Aleksy Antkiewicz. „Bombardier z Wybrzeża” skrzywdzony w finale?
W Helsinkach w 1952 roku Aleksy Antkiewicz otarł się o złoty medal olimpijski. Katowicki „Sport” pisał wtenczas bez wahania, że „Antkiewicz zasłużył swoją postawą i formą na złoty medal”. A jednak, po ogłoszeniu werdyktu wokół ringu słychać było gwizdy, protesty i powszechne poczucie krzywdy…
W tym artykule:
Później przypominano ten finał. Rozdrapywano niemal jak otwartą ranę. Zbigniew Dudtkowski, wtedy korespondent „Trybuny Robotniczej”, napisał w swojej relacji tak:
W oficjalnym protokole zostało więc srebro. W sercu zaś zadra, a w pamięci osób, które ten pojedynek widziały pozostało przekonanie, że Polak przegrał walkę, której właściwie nie powinien był przegrać.
|Czytaj też: Zygmunt Chychła. Złoty chłopak z Kaszub
Symbol pracowitości
Aleksy Antkiewicz przyjechał do Helsinek jako bokser już doświadczony i odporny na ringowy chaos, zmęczenie oraz sztuczki rywali. W drodze do finału pokonał Filipińczyka Enriqueza, Niemca Wohlersa, Anglika Reardona i Rumuna Fiata. W pojedynkach tych narzucał swoje tempo i skracał dystans czym zmuszał rywali do obrony. Tak boksował od początku kariery i tak boksował wtedy, kiedy stawką było olimpijskie podium. To było jego pięściarskie DNA…
Żeby zrozumieć, skąd się wziął taki styl, trzeba cofnąć się kilka lat wstecz. W międzywojennej Gdyni, urodzony 12 listopada 1923 roku, Aleksy marzył podobno nie o wielkim ringu, lecz o Szkole Morskiej. Wojna pokrzyżowała te plany i zmieniła życie. Zaczęło się od wywózki. Później była przymusowa praca na kolei, a na końcu obóz w Burghausen. I sześcioletnia rozłąka z rodziną.
Gdy Aleksy wrócił do Polski, był człowiekiem mocno dotkniętym przez wojenną zawieruchę. Ale potrafił z tych ciężkich dni wyciągnąć lekcję.
Po wojnie znów trafił do sportu. Zaczynał w Gromie, potem były gdyńskie: Kotwica i Milicyjny Klub Sportowy w Gdyni. To w tamtym czasie doszło do starcia niemal symbolicznego: w walce pokazowej przed meczem Flota–Gedania naprzeciw niego stanął inny debiutant, Zygmunt Chychła. Wtedy nikt nie mógł przypuszczać, że obaj zostaną później medalistami olimpijskimi i że pomogą polskiemu powojennemu boksowi wejść do europejskiej czołówki. Antkiewicz od początku podobał się też publiczności. Zachwycał ringową agresją, nieustępliwością i siłą. Stąd też wziął się przydomek „Bombardier z Wybrzeża”, który przylgnął do niego na długo i wyjątkowo trafnie oddawał sposób, w jaki walczył.
|Czytaj też: Czytelnia VIP. 19 marca. Imieniny Józefa. I urodziny boksera Kruży. Śmierć synka i… walka życia
Morze zarzutów
W tym samym czasie dostał się pod skrzydła Feliksa Stamma, a to w tamtym czasie znaczyło bardzo wiele. Nie był pięściarzem idealnym technicznie. „Sport” pisał po Helsinkach, że raczej był „wzorem pracowitości”. Umiejętnie pokonywał tym własne ograniczenia. A tych było wiele i nie wiązały się tylko ze sfera sportową. W Polsce powszechna była bieda, a pięściarz wspominał, że realia kadry były ciężkie – na zgrupowaniach chodziło nie tylko o trening, ale i o to, w końcu można było porządnie się najeść…
Na krajowych ringach bardzo szybko zyskał status zawodnika solidnego. Zwycięstwo nad legendarnym Antonim Czortkiem potwierdziło, że jest gotowy na duże wyzwania. W latach 1947–1951 regularnie zdobywał mistrzostwo Polski, najpierw w kategorii piórkowej, potem w lekkiej. Jednocześnie ciągnęła się za nim opinia boksera trudnego do zaszufladkowania. Szczególnie przez dziennikarzy. W 1952 roku „Sport” pisał tak:
Pierwszym wielkim jego klasy były igrzyska w Londynie w 1948 roku. Polska jechała tam bez jakiś wielkich oczekiwań, raczej z myślą o pokazaniu, że po wojnie wróciła do międzynarodowego sportu. Aleksy wrócił z… pierwszym powojennym polskim medalem olimpijskim w boksie! Wygrał z Tranim, Garcíą i Seo Byeong-ranem, przegrał dopiero w półfinale z Włochem Formentim. Wrócił z brązem.
Ten medal był przełomem nie tylko dla niego, ale i całego polskiego boksu. Bo późniejsze sukcesy Chychły i Antkiewicza nie były dziełem przypadku, lecz efektem kilku lat naprawdę porządnej pracy.
Trener i wychowawca
Po igrzyskach nie zniknął. Nadal walczył, nadal liczył się w Europie, a ostatni duży sukces jako zawodnik przyszedł w 1953 roku wraz z brązem mistrzostw Europy w Warszawie. Dwa lata później zakończył karierę ringową. Bilans miał znakomity: 250 walk, z czego 215 wygranych, tylko 27 przegranych i 8 remisów. W tym ponad pięćdziesiąt zwycięstw przed czasem.
Druga część jego życia sportowego była równie ważna jak pierwsza. Bo postanowił podzielić się wiedzą i doświadczeniem. Najpierw pracował jako trener w Gdańsku, potem związał się ze Słupskiem. I właśnie tam z zyskał status legendy. W 1988 roku w tygodniku „Zbliżenia”, przy okazji 40. rocznicy zdobycia brązowego medalu olimpijskiego, napisano:
Uznanie zyskał nie tylko w ringu. W 1948 został laureatem Plebiscytu Przeglądu Sportowego na najlepszego sportowca Polski, a w 1989 Nagrody im. Aleksandra Rekszy. W 1999 nadano mu tytuł honorowego obywatela miasta Słupska. Otrzymał też kilka odznaczeń państwowych.
Zmarł 3 kwietnia 2005 roku.
Dla lwiej części kibiców jest tym, którego skrzywdzono w olimpijskim finale…