Ziemniakiem w sędziego? Kibice boksu przed wojną nie mieli litości
Burdy stadionowe są tak samo stare, jak stary jest sport. Podczas rywalizacji łatwo przecież o iskrę, która wznieci pożar. Dziś przeniesiemy się do lat 30. ubiegłego stulecia, na bokserski ring, gdzie trwała batalia o mistrzostwo Polski. Zarówno na nim, jak i wokół niego działo się wiele, a nadmiar emocji doprowadził do tzw. „incydentu kartoflanego”.
W mroźną niedzielę, 28 stycznia 1934 r. w warszawskim Cyrku rozpoczyna się finał drużynowych mistrzostw kraju w boksie. Warta Poznań mierzy się ze stołeczną Skodą, przemianowaną dwa lata później na Okęcie. Eksperci nie mają wątpliwości, że to godni siebie rywale, dwie najmocniejsze ekipy w Polsce.
Duch sportu? Nie w tej walce!
Tamte mistrzostwa były pełne protestów. Zgłaszano je niemal w każdym pojedynku. To cud, że w ogóle doprowadzono je do finału. Ostateczne rozstrzygnięcie miało być inne. Pełne sportowej klasy. Nasycone duchem fair play. A jednak nic z tego nie wyszło. Przy stanie 7:5 dla Warty organizatorzy zmuszeni byli przerwać spotkanie. Dlaczego? Zawiniła publiczność? Sędzia? Zawodnicy?
W kategorii średniej naprzeciw siebie stanęli Witold Majchrzycki i niejaki Woźniak, który zastępował chorego Józefa Pisarskiego. Pierwszy z wymienionych, zawodnik Warty, był zdecydowanym faworytem, ale w ringu różnica klas nie była aż tak widoczna. Czas mijał, a coraz mocniej zdenerwowany, niepotrafiący postawić przysłowiowej kropki nad „i” Witold zaczął dopuszczać się niedozwolonych praktyk. Otrzymał nawet za to ostrzeżenia. Czymże jednak były uwagi sędziego wobec złości, jaką wywołało jego zachowanie wśród warszawskiej publiczności. W „Raz, Dwa, Trzy: ilustrowanym kuryerze sportowym” zanotowano (pisownia oryginalna):
Nieco inaczej starcie opisywał „Przegląd Sportowy”. Zdaniem redaktora tej gazety obaj pięściarze doprowadzili do incydentu (pisownia oryginalna):
Czytaj też: Przedwojenni piłkarze-amatorzy? Niekoniecznie…
Kto zawinił?
Mecz przerwano. Pięściarzom nakazano udać się do szatni, a publikę rozgoniono do domów. Ale co dalej? Istniały trzy możliwości wyjścia z sytuacji. Pierwsza z nich zakładała, że to Skoda jest winna całemu zajściu, bo jako organizator zawodów nie zapewniła stosownej ochrony uczestnikom. Karą miał być walkower dla Warszawiaków i zwycięstwo Warty. Druga opcja zakładała unieważnienie finału i rozegranie go na neutralnym gruncie, pod uwagę brano Łódź. Trzecia – anulowanie wyniku walki Majchrzyckiego i Woźniaka i pozostawienie rozstrzygnięć pozostałych pojedynków.
Zarząd Polskiego Związku Bokserskiego zdecydował, że spotkanie zostanie rozegrane od początku… w Poznaniu. Zgorszeni takim posunięciem działacze z Warszawy zapowiedzieli, że nie pojadą do stolicy Wielkopolski i odwołali się od decyzji. Na próżno. Federacja utrzymała decyzję. Pięściarze Skody, tak jak zapowiadali, nie pojawili się na meczu i przegrali walkowerem. Tym samym Warta zdobyła kolejny tytuł. Swoją drogą przed II wojną światową poznański klub wystartował w jedenastu edycjach drużynowych mistrzostw Polski w boksie i wszystkie wygrał.
Wydarzenia ta odbiły się szerokim echem w świecie sportu. Kogo obarczono odpowiedzialnością za „incydent kartoflany”? Część dziennikarzy obwiniała pięściarzy i ich niesportowe zachowanie. Inni sugerowali, że wina leży po stronie niekulturalnej publiczności. Ale byli i tacy, którzy brali kibiców w obronę, twierdząc, że skoro ktoś płaci za „spektakl”, to może okazać niezadowolenie. Takie stanowisko przyjął jeden z redaktorów „Raz, Dwa, Trzy”, a za całe zamieszanie odpowiada sędzia – ten, w którego rzucono ziemniakiem!
Tak więc z ofiary zrobiono sprawcę.
Źródła:
- Przegląd Sportowy. R. 14, 1934, nr 9
- Raz, Dwa, Trzy: ilustrowany kuryer sportowy. 1934, nr 5, 6, 7