Witold Woyda. Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść…
Monachium, wrzesień 1972 roku. Lech Cergowski, wówczas dziennikarz „Przeglądu Sportowego”, nerwowo przechadza się po hali. Widać, że kogoś szuka. Z czasem dołączają inni. Po czasie okazuje się, że przepadł Witold Woyda, nowy mistrz olimpijski we florecie.
W tym artykule:
Polak tym monachijskim startem – jakże udanym – chciał zakończyć swoją długą i bogatą karierę. Dziennikarze zaś mieli w związku z tym pytania i dlatego usiłowali go odnaleźć. W pewnym momencie któryś z nich zauważył wysoką, drewnianą kabinę. Jerzy Wykrota z „Trybuny Robotniczej” tak wspominał tamte chwile:
Witold nie wstydził się łez. Choć ci, którzy go znali, wiedzieli, że wielkie sukcesy najpierw przeżywał w samotności. Potrzebował czasu, by móc o nich mówić.
„Bił się fantastycznie”
Do Monachium przyjechał, żeby zakończyć karierę, a wyjechał jako pierwszy polski sportowiec z dwoma złotymi medalami zdobytymi na jednych igrzyskach. Najpierw wygrał turniej indywidualny florecistów. Potem dorzucił jeszcze złoto drużynowe. W finałach nie przegrał ani jednej walki! Miał wówczas trzydzieści trzy lata. Nie był więc młodzieniaszkiem. Szybkości trochę brakowało. Bazował więc na doświadczeniu i… niedosycie. Bo igrzyska z 1972 były jego czwartym podejściem do mistrzostwa.
W finale indywidualnym Polak wygrał pięć pojedynków. Pokonał Marka Dąbrowskiego, Francuza Noela, Węgra Kamutiego, Rumuna Tiu i Władimira Denisowa z ZSRR. Walczył nie tyle szybko, co czujnie. Wyczekiwał rywali. Legendarny sprawozdawca Bohdan Tomaszewski widział w jego monachijskim starcie nie sportowy popis, lecz umiejętność opanowania.
Kilka dni później polska drużyna stanęła naprzeciw ZSRR. Początek był zły. Radzieccy floreciści prowadzili już 3:0 i przez moment finał wydawał się być stracony. Witold Woyda wyszedł na planszę i przerwał złą passę. Wygrał z Kotyszewem, a potem dalej robił swoje. W finałowym meczu zdobył cztery punkty dla zespołu. Obok niego w kadrze znaleźli się: Marek Dąbrowski, Jerzy Kaczmarek i Lech Koziejowski; w składzie złotej drużyny był też Arkadiusz Godel. Polacy wygrali z ZSRR 9:5. A Witolda nazywano „arcymistrzem” floretu. Po tym sukcesie już się nie chował. Wyszedł do dziennikarzy i z wielką radością w głosie powiedział:
W oczekiwaniu na złoto
Witold Woyda urodził się 10 maja 1939 roku w Poznaniu. Był synem Zdzisława Woydy, oficera 15. Pułku Ułanów Poznańskich i Ewy ze Słupnickich. Pierwsze lata życia naznaczone miał wojną. Po 1945 wyjechał z rodziną do Warszawy. Uczył się w liceum przy Nowowiejskiej, potem studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim. W różnej maści dokumentach figuruje nawet jako prawnik albo przedstawiciel handlowy. Ale najważniejsze było to, co robił w klubach sportowych: w Budowlanych Warszawa i Marymoncie. Do szermierki trafił w wyniku uczniowskiego naboru w 1953 roku. Fechtunku uczył się najpierw w baraku przy ulicy Wawelskiej, później w piwnicy Teatru Komedia na Żoliborzu.
Trenerzy Władysław Dobrowolski i Władysław Kurpiewski zobaczyli w diament, który należało oszlifować. Nie był wysoki. Niedostatki wzrostu nadrabiał szybkimi nogami, refleksem i poczuciem tempa. Nawet wiele lat później rywale doceniali tę jego pracę nóg…
Był też sportowcem pracowitym. Uczył się długo i cierpliwie. I miał obok siebie rywali, którzy nie pozwalali mu spać spokojnie. W Warszawie pojawił się wtedy Ryszard Parulski, na Śląsku był Egon Franke. Dzięki nim polska szkoła floretu lat 60. zaczęła liczyć się na świecie. Rywalizacja ich napędzała. Sprawiała, że stawali się co raz lepsi. Żaden z nich nie chciał być drugim czy trzecim…
Pierwszy sygnał o swoim sporym potencjale Woyda dał wcześnie. W 1957 roku, podczas mistrzostw świata juniorów w Warszawie, gdzie zajął czwarte miejsce. Trzy lata później pojechał na igrzyska do Rzymu. Miał dwadzieścia jeden lat i w turnieju indywidualnym znów… był czwarty. A każdy, kto choć trochę zna się na sporcie wie, że to najgorsze z możliwych miejsc.
W Tokio w 1964 roku zdobył drużynowe srebro. W finale Polacy przegrali z ZSRR 7:9. Cztery lata później, w Meksyku, był brąz, także z drużyną. Pewnie, to już wystarczająco dużo, by mówić o wielkiej karierze.
Po drodze były jeszcze mistrzostwa świata: Buenos Aires, Gdańsk, Paryż, Hawana, Wiedeń, Moskwa, Montreal i Göteborg. Srebro, brąz, znów srebro. W sumie dziesięć medali globalnego czempionatu. Do tego trzy indywidualne mistrzostwa Polski i liczne zwycięstwa w turniejach międzynarodowych. Obfite to liczby. Zadowoliłby niejednego. Ale nie Witolda. On marzył o indywidualnym mistrzostwie olimpijskim.
Do Bawarii wyjeżdżał po ciężkim okresie. Sam mówił po dekoracji, że włożył w ten sukces dwa lata pracy. Że to była ostatnia szansa i gdy ją wykorzysta, zejdzie ze sceny. Wyglądało to uczciwie, bo odchodził spełniony i na swoich warunkach.
Niewielu tak potrafiło.
Witold Woyda: „Sport dał mi bardzo dużo”
Trener Zbigniew Skrudlik, który znał go lepiej niż większość i jeszcze w Meksyku był jego kolegą z drużyny, mówił w Monachium o rodzinie florecistów, która domykała pewną klamrę. Od Gdańska 1963 roku Polacy przecież regularnie dochodzili do finałów wielkich imprez, ale w decydującym boju zawsze „czegoś” brakowało. W 1972 w końcu nadeszło przełamanie…
Po igrzyskach Witold Woyda został wybrany najlepszym sportowcem Polski w plebiscycie „Przeglądu Sportowego”. Otrzymał liczne odznaczenia, w tym Krzyż Kawalerski i później Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski.
Pozostał przy sporcie. Pracował za granicą, mieszkał we Włoszech, później w Stanach Zjednoczonych. Z pierwszego małżeństwa miał dwie córki, Jacqueline i Dominikę. Jego drugą żoną była Margot Zborowska. Zmarł 5 maja 2008 roku w Bronxville, w stanie Nowy Jork. Miał niespełna sześćdziesiąt dziewięć lat. Pochowano go na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.
Dziś 18. rocznica śmierci Witolda Woydy.