Pół wieku od "Panenki"
Równo pół wieku temu piłkarski język wzbogacił się o nowe określenie. 20 czerwca 1976 r. pomocnik Czechosłowacji zapewnił swojej reprezentacji tytuł mistrza Europy strzałem, który przeszedł do historii.
Wszystko zależało od Antonína Panenki. Na stadionie w Belgradzie kończył się finał mistrzostw Europy 1976 r. Czechosłowacja i RFN były po 120 minutach gry. Remis 2:2 oznaczał serię jedenastek. Uli Hoeness chwilę wcześniej kopnął wysoko nad poprzeczką. Niemcy, mistrzowie świata, nagle stali na krawędzi. Panenka mógł jednym strzałem zabrać puchar nad Wełtawę.
Miał wtedy 28 lat, grał w Bohemians Praga. Nosił charakterystyczne wąsy i biegał w sposób, który po latach opisywano jako trochę kaczy. Był naprawdę świetnym pomocnikiem, ale historia i kibice i tak zapamiętali go przede wszystkim przez tamten strzał. Złapał futbolówkę z dużą czułością. Ustawił ją dokładnie. Wziął krótki rozbieg. Sepp Maier, bramkarz Bayernu i reprezentacji RFN, spodziewał się strzału w róg. Antonín zamarkował uderzenie, a Maier rzucił się na murawę. Tyle że piłka poleciała lekko. Muśnięta jego stopą pofrunęła lobikiem i wpadła w środek bramki.
40 year panalty PANENKA EUROCOPA 1976
To nie był mocny strzał. Ale był ryzykowny, niemal prowokacyjny. Gdyby Maier obronił, to Antonín Panenka przeszedłby do historii jako gracz wielce nieodpowiedzialny. Trenerzy pewnie przez lata powtarzaliby jego nazwisko z gniewem. Ale piłka wpadła do siatki. Czechosłowacy zostali mistrzami Europy, a świat dodał do futbolowego słownika nowe określenie. Od tamtej pory taki rzut karny nazywa się po prostu "Panenką".
Wykonawca opowiadał potem, że wiele zyskