Koniec końców amerykańskie gwiazdy NBA udowodniły, że faktycznie nie mają sobie równych. 8 sierpnia 1992 roku w olimpijskim finale USA nie dały szans Chorwacji, wygrywając różnicą 33 punktów – 117:85. Drużyna z Europy wyszła na parkiet, chcąc grać ofensywnie. Odważnie. Chorwaci ruszyli na utytułowanych przeciwników z impetem. I zaskoczyli słynny “Dream Team”. Doszło nawet do sytuacji w tamtym turnieju niespotykanej, Amerykanie musieli gonić wynik! Ambitna Chorwacja prowadziła 25:23…
Jordan i spółka chyba zostali podrażnieni. Jak drapieżnik, zraniony przez broniącą się ofiarę. USA ruszyło do ataku. Wola walki Chorwatów podyktowana zapewne chęcią, jak najlepszego zaprezentowania się, nie wystarczyły, by zrekompensować perfekcyjne zagrania reprezentantów USA. A ci w momentami potraktowali przeciwników na tyle poważnie, że przez długie fragmenty na parkiecie biegała tylko pierwsza piątka. Koszykarska elita z NBA. W miarę upływu czasu ich przewaga była bardzo wyraźna. Dopiero wtedy mogli się bawić. Pokazać publiczności całą gamę technicznych tricków, wzbudzając ogólny aplauz.
Czytaj też: Dražen Petrović. Mozart koszykówki
Do białego rana…
Choć prawdę mówiąc, to bawili się już przed meczem. I to do białego rana…
Gdy dziś czyta się fragment książki Jacka McCalluma “Dream Team”, można wytknąć członkom tamtego zespołu… brak profesjonalizmu. Bo jak inaczej nazwać ostatnią noc przed barcelońskim finałem?
“W noc poprzedzającą mecz o złoto przeciwko Chorwacji, karciane pojedynki w Najlepszym Pokoju Świata były szczególnie zażarte. Przyszli wszyscy bywalcy, w tym Jordan, który następnego poranka miał kręcić wideo dla NBA Entertainment. Nie było to byle co, ale konkretna, kilkugodzinna sesja, która później trafiła do dokumentu „Michael Jordan: Air Time”.
Szczerze mówiąc, nie potrafię odróżnić jednego filmu z Jordanem od drugiego, ale w świecie sportu każdy z nich miał znacznie i każdy był starannie wyprodukowanym blockbusterem.
Jordan poszedł do tego w swoim stylu: zobowiązał się do czegoś, przeciągnął strunę tak długo, jak to było możliwe, pozwalając drugiej stronie odchodzić od zmysłów ze zdenerwowania, by wreszcie – dosłownie w ostatniej chwili – zrobić to, co trzeba. Zresztą Magic postępuje identycznie.
Była pierwsza w nocy, później druga, trzecia. Jordan palił swoje wielgaśne cygara, zabawa trwała w najlepsze, a Don Sperling z NBA Entertainment chodził dookoła niczym kwoka, próbując przypomnieć Jordanowi, że rano ma nagranie, a wieczorem ten, no, taki tam, mecz o złoto.
Minęła czwarta. Piąta. Zawodnicy wiedzieli, że to ich ostatnia runda, bo drużyna wylatywała z Barcelony tuż po meczu finałowym i rozdaniu medali. Ten remik był więc szczególny, był czymś w rodzaju ceremonii pożegnalnej, zanim wszyscy rozjadą się w swoje strony, a potem znów spotkają jako przeciwnicy.
Skończyli o szóstej piętnaście. Sperling poszedł z Jordanem do jednego z pokojów (Jordan miał dwa), gdzie Michale wziął prysznic.
– Nie padnij mi zaraz – prosił Don.
– Powiedziałem, że przyjdę, to przyjdę – odparł Jordan.
Słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Dwadzieścia pięć minut później Jordan wyszedł z pokoju, wykąpany, z błyszczącą łysą głową, w pomarańczowych szortach, w których przypominał studenta z Zambii.”
Fragment pochodzi z książki „Dream Team”. Książka z serii #SQNOriginals jest dostępna na:
⏩ https://bit.ly/historia-dream1992
Bacznym obserwatorem tamtych wydarzeń w stolicy Katalonii był polski mistrz mikrofonu – Włodzimierz Szaranowicz, który podziwiał efektowne zagrania Jordana i spółki, a później postanowił o nich napisać przedmowę do niniejszej publikacji.

