www.historiasportu.info

Historia sportu w internecie. Nie znajdziesz tutaj samych wyników, statystyk i liczb. Bo sport i jego historia to coś więcej.

Jan Mysłajek
Historie Sporty zimowe Spowiedź Mistrza

Jan Mysłajek. Nie wiek, lecz pasja – na nartach przez życie (reportaż)

Starszy mężczyzna żwawo przechadza się po swoim warsztacie. Proponuje kawę. Zastanawia się, od czego zacząć. Mijają minuty i jego opowieść nabiera barw. Różnych. Raz jasnych, gdy wspomina sukcesy, dzieciństwo, pracę. I ciemnych: beskidzko-zakopiański spór, kontuzje, wyrzucenie z kadry. – Może gdybym nie był takim lokalnym patriotą, to wycisnąłbym ze swojej kariery więcej – zastanawia się Jan Mysłajek. Ale nie żałuje. Przecież całe jego życie kręci się wokół nart. Są dla niego jak tlen. Dzięki nim wie, że żyje.


Walki o Szczyrk i krwawy odwrót

Powietrze przecinały kule. Ludzie mówili, że wojna zbliża się ku końcowi. Że jeszcze trzeba przetrwać tylko jedno, mocne uderzenie i będzie spokój. W połowie lutego 1945 roku Armia Czerwona, przez Bieniatkę, wkroczyła do Buczkowic. Żołnierze Wermachtu i część mieszkańców w popłochu pakowała walizki. Musieli uciekać. Najbezpieczniejsza droga wiodła przez Szczyrk do Wisły i potem dalej, w stronę Cieszyna. I o ile ludność cywilna faktycznie gnała co sił, o tyle niemieccy żołnierze wycofywali się wolniej. Próbowali jeszcze stawić opór.

Najpierw zaczaili się w policyjnym posterunku na granicy miejscowości. Bronili go kilka dni. Nie udało się i stracili kontrolę nad wioską. Później zmobilizowali się raz jeszcze i odbili Szczyrk z rąk radzieckich. Przeciąganie liny mogło trwać tygodniami, ale pod koniec lutego nad szczytami Klimczoka i Skrzycznego pojawiły się samoloty oznaczone czerwoną gwiazdą. Dla Niemców to był koniec. Odwrót ostateczny, lecz zapamiętany na długo.

Niemiecka pocztówka ze Szczyrku
Niemiecka pocztówka ze Szczyrku

Dowództwo wycofującego się Wermachtu wydało rozkaz aresztowania każdego, kto ośmielił się włożyć na ramię biało-czerwoną opaskę. W rękopisie „Powiat Bielsko 1939-1945 dodatek: ruch oporu, ofiary hitleryzmu” w jednej z notatek czytamy:

Przy cofaniu się i opuszczaniu Szczyrku hitlerowcy pędzili przed sobą 70 ludzi, przeważnie młodych chłopców – górali. Pędzeni jak bydło chłopcy mieli w tyle związane ręce drutem kolczastym. Dużo z nich zostało rozstrzelanych w Wiśle, 10 marca 1945.1

Kilka tygodni później, już po wyzwoleniu, 16 maja 1945 roku, odbył się pogrzeb – jak się okazało – dwunastu zabitych chłopców. Wydarzenie miało charakter lokalnej manifestacji. Szczyrkowscy górale nie chcieli więcej wojen.


Jasiek, chłopak na bukowych nartach

Jan Mysłajek wojny, wyzwolenia i odbudowy kraju nie może pamiętać. Miał wówczas kilka miesięcy. Na świat przyszedł 27 maja 1944 roku, w jednej z chałup na zboczach Skrzycznego – góry, którą za parę lat pokocha. W domu rodzinnym miał jedną pamiątkę po Niemcach: cztery pary nart, tak zwanych „klejonek”, na których wojskowi umilali sobie okupację. Nie wie dokładnie, jak trafiły do rodziny. Ojciec Janka pracował w lesie, zaś mama zajmowała się domem. Mysłajkowie prowadzili niewielkie gospodarstwo, w skład którego wchodziły dwie krowy i pięć owiec.

Nie byliśmy majętną rodziną. Mój ojciec nie mógł sobie pozwolić na zakup nowych nart, czy butów. A już tym bardziej na jakieś wsparcie finansowe w czasie, kiedy zaczynałem sportową karierę.

Nie był wyjątkiem. Szczyrk nie był aż tak mocno kojarzony z turystyką. Co prawda w miejscowości znajdowała się baza noclegowa, ale nieporównywalnie mniejsza, niż ta obecna. Miejscowość wżynająca się pomiędzy KlimczokSkrzyczne była typową, beskidzką wioską. Ludzie pracowali w polu, wypasali owce, albo karczowali okoliczne lasy. O każdy grosz trzeba było mocno się starać. Przełom nastąpił w styczniu 1958 roku, kiedy uruchomiono kolej krzesełkową na Jaworzynę, pierwszą tego typu w kraju. Dwa lata później rozbudowano ją o kolejny odcinek, na szczyt Skrzycznego. Na końcu pojawiły się orczyki. Narciarstwo dało mieszkańcom szansę na mentalną zmianę: zamiast rolnictwa gro osób przebranżowiło się i rozpoczęło działalność usługową. Rosnąca liczba turystów sprawiła, że w 1965 roku, przy ulicy Górskiej, pierwsi goście nocowali w kultowym hotelu „PTTK”. Rozwój pomógł też zmienić status Szczyrku – w 1973 roku uzyskał prawa miejskie.

Kolejka na Jaworzynę i Skrzyczne
W pierwszym dniu funkcjonowania kolejka miała obsłużyć blisko 2000 osób. źródło zdjęcia: Kronika Beskidzka nr 6/1958

Dzieciństwo Janka przypadło na lata pięćdziesiąte. Czasy były takie, że dzieci najpierw musiały skończyć robotę, a dopiero później mogły myśleć o nauce i przyjemnościach. Kolejność nie jest tutaj przypadkowa. Latem chłopcy biegali za piłką, jeździli na rowerze. Zimą uprawiali narciarstwo, lecz posiadanie profesjonalnego sprzętu było rarytasem. W ruch szły więc ojcowskie piły, heblarki i inne sprzęty do obróbki drewna. Do tego jakiś sznurek, albo drut i parę gwoździ. Właśnie takie, ręcznie robione, bukowe deski Jasiek dostał od taty. Musiały wystarczyć. Nieżyjący już Andrzej Niedoba, reportażysta i spiker Telewizji Katowice, tak pisał o początkach narciarskiej pasji chłopca:

Szkoła była na dole, Jasiek mieszkał na górze, żeby było łatwiej tata Rudolf zrobił mu narty (…). Tak mu te drzewionki zasmakowały, że w tej szkole na dole zawsze był najpierwszy. (…) Miał 12 lat, a na stoku Skrzycznego, przez ojcowskie pole wytyczono trasę zjazdową. Gdy ogłaszano zawody, brał swoje klepki i stawał na starcie.2


Ze Szczyrku, hen dalej, w świat

Początkowo narty były dla młodego Mysłajka idealnym środkiem lokomocji. Z czasem, stały się częścią życia, odskocznią i… narzędziem korygującym.

Miałem dziesięć, może jedenaście lat, jeździłem na tych deskach do szkoły, do „Dwójki” w Górnym Szczyrku. Startowałem na nich w szkolnych zawodach, z których większość wygrywałem. Narty stały się moim hobby. W niczym mi nie przeszkadzały. Ba! Miałem krzywe nogi, a jak szusowałem, to mówili mi, że to niemożliwe, że mam je proste! Do dzisiaj nie wiem dlaczego.

