11 stycznia 1986 roku Jerzy Kukuczka i Krzysztof Wielicki dokonali pierwszego zimowego wejścia na ośmiotysięcznik Kanczendzonga.
Na lodowcu Yalung, u progu zimy, wszystko zaczyna się od negocjacji. Tragarze patrzą na spękany lód jak na granicę, której przekraczać nie chcą. Baza musi stanąć tam, gdzie lodowiec się zaczyna, na wysokości około 4700 metrów. Dopiero ubrania, sprzęt i lepsza zapłata przekonują część ludzi, by ruszyć dalej. Nazajutrz wyrasta baza wysunięta w jęzor lodowca.
Jest koniec roku 1985.
Balu nie było
Zespół pracuje metodycznie. Małe grupy zakładają poręczówki, wynoszą ładunki, wracają. Po kilku dniach jest obóz I na 6200 m, potem obóz II na 6700. 20 grudnia do wyprawy dołączają Jerzy Kukuczka i Krzysztof Wielicki. Nie potrzebują długiej aklimatyzacji, bo niedawno wrócili z innego ośmiotysięcznika. Ale Himalaje nie wybaczają. Depozyt w okolicach 7000 m kosztuje ich tyle, że schodzą do bazy, by nabrać tchu.
Wigilia 1985 nie ma tu smaku karpia, tylko planów. W namiotach układa się marszruty, terminy i ewentualne warianty odwrotu. Z początku pogoda sprzyja: świeci słońce, a wokół panuje niemal cisza. W Boże Narodzenie przychodzi jednak typowy zimowy „sztorm himalajski”. Wiatr i śnieg zamykają drogę na dni. Kiedy 30 grudnia aura nieco się poprawia, zapada się odcinek z poręczówkami. Trzeba szukać obejścia i zaczynać pracę od nowa…
Sylwester spędzają w obozie I. „Oczywiście żadnego balu” – mówi Kukuczka – i o dwudziestej wszyscy są już w śpiworach. Sen jest testem. Jeśli przychodzi spokojnie, organizm jeszcze daje radę. W Nowy Rok część ekipy dochodzi do obozu II, a Kukuczka, Wielicki, Andrzej Czok i Przemysław Piasecki idą wyżej, bez tlenu. 2 stycznia powstaje obóz numer III. Następnego dnia docierają na 7800 metrów, ale zrywa się mocny wiatr. Zamiast odkładać atak o 4–5 dni, decydują się założyć obóz IV właśnie na tej wysokości – o około 200 metrów niżej niż planowano, godząc się na prawie 850 metrów podejścia w dniu ataku.
Coś pęka…
Noc to czas gotowania wody. Mają kuchenkę na mieszankę propanu i butanu, przystosowaną do wysokości, ale mimo to stopienie lodu trwa ponad godzinę! Woda wrze tu przy sześćdziesięciu stopniach. Ubieranie się wymaga oszczędności, bo każdy ruch kosztuje sporo energii. Buty trzeba rozgrzać nad palnikiem, bo są twarde jak kamień.

Na takiej wysokości organizm nie odpoczywa. Nawet leżąc, pracuje na wysokich obrotach. Po czternastu dniach akcji decyzja może być tylko jedna: zejście i kilka dni w bazie. 7 stycznia pojawia się okno pogodowe. Wychodzą w górę i szybko odbudowują rytm: obóz I, potem II, następnie III i wreszcie IV.
Przed obozem IV widać jednak, że coś pęka. Nie w skale, tylko w człowieku. Wtedy zapada też decyzja, że pójdą we dwójkę – Jurek i Krzysiek. Andrzej Czok źle się poczuł. Ma objawy choroby wysokościowej i obrzęk płuc. Przemysław Piasecki będzie sprowadzał go na dół. Przed szóstą, 11 stycznia, gdy Kukuczka i Wielicki otwierają namiot pogoda jest dobra, ale zanim słońce podniesie temperaturę, mróz trzyma około minus czterdziestu. Żegnają Andrzeja i Przemka, którzy później będą schodzić niżej.
|Czytaj też: Cecylia Kukuczka. Moje randki z Jurkiem… [WYWIAD]
Dusza środowiska
Dalej jest już tylko wysokość i konsekwencja. Szachowanie siłami. I wreszcie – Kanczendzonga. Wierzchołek ośmiotysięcznika, zdobyty zimą po raz pierwszy przez dwóch Polaków. Wielicki wchodzi pierwszy. Po nim Jurek. W książce „Mój pionowy świat” napisze:
„Teraz ja wchodzę, zostawiam zabrane synom z domu dwie zabaweczki, małe plastikowe misie, robię jakieś zdjęcia”.
Gdy wracają do obozu IV i meldują o zdobyciu szczytu, dowiadują się, że z Andrzejem jest kiepsko. Osłabł. W „trójce” mają kontakt z lekarzem, ale sytuacja jest fatalna.
Andrzej Czok umiera tego samego dnia. Piasecki, który do końca opiekował się towarzyszem, jest załamany. Pozostali również. Jego ciało spoczęło w szczelinie lodowej na południowej ścianie Kanczendzongi. W „Moim pionowym świecie” Jurek napisze:
„Stoimy tutaj, modlimy się na głos. Andrzej leży, nie potrafię ciągle pogodzić się z tym, że już nigdy nie opuści tego śpiwora i nie ruszy w górę. Przecież Andrzej Czok nie był jednym z nas, był duszą całego środowiska śląskiego, był Kimś. To z nim zaczynałem chodzić po Himalajach, łączyło nas wiele nie tylko w górach, ale i w dolinach”.
|Czytaj też: Tajemnica Everestu. Czy George Mallory i Andrew „Sandy” Irvine stanęli na szczycie?
Kim był Andrzej Czok?
Andrzej Czok należał do ścisłej elity polskiego himalaizmu lat 70. i 80., choć rzadko pojawiał się w centrum medialnej uwagi. Urodził się 11 listopada 1948 roku w Zabrzu i był związany z Klubem Wysokogórskim w Gliwicach. W środowisku uchodził za himalaistę niezwykle solidnego, odpornego psychicznie i fizycznie, specjalistę od „czarnej roboty” – poręczowania, transportu ładunków i działań na dużych wysokościach, bez których sukcesy wypraw byłyby niemożliwe.
Jego kariera wysokogórska nabrała rozpędu w drugiej połowie lat 70. W 1976 roku uczestniczył w polskiej wyprawie na K2, gdzie dotarł do około 8000 m nową drogą północno-wschodnią granią. Pierwszy ośmiotysięcznik zdobył 4 października 1979 roku, stając na szczycie Lhotse w zespole z Jerzym Kukuczką, Zygmuntem Andrzejem Heinrichem i Januszem Skorkiem.

Najgłośniejszym sukcesem Czoka było wejście na Mount Everest 19 maja 1980 roku. Wraz z Kukuczką zdobył najwyższą górę świata nową drogą południowym filarem, w ramach narodowej wyprawy kierowanej przez Andrzeja Zawadę. Było to jedno z największych osiągnięć tzw. złotej dekady polskiego himalaizmu.
W 1982 roku Czok dokonał kolejnego wybitnego wyczynu, samotnie zdobywając Makalu – jedną z najtrudniejszych technicznie gór świata. Trzy lata później zapisał się na trwałe w historii alpinizmu zimowego: 21 stycznia 1985 roku, ponownie z Kukuczką, dokonał pierwszego zimowego wejścia na Dhaulagiri. Sukces ten miał jednak dramatyczne konsekwencje – w wyniku ciężkich odmrożeń Czok stracił części palców u stóp.
