Najpierw dał Japonii olimpijskie złoto i poprowadził rodaków do historycznego całego podium. Kilka dni później, na dużej skoczni w Sapporo, nie wytrzymał ciężaru oczekiwań i przegrał z Wojciechem Fortuną. A wcześniej odebrano mu szansę na coś, co mogło zapisać go historii Turnieju Czterech Skoczni…
6 lutego 1972 roku. Na skoczni Miyanomori w Sapporo tłum świętuje. Japończyk Yukio Kasaya wygrał olimpijski konkurs na skoczni normalnej. Choć nie wszystko ułożyło mu się idealnie, bo warunki nie były idealne.
Sapporo 1972. Jak Yukio Kasaya wygrał konkurs na Miyanomori?
Dziennikarze pisali o nagłych podmuchach wiatru, o specyficznej geometrii skoczni i o tym, że Europejczycy nie bardzo umieli się odnaleźć w tych realiach. Po pierwszej serii aż czterech Japończyków zajmowało cztery czołowe miejsca, a prowadził rzeczony Kasaya. Potem organizatorzy skrócili rozbieg…
Zaczęła się druga seria, w której kilku zawodników pogubiło się zupełnie. Seiji Aochi zepsuł próbę, lądując na 77,5 metrze. Akitsugu Konno skoczył półtora metra dalej i wysunął się na czoło. Ale to trzeci z Japończyków – Yukio Kasaya – skoczył najpewniej. W tych jego próbach nie było nerwowości. Nie kalkulował. Oddał dwa skoki na 84 i 79 metrów, zdobył 244,2 punktu i sięgnął po złoto przed kolegami z kadry. Japonia wzięła cały komplet medali, ale nawet w takim triumfie Kasaya był figurą najważniejszą. Nadawał on przecież ton całemu konkursowi.
Yukio był wówczas chyba w najlepszej formie w karierze. Nie chodziło nawet o uzyskiwane odległości, ale o regularność, której inni nie potrafili utrzymać. W Sapporo długość skoku ważyła wyjątkowo wiele, co udowodnił później Wojciech Fortuna, ale metry nie wystarczały, jeśli zawodnik tracił panowanie nad nerwami. On był spokojny. Zazwyczaj…
|Czytaj też: Fortuna w Sapporo. Rok 1972
Okurayama i Fortuna
Kilka dni później była duża skocznia i zupełnie inny ciężar oczekiwań. Był 11 lutego 1972 roku, piątek. Od świtu tłumy ciągnęły pod Okurayamę. Japończycy chcieli powtórki ze średniej skoczni i nie dopuszczali myśli, że konkurs może wygrać ktoś inny. Z trybun niosło się jedno nazwisko, skandowane przez tłum: „Ka-sa-ya! Ka-sa-ya!”.

Właśnie w takiej scenerii rozegrał się jeden z najbardziej pamiętnych konkursów w historii skoków. A w Polsce wręcz kultowy! Kasaya miał być jego bohaterem, ale wszystko popsuł mu… Wojciech Fortuna. Polak poleciał na 111 metrów. Piekielnie daleko! Po nim przyszła kolej na japońskiego lidera. Doping był potężny, koncentracja znów pełna, odległość bardzo dobra: 106 metrów. Tyle że to było o 5,5 punktu mniej od Fortuny. Różnica niby nieduża, ale na takim poziomie wystarczająca, by zburzyć pewność siebie faworyta. Yukio wciąż pozostawał w grze o złoto, tylko że teraz musiał gonić.
Druga seria była próbą nerwów. Publiczność liczyła, że ich mistrz odpowie i zrobi to, co robił już tyle razy: uporządkuje sytuację jednym skokiem. Tak się nie stało. Fortuna skoczył krótko, bo zaledwie 87,5 metra, ale to wystarczyło. Japończyk również zepsuł drugi skok. 85 metrów nie wystarczyło, by odrobić stratę. W efekcie wygrał Polak przed Steinerem i Reinerem Schmidtem, a Kasaya był 7. Albo dopiero 7…
|Czytaj też: Andrea Bucciol: za dobrym szkoleniowcem stoją wspierający go i serdeczni ludzie – zarówno w domu, jak i w klubie
Odwrót z Innsbrucka
Za złoto zapłacił jeszcze jedną cenę. W 1986 roku mówił:
„Bardzo mi żal rzecz jasna tego drugiego złotego medalu, ale nie byłem w stanie wygrać z Polakiem, jeszcze bardziej żal mi się robi, kiedy sobie przypomnę odwrót z Innsbrucka. Miałem już po trzech konkursach niczym nieodebrane zwycięstwo w turnieju…”.
Tą większą stratą był 20. Turniej Czterech Skoczni. W sezonie olimpijskim 1971/1972 Yukio Kasaya rozpoczął go w formie wręcz fenomenalnej. Wygrał zdecydowanie w Oberstdorfie. Potem zwyciężył w Garmisch-Partenkirchen. Następnie dołożył trzeci konkurs, w Innsbrucku. Trzy starty, trzy zwycięstwa, pełna kontrola i coraz większy rozgłos. W normalnych warunkach taki zawodnik jechałby po historyczne zwycięstwo w całym turnieju, może nawet po komplet wygranych – również historyczny, bo pierwszy.
Ale właśnie wtedy szefowie japońskiej ekipy spanikowali. Uznali, że forma ich skoczka jest tak wysoka i przy tym cenna, że trzeba go natychmiast wycofać i chronić przed wszystkim, co mogłoby zakłócić przygotowania do olimpijskiego startu w kraju. Nakazali mu więc spakować walizy, po trzecim konkursie przewieźli ekipę na lotnisko w Monachium i wrócili do domu, nie czekając na zawody w Bischofshofen. Oficjalne uzasadnienie było proste: najważniejsza są igrzyska, reszta się nie liczy. Sportowo była to decyzja brutalna. Skoczek miał już praktycznie w rękach zwycięstwo w całym turnieju, a jednak odebrano mu taką możliwość. Pod jego nieobecność ostatni konkurs wygrał Wirkola, a cały Turniej Czterech Skoczni padł łupem Ingolfa Morka. Yukio Kasaya po latach mówił wprost, że bardziej żal mu właśnie tego „odwrotu z Innsbrucku” niż przegranej z Fortuną na dużej skoczni w Sapporo. Bo tam przegrał na śniegu, w sportowej walce. Tutaj odebrano mu szansę jeszcze przed startem…
W 1976, mając 33 lata, zakończył karierę zawodniczą i poświęcił się pracy trenerskiej i organizacyjnej. Na igrzyskach olimpijskich w Vancouver w 2010 był wiceszefem ekipy japońskiej. Zmarł dwa lata temu, 23 kwietnia 2024 roku.
