historiasportu.info

John Havlicek. Biegająca, cicha legenda

John Havilicek w latach 60. fot. domena publiczna
John Havilicek w latach 60. fot. domena publiczna

John Havlicek to legenda Boston Celtics, człowiek, który nie potrzebował wielkich słów, by przejść do historii. Przez szesnaście sezonów był symbolem pracowitości, lojalności i perfekcji w ruchu. Jego słynny przechwyt z 1965 roku to moment, w którym cały Boston wstrzymał oddech, a koszykówka dostała jedną z najpiękniejszych scen swoich dziejów…

W Boston Garden zegar zatrzymany. Zostały ostatnie sekundy, dokładnie pięć. Hal Greer szykuje wznowienie, Wilt ustawia się, ale jest szczelnie kryty. Tłum wstrzymuje oddech. Na tablicy 110-109 dla graczy z Bostonu. Ale to Philadelphia 76ers ma piłkę i możliwość odwrócenia wyniku spotkania. Greer decyduje się na podanie do Cheta Walkera. Piłka szybuje… i nagle dłoń faceta z numerem 17 przecina jej lot. Sprawozdawca radiowy, Johnny Most, widząc tę akcję nie hamuje emocji i krzyczy: „Havlicek kradnie piłkę… Havlicek kradnie piłkę!”.

Sam Jones wybija piłkę w trybuny. Koniec. Celtics idą po siódmy tytuł, a to jedno dotknięcie i komentarz stają się radiową legendą. 15 kwietnia 1965 roku Boston jest świadkiem jednej z najpiękniejszych scen w dziejach NBA.

Jak wino…

John Havlicek nie wyglądał na herosa. Liczył 196 centymetrów, był szczupły i trochę niepozorny. Nazywali go „Hondo”, na cześć głównego bohatera amerykańskiego westernu z 1953 roku. I Havlicek ma coś z postaci granej przez Johna Wayne’a. Nie, nie o imię tu chodzi, a o wytrzymałość. Red Holzman z Knicksów mówił o nim z mieszaniną podziwu i rezygnacji:

„Już dzięki samej wytrzymałości byłby wśród najlepszych, ale Bóg dołożył mu też rozum do gry i ręce, które działały jak pułapki”.

John Havilicek w latach 60. fot. domena publiczna
John Havilicek w latach 60. fot. domena publiczna

Statystyki go bronią. Robią też trochę porządku z nostalgią, bo przecież często kibice rysują portrety nieskazitelne, ale nie podparte twardymi dowodami. Takie oparte na emocjach. 26 395 punktów Johna to najwięcej w historii Celtics. Do tego osiem mistrzostw ligi czy trzynaście występów w meczu gwiazd. W 1974 roku został MVP finałów, już jako kapitan Celtics. Liczby to jedno. Osobowość – drugie.

W szatni nie był wodzirejem. Ten syn Czecha i Chorwatki, którzy w Martins Ferry w stanie Ohio prowadzili sklep wielobranżowy, nie krzyczał, nie pchał się na piedestał. Tylko grał. I był jak wino, z wiekiem jeszcze zyskiwał na jakości.

„Nigdy nie myślałem, że wytrzymam w Bostonie więcej niż osiem, dziewięć lat” – stwierdził z nutą autoironii. Tymczasem… w wieku trzydziestu rozgrywał najwięcej minut w drużynie.

|Czytaj też: Dennis Rodman i noc, która zmieniła życie

Ruch, ruch i jeszcze raz ruch…

Być może dlatego współcześni często go przeoczają. Łatwiej przecież sprzedać postać błyskotliwą, taką którą kocha obiektyw kamery. Albo powie zrobi coś kontrowersyjnego. A Havlicek był w cieniu. Potrafił znakomicie ruszać się bez piłki. Pomagał w obronie. Asystował. Takie zachowania na boisku są mniej widoczne, niż skuteczne rzuty. Ale są równie ważne, może nawet i ważniejsze, bo przygotowują fundament pod korzystny wynik. Dave Cowens, kolega z drużyny mówił o nim:

„Zawsze był niedoceniany. Mówili Magic, West, Dr. J, a tak naprawdę John też należy do tej grupy”.

Cowens wspomniał też o jego jeszcze jednej, bardzo naturalnej umiejętności. Havlicek potrafił bowiem rzucać z każdej pozycji. Nie potrzebował specjalnego przygotowania. Zdarzało się, że otrzymywał podanie, będąc w trudnej sytuacji, a i tak trafiał. Ewentualne korekty, choćby ustawienia ciała, wykonywał w powietrzu, na sekundę przed wyrzutem piłki z dłoni.

I jeszcze ta jego kondycja. Żelazna.

John Havlicek z numerem 17 fot. domena publiczna
John Havlicek z numerem 17 fot. domena publiczna

Biegał od dziecka: do szkoły, do sklepu, na autobus. Trenował trzy dyscypliny. Prócz basketu były jeszcze baseball i futbol amerykański. Później nadal biegał, tylko po parkietach. Lubił powtarzać, że w NBA liczy się ruch:

„Jeśli się ruszamy, w końcu musi się coś wydarzyć”.

Czym było to „coś”? W jego wypadku: czasem podaniem, czasem przechwytem, czasem samą obecnością we właściwym miejscu o właściwej porze. Tak jak w ostatnich sekundach meczu z Philadelphia 76ers.

|Czytaj też: Jordan trochę mniej znany. „Była chłodna niedziela, 17 lutego 1963…”

John Havlicek? Legenda!

Do Bostonu trafił w 1962. Najpierw był szóstym zawodnikiem. Wstawał z ławki i zmieniał tempo spotkania. W sezonie 1969/1970 wszedł do podstawowego składu, a w latach 70. dojrzewał do roli kapitana. W 1974 roku został wybrany MVP finałów. Odchodził w 1978, w wieku 38 lat. Jako legenda, która całą karierę była wierna jednemu klubowi. To też świadectwo…

W Celtics szanowali jego charakter. Red Auerbach mawiał, że gdyby miał syna, chciałby, by był jak John. To nie był komplement odnoszący się do gry, tylko do skali jego przyzwoitości. Gdy zawieszano pod kopułą numer 17, było jasne, że na tym nie kończą się jego zasługi. Może nie w koszykówce, a w życiu, bo na emeryturze zamiast ławki trenerskiej wybrał działalność charytatywną i rodzinę. I ruch. Zawsze ruch! A to na łodzi, z wędką, w słońcu Florydy. A to na parkowych ścieżkach, gdzie spacerował.

Kiedy odszedł 25 kwietnia 2019 roku, Boston zatrzymał się. To była jedna z tych śmierci, które wywołały ciszę. Parkinson okazał się przeciwnikiem bardziej podstępnym niż rywale z boiska. Ale nie zamazał wspomnień o rzutach, przechwytach i grze bez piłki. I o chwili, w której John Havlicek kradnie piłkę…

0 0 Głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najczęściej oceniane
Informacje zwrotne w linii
Zobacz wszystkie komentarze

O autorze:

Warto zobaczyć:

Josy Barthel finiszuje w trakcie igrzysk olimpijskich w 1952 roku fot. LW-Archiv

Kiedy w Luksemburgu mowa o mistrzach olimpijskich jedna postać od razu pojawia się na językach. To Josy Barthel, jedyny …

Héctor Castro atakuje bramkarza Argentyny fot. domena publiczna

Montevideo, początek XX wieku. W dzielnicy Buceo mały chłopiec o bystrych oczach i czarnych włosach ugania się za piłką. …

Fausto Coppi źródło: https://www.gazzetta.it/

W kolejnej części "Kusych historii" wsiądziemy na rowery. Kolarstwo szosowe to sport niezwykle emocjonujący i zaskakujący. Za wyścigowymi kulisami kryją się całkiem ciekawe historie. Dziś wybrałem i opisałem trzy: śpiący przedstawiciel reprezentacji Nikaragui, cwany Gabriel Poulain oraz Fausto Coppi i jego romans.

kalendarium sportowe

Prezentujemy kolejne kalendarium sportowe. Sprawdź jakie rocznice historyczno-sportowe czekają Cię od 23 do 29 maja. Bądź na bieżąco!

0
Chciałbym poznać Twoje zdanie, proszę o komentarz.x