W 1958 roku czternastoletni Janek zapisuje się do szczyrkowskiego LZS-u. Trafia pod skrzydła Eugeniusza Kanika, a jego talent połączony z pracą błyskawicznie przynoszą sukcesy. Mniej więcej w tym czasie odnosi też pierwszą, poważną kontuzję – na Hali Goryczkowej, gdzie w wielkim skupieniu przyglądał się manewrom starszych narciarzy. Podpatrywał, jak „kręcą”. Po zakończeniu obserwacji wjechał na trasę z zamiarem powtórzenia większości ruchów. Pech chciał, że upadł nieszczęśliwie i złamał nogę. Trafił do zakopiańskiego szpitala. Drugi, ciężki uraz również przytrafił mu się w Stolicy Tatr, na trasie FIS II. Była zima roku 1964. Dojeżdżał do hopki i zamiast ją minąć, najechał na nią. Prędkość sprawiła, że poleciał ponad trzydzieści metrów i lądując pokiereszował kolano. Wspominając kontuzje zawsze powtarza, że to jego największe porażki.

Jan Mysłajek twierdzi, że kontuzje i wiążący się z nimi brak startów to jego największe porażki.
Jan Mysłajek twierdzi, że kontuzje i wiążący się z nimi brak startów to jego największe porażki.

W 1959 roku zdobywa jeden z dwunastu tytułów mistrza kraju (w różnych kategoriach wiekowych i grupach). Później startuje w Innsbrucku, ale to nie to austriackie miasto robi na Mysłajku największe wrażenie. Jak na prawdziwego narciarza przystało, serce zabiło mu mocniej, a twarz ozdobiła nieopisana radość, gdy w 1963 roku mógł wpiąć narty i pędzić po stromiznach słynnej trasy w Kitzbühel, tej najtrudniejszej na świecie. Nie tylko sam zjazd zrobił na nim wrażenie. Do Austrii Janek wyjeżdżał jako kadrowicz, jedyny reprezentant z Beskidów. W Biało-Czerwonych barwach błyszczał już od trzech lat. Razem z nim na zawody pojechali Andrzej Bachleda-Curuś, Ryszard ĆwikłaBronisław Trzebunia – wszyscy trzej pochodzili z Zakopanego. Po zjeździe, w którym Szczyrkowianin zajął siedemnaste miejsce, któryś z trenerów, w formie ciekawostki, pokazał im pensjonat znajdujący się nieopodal stoku. Jego właścicielem był Toni Sailer, trzykrotny złoty medalista olimpijski z Cortina d’Ampezzo i wielokrotny mistrz świata. Dziewiętnastoletni Mysłajek nie miał pojęcia, że startował w miejscowości legendy narciarstwa. Był tym zachwycony. Wielki, sportowy świat otwierał przed nim swe wrota. Tak mu się przynajmniej wtedy wydawało.

Zagraniczne eskapady poszerzyły horyzonty i znajomości szczyrkowskiego asa. W 1967 roku „Atomic”, znany na całym świecie producent sprzętu sportowego, zagwarantował mu sześć par nart. I to rocznie! Tym samym, w trudnych czasach Polski Ludowej, otrzymał gwarancję sprzętową, której wielu mogło mu pozazdrościć. Zresztą, przedstawiciele austriackiej firmy polubili Janka. Kilka lat później jej założyciel, Alois Rohrmoser, wpadł nawet na pomysł współpracy pozasportowej. Przedsiębiorca, miał szerokie kontakty i dowiedział się, że w Szczyrku otwarto kilka nowych wyciągów. Skoro były trasy, to będzie potrzeba zakupu i serwisowania nart. Mysłajek miał zająć się przygotowaniem desek. W autoryzowanym punkcie.

Nie obyło się bez kłopotów. Praca serwismena wymagała przejścia odpowiednich szkoleń, a te, przez trzy tygodnie, miały odbywać się w siedzibie austriackiego producenta. W okresie PRL prywatne wyjazdy zagraniczne były mocno utrudnione, dlatego Rohrmoser wysłał do Janka specjalne zaproszenie, które przyśpieszyło proces przyznania wizy. Narciarz przyswoił wiedzę i po powrocie do kraju chciał rozpocząć pracę. Chciał, lecz nie mógł, a na przeszkodzie znów stanęły ówczesne, absurdalne przepisy.

Urzędnicy przyjmujący dokumenty drapali się po głowach, pytając, co do diabła robi ten cały „serwismen”. Przecież nie ma takiego zawodu! Mysłajek przekonywał, że jest, tłumaczył z czym się to je. W końcu stanęło na tym, że w sumie, to taki ślusarz i wysłano go na sześciotygodniowe przyuczenie do cechu. Tak rozpoczęła się długa, trwająca do dziś praca przy serwisowaniu nart. Spod jego rąk wychodziły dawne – ponad dwumetrowe – zjazdówki, a później nowocześniejsze „carvingi”. Reperował różne wiązania: kandahary, markery i w końcu skrzynkowe. Został naocznym świadkiem sprzętowej ewolucji.

Jan Mysłajek w pracy. O zawód narciarskiego serwismena musiał mocno się postarać
Jan Mysłajek w pracy. O zawód narciarskiego serwismena musiał mocno się postarać

 

Beskidy kontra Zakopane – rywalizacja, w której nie było zwycięzców

W świadomości polskiego kibica Andrzej Bachleda-Curuś zajmuje miejsce szczególne. Myślisz polskie, męskie narciarstwo – mówisz jego nazwisko. Dla Jana Mysłajka Zakopiańczyk również jest tym najlepszym. Bronią go liczby i osiągnięcia. Niemal przez całe lata sześćdziesiąte panowie widywali się na stokach. Rywalizowali ze sobą, lecz zdarzało się, że przed zawodami międzynarodowymi dzielili też hotelowy pokój. Dziś o byłym rywalu wyraża się bardzo ciepło. Nigdy zresztą nie miał pretensji do pozostałych kolegów z tras. Oni niczemu nie byli winni. Miał żal do działaczy i części trenerów. Dlaczego?

W PZN-ie regiony nie były traktowane nierówno. Trochę tak, jakby ojciec jedno dziecko kochał bardziej, drugie mniej. Najprościej rzecz ujmując: było dopieszczane i bogate Zakopane i biedne, zsuwane na bocznicę Beskidy. Sporo utalentowanej młodzieży wywodziło się przecież ze Szczyrku, czy z Bielska-Białej. Te miasta miały swoje kluby, ale ciągle brakowało w nich pieniędzy.

Zdarzały się sytuacje, że jechaliśmy z Zakopiańczykami na wspólny obóz i oni wyjeżdżali kolejką po kilka razy. Ich kluby było na to stać. My wyjechaliśmy dwa, trzy razy i koniec.

W swoich opiniach Janek nie było odosobniony. Podzielali je dziennikarze lokalnych gazet. W „Kronice Beskidzkiej”, w numerze 9 z 1967 roku, redaktor Tadeusz Patan grzmiał:

Skrzyczne – to przecież najtrudniejszy w kraju poligon dla alpejczyków. Bezdewizowy! Kto z niego korzysta? Turyści. Śląscy działacze narzekają, nie bez przyczyny, że przygotowanie i zabezpieczenie trasy jest kosztowne i pracochłonne. (…) Zakopiańskie kluby – pieniędzy mają dość! A jednak przekładają swoje, jak mówią Austriacy, tatrzańskie „kinderschussy”: FIS I i FIS II. Co stoi na przeszkodzie, by mniej uprzywilejowana elita polskich zjazdowców jeździła, jak sezon długi, na Skrzycznem? Nic. Tylko wówczas wzrosła by ranga Skrzycznego i Szczyrku. Mysłajek mógłby zagrozić Bachledzie. Rosłyby nowe talenty. Więc od samej góry prowadzi się politykę. Skrzyczne w odstawkę.3

Zakopiańczycy ripostowali. Twierdzili, że w Beskidach  w mają kompleksy i siłą starają się o miejsca w kadrze. Najlepiej więc spór rozstrzygnąć na stokach. W sportowej walce.

Byli cięci na Beskidy. Teraz mogę powiedzieć, że ja im jakoś nie pasowałem. Może dlatego, że potrafiłem z nimi wygrywać.

Związkowa kostucha dopadła go w 1966 roku. Dwa lata przed igrzyskami olimpijskimi w Grenoble, igrzyskami, na które Janek mógł pojechać, ciągle przecież znajdował się w kadrze Polski. Sytuacja uległa jednak zmianie. Sportowiec wraz z rodzicami rozpoczął budowę domu. We wrześniu 1966 roku reprezentanci rozpoczynali obóz przygotowawczy do sezonu. Mysłajek nie mógł w nim uczestniczyć. Nadarzyła się bowiem okazja, by rozpocząć pracę. Udało mu się załatwić – trudno dostępny wówczas – cement i zamierzał wylać fundamenty. Później znów miał wrócić do kadry. Zobowiązał się również, że na czas absencji będzie trenował i konsultował się z trenerem klubowym.

Jan Mysłajek przed startem.
Jan Mysłajek przed startem.

Taka sytuacja nie była jakimś novum. Reprezentanci kraju, w różnych dyscyplinach, robili sobie podobne przerwy. Ot, choćby kobiety na czas ciąży i macierzyństwa. Wracano również po kontuzjach, prywatnych perturbacjach. W sporcie ważna jest przecież aktualna forma i wyniki, a te Janek miał. Kilka dni po zgrupowaniu do Szczyrku nadeszła wiadomość: Mysłajek został wyrzucony z kadry i miał oddać reprezentacyjny sprzęt. Szok!


Jan Mysłajek? Doskonały!

Lata 1967 – 1969 czas największych, sportowych trumfów Szczyrkowianina. Od 1958 roku w beskidzkich miejscowościach rozgrywano duże, międzynarodowe zawody zwane dumnie Pucharem Beskidów. Przez ponad dwadzieścia lat impreza organizowana była pod egidą FIS-u, co nadawało jej dodatkowej wartości. Boje toczyły się na stokach, trasach biegowych i skoczniach, a o ich prestiżu niech świadczy fakt, że jednym ze zwycięzców był Jiří Raška – czechosłowacki mistrz i wicemistrz olimpijski w skokach narciarskich. W Pucharze Beskidów Janek tryumfował trzykrotnie, w czasie, kiedy nie był już kadrowiczem.

Jiří Raška
Jiří Raška w 1967 roku wygrał konkurs skoków rozgrywany w ramach Pucharu Beskidów.

Najszerzej komentowaną edycją była ta jubileuszowa – dziesiąta. W lutym 1968 roku lokalni kibice czekali na pojedynek Mysłajek – Zakopiańczycy. Było już po igrzyskach w Grenoble, na które Szczyrkowianin nie wyjechał, choć wyniki miał kapitalne. Na swoim terenie, na Skrzycznem miało dojść do rewanżu. W prasie, na ulicach i w prywatnych rozmowach pompowano balonik. Huk jaki towarzyszył jego pęknięciu przez kilka dni nosił się po beskidzkich szczytach.

Kilka tysięcy sympatyków narciarstwa obległo w sobotę na Skrzycznem trasę slalomu – giganta, by podziwiać legendarną już technikę czołowego zjazdowca świata, rewelacyjnego Andrzeja Bachledy. Już długo przed startem do tej pierwszej konkurencji jubileuszowych, X Zawodów Zjazdowych o Puchar Beskidów, trasa oblepiona była sympatykami narciarstwa, którzy nie bacząc na padający deszcz czekali godziny 13:09, kiedy wystartować miał olimpijczyk Ryszard Ćwikło oraz 13:10, kiedy z numerem „10” miał jechać Bachleda… Próżno czekali widzowie. Po ósemce jechał (zresztą znakomicie) Jan Mysłajek z nr 12, olimpijczycy nie stanęli na starcie.4

Przyczyną nieobecności miały być warunki pogodowe. W ciągu kilku godzin deszcz zmył lwią część śniegu z trasy. Trenerzy obawiali się, że reprezentanci kraju nabawią się kontuzji, a przecież sezon jeszcze się nie skończył. Sfrustrowani, lokalni fani narciarstwa alpejskiego gwizdali i krzyczeli w stronę Zakopiańczyków. Oliwy do ognia dolewali redaktorzy niektórych gazet, snując teorię, że olimpijczycy obrazili się na publikę. Mijali się z prawdą. Sam Andrzej Bachleda-Curuś, zaczepiony przez jednego żurnalistę powiedział:

Jan Mysłajek? Dziś był doskonały!


Ktoś naszemu narciarstwu musi dać impuls

W 1972 roku Janek po cichu liczył na wyjazd na igrzyska. Znów się nie udało. Jego kariera sportowa stanęła na ostatniej prostej. Otwierały się też nowe możliwości, oczywiście związane z ukochaną dyscypliną. Zawodniczą karierę zakończył w 1973 roku. Oprócz pracy w swoim serwisie trenował młodzież, w „Kolejarzu” Bielsko-Biała. Od narciarstwa nigdy nie odszedł. Nie potrafi. Stał na czele dwóch szczyrkowskich klubów: TKKF, a później LZS „Sokół”, organizował zawody rowerowe, Ligę Miejską w piłce nożnej, Puchar Szczyrku, „Family Cup”. Był też miejskim radnym. Działacz pełną gębą – chciałoby się powiedzieć.

W ostatnich latach Jan Mysłajek zmagał się z problemami zdrowotnymi. Walczył dzielnie, tak jak na stoku, dzięki czemu nadal – bardzo trzeźwo – spogląda polskie narciarstwo alpejskie.

To sport elitarny. Mimo, że w Polsce masowo uprawia go prawie cztery miliony osób, to do dziś nie doczekaliśmy się medalistki lub medalisty olimpijskiego. Wszystko rozbija się o pieniądze: to drogi i niedostatecznie dofinansowany sport. Może jakiś pojedynczy talent, za którym stoją pełni pasji rodzice, kiedyś to pociągnie. Popatrzcie na skoki. Tam wystrzelił Adam Małysz. Jego sukcesy wywołały lawinę: młodzież garnęła się do treningów, znaleźli się sponsorzy, bo na bazie sukcesów można było się wypromować. Potem te „Lotos Cupy” i szukanie następców mistrza. To się udało. Kilkuletni proces zrodził Kamila Stocha, Piotrka Żyłę, Dawida Kubackiego czy Kubę Wolnego. Myślę, że nawet, kiedy ci chłopcy skończą kariery, to skoki przetrwają. Narybek jest. A w narciarstwie alpejskim? Przecież mamy lepsze warunki niż przykładowo Brytyjczycy, a sukcesy odnosimy rzadko. Jeszcze raz powtórzę, że na nartach jeździ parę milionów Polaków. Ktoś musi tej dyscyplinie dać impuls. Może Maryna Gąsienica-Daniel?

Janek cieszy się, że Szczyrk się rozwija. Słowacy wzięli się za stoki i od kilku lat, zimą do miasta ciągną tłumy. Żałuje tylko, że przez lata do porozumienia nie mogli dojść nasi, lokalni. Może to kwestia tutejszych charakterów? Bo górale to przecież twardzi, uparci i trochę zazdrośni ludzie. Nie zmienia to faktu, że i tak wspaniali.

Do dziś Jana Mysłajka można spotkać w warsztacie. Narty to całe jego życie.
Do dziś Jana Mysłajka można spotkać w warsztacie. Narty to całe jego życie.

Na koniec dodaje:

Na nartach, jeszcze pojeżdżę! Wiek nie gra tu roli. Chodzi o pasję. Nie ważne czy „klejonki”, czy „carvingi”. Jak narty pokochałem za dziecka, tak kochał będę do ostatnich dni!


Źródła:

  1. Powiat Bielsko 1939-1945 dodatek: ruch oporu, ofiary hitleryzmu dodatek: Szczyrk, s. 204.
  2. Gazeta Szczyrkowska, Od bukowych klepek po złote medale.
  3. Kronika Beskidzka, A my po prostu jeździć nie umiemy!, nr 9/1967 s. 4.
  4. Trybuna Robotnicza, Puchar Beskidów dla Pustówki i Mysłajka, nr 68/1968, s. 4.
  5. http://towarzystwo-zagroda.pl/wspomnienie-dnia-wyzwolenia-po-74-latach/
Podziel się:
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w linii
Zobacz wszystkie komentarze
Ciągle jeszcze młody, 32–letni twórca strony, na której jesteś. Mąż Aliny, ojciec Antka i Franka, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.
0
Chciałbym poznać Twoje zdanie, proszę o komentarz.x
()
x