Jak Feniks z popiołów. Strzelcy na powojennych igrzyskach olimpijskich (1948-1968)
Powojenna rzeczywistość strzelców sportowych nie była kolorowa. Dyscyplina, podobnie jak kraj, stopniowo odbudowywała się po latach zniszczeń i strat. Ale gdy już wróciła do olimpijskiej formy to dała kibicom wiele emocji i wzruszeń.
Na początek kilka faktów:
Pierwszy znicz olimpijski po drugiej wojnie światowej zapłonął na igrzyskach w Londynie. Był rok 1948, a PKOl wysłał na to wydarzenie reprezentację złożoną z 30 mężczyzn i 7 kobiet. Niestety, zabrakło wśród nich strzelców.
Przełom przyniosły dopiero zmagania w Helsinkach w roku 1952. W kolejnych latach w polskiej reprezentacji olimpijskiej już zawsze znajdowali się przedstawiciele strzelectwa sportowego. W jakich konkurencjach startowali? W pierwszych dwóch powojennych startach pojawili się tylko trapiści, potem przyszło poszerzenie kadry o pistolety i karabiny. Pierwszy powojenny medal olimpijski – srebrny – wystrzelał Adam Smelczyński w Melbourne w 1956 r. Ale Mazurek Dąbrowskiego rozbrzmiał na olimpijskiej strzelnicy dopiero dwanaście lat później, w Meksyku, kiedy złoty medal odbierał Józef Zapędzki.
Na barkach trapistów
Początek pierwszych powojennych startów olimpijskich strzelców jest mocno zakorzeniony w tradycji międzywojennej. W Helsinkach Polska wystawiła bowiem tylko dwóch trapistów, którzy rywalizowali jeszcze przed rokiem 1939. Józef Kiszkurno był dziewiąty z wynikiem 185 punktów, a Olgierd Darżynkiewicz dwudziesty z 181 punktami. Sam konkurs rozegrano na strzelnicy w Huopalahti, startowało w nim 40 zawodników z 22 krajów, a wygrał – sensacyjnie – siedemnastoletni Kanadyjczyk, George Genereux.
Dziennikarze byli pod wrażeniem postawy i opanowania naszych zawodników. „Sport” tak pisał przed wyjazdem olimpijczyków:
Warto dodać, że 57-letni Kiszkurno był już wtedy wielką legendą trapu, trzykrotnym mistrzem świata i późniejszym uznanym trenerem oraz wielkim autorytetem całego środowiska strzeleckiego.
Cztery lata później przyszło Melbourne, które przyniosło pierwszy powojenny triumf olimpijski. Adam Smelczyński wystrzelał 190 punktów i zdobył srebro, przegrywając z Włochem Galliano Rossinim. Co ważne, Polak nie „wślizgnął się” na podium przypadkiem: drugie miejsce zdobył pewnie, z dwoma punktami przewagi nad brązowym medalistą. W tym samym konkursie Zygmunt Kiszkurno, syn Józefa, zajął 15. miejsce z wynikiem 170 pkt. Warto zauważyć, że trap był jedyną konkurencją strzelecką w Melbourne, w której żadnego medalu nie zdobyli reprezentanci ZSRR… Tym wspanialszy był triumf Adama Smelczyńskiego, lekarza stomatologa, wojskowego, przyszłego sześciokrotnego olimpijczyka, który swoim występem w Australii na trwałe zapisał się na kartach polskiego olimpizmu.
Gdyby nie postawa klęcząca…
Rok 1960 i igrzyska w Rzymie to już nowa epoka polskiego strzelectwa. Systematyczna, wieloletnia praca umożliwiła zbudowanie silnej kadry – we włoskiej stolicy pojawiła się duża ekipa zawodników, którzy bez żadnych kompleksów bili się o najwyższe lokaty w kilku konkurencjach strzeleckich. Ciekawe były prasowe zapowiedzi polskich startów. Przykładowo „Przegląd Sportowy” tak pisał:
W pistolecie dowolnym wspomniany Romik był piąty z 548 punktami, zaledwie cztery punkty od brązu. Więcej, po kwalifikacjach wchodził do finału z drugim wynikiem! Andrzej Tomza skończył na 28. pozycji, a Czesław Zając – któremu poświęciliśmy osobny odcinek naszego cyklu – w pistolecie szybkostrzelnym był siódmy z 582 punktami. Medalami nie sypnęło, ale pojawił się wyraźny sygnał, że Polska przestaje być w olimpijskim strzelectwie krajem tylko jednej specjalności, w trapie.
Jeszcze ciekawiej wyglądały konkurencje karabinowe. Jerzy Nowicki był piąty w karabinie małokalibrowym, trzy postawy, 50 m z wynikiem 1137 punktów – tylko dwa punkty od podium. Co poszło nie tak?
Henryk Górski zajął 19. miejsce w tej samej konkurencji, 13. w postawie leżącej i 17. w karabinie dowolnym trzy postawy 300 m. W tej ostatniej konkurencji 13. pozycję zajął Stefan Masztak.
Jak zawsze doskonale strzelał Adam Smelczyński – medalista z Melbourne ukończył trap na siódmym miejscu, potwierdzając, że nadal jest zawodnikiem światowego formatu. Rzymski trap rozgrywano na strzelnicy Lazio, która pozwalała na niezłą obserwację lotu rzutki. Tyle że rywalizacji towarzyszył wiatr, który znacząco wpłynął na wyniki. Mimo niesprzyjających warunków to Polak utrzymał się w światowej czołówce. W Rzymie Polacy medalu nie zdobyli, ale wracali do domów z całym pakietem wyników, które budowały przekonanie, że olimpijskie podium prędzej czy później powróci.
Debiut legendy
Kolejne igrzyska zorganizowało Tokio. Polscy strzelcy kolejny raz nie zdobyli medalu, ale kilku z nich potwierdziło swoją klasę. Przykładowo Jerzy Nowicki po raz drugi z rzędu zajął piąte miejsce w swojej koronnej konkurencji, z wynikiem 1147 pkt. Tym razem do podium zabrakło mu czterech oczek. W tej samej rywalizacji Henryk Górski był osiemnasty, do tego dołożył 15. miejsce w karabin dowolny, trzy postawy, 300 m. Stanisław Marucha ukończył postawę leżąc na 16. miejscu z 591 punktami, w niezwykle wyrównanej rywalizacji. Kazimierz Kurzawski był 25. w pistolecie dowolnym. Warto też dodać, że Nowicki nie wystartował w Tokio w dwóch innych konkurencjach, choć był do nich zgłoszony. W ówczesnej prasie powodów rezygnacji Polaka nie podano. Pojawiło się tylko lakoniczne: „wycofał się”.
Japońskie igrzyska były ważne jeszcze z jednego powodu to na nich zadebiutował bowiem Józef Zapędzki. W olimpijskim przetarciu zajął 15. miejsce w pistolecie szybkostrzelnym, uzyskując 584 punkty – do złota zabrakło mu ośmiu oczek.
Dla Adama Smelczyńskiego był to z kolei najgorszy start olimpijski — 32. pozycja w trapie z wynikiem 183 pkt. Na pewno legenda trapu liczyła na więcej…
Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że igrzyska olimpijskie w Tokio były dla polskiego strzelectwa symboliczne bowiem pojawiło się nowe pokolenie zawodników, z Zapędzkim na czele, które przez następne lata będzie nadawało ton polskiemu strzelectwu sportowemu.
Nie tylko Zapędzki
Strzeleckie marzenia i aspiracje ziściły się w 1968 roku w Meksyku. Igrzyska te, które dały nam złoto Józefa Zapędzkiego, zapisały się też w historii strzelectwa z jeszcze jednego powodu – wtedy po raz pierwszy do olimpijskiej rywalizacji z mężczyznami dopuszczono kobiety, tworząc kategorię open.
Mistrzostwo olimpijskie Zapędzkiego było bezsporne. Prowadził on po pierwszym dniu w pistolecie szybkostrzelnym z 298 punktami i utrzymał przewagę, kończąc z wynikiem 593 i rekordem olimpijskim. Te same zawody Wacław Hamerliński ukończył na 16. miejscu. W pistolecie dowolnym Paweł Małek zajął 5. miejsce z 556 punktami (tylko cztery od podium), a Rajmund Stachurski był 28. Smelczyński uzyskał w trapie 195 punktów i kończył rywalizację na 6. pozycji, zaledwie punkt od strefy barażu. To był zwyczajny pech, tak o tym mówił po zawodach:
W inauguracyjnym skeecie Włodzimierz Danek był 23., a Wiesław Gawlikowski 24.
W konkurencjach karabinowych polska kadra była szeroka i mocna, choć żaden z zawodników nie stanął na podium. Jerzy Nowicki zajął 24. miejsce w karabinie małokalibrowym, trzy postawy, 50 m i 21. miejsce w postawie leżącej; Ryszard Fandier i Eugeniusz Pędzisz w swoich startach zajmowali miejsca w drugiej lub trzeciej dziesiątce.
Najbardziej symboliczny był jednak start Eulalii Rolińskiej. Zawodniczka stołecznej Legii w postawie leżącej wystrzelała 593 punkty, tyle samo co Nowicki i zajęła 22. miejsce. Wynik sam w sobie może wybitny nie był, ale jego znaczenie historyczne było ogromne: Rolińska była bowiem pierwszą polską olimpijką w strzelectwie i jedną z dwóch pierwszych kobiet, które w ogóle wystąpiły w olimpijskiej konkurencji strzeleckiej. Meksyk nie był więc wyłącznie igrzyskami Józefa Zapędzkiego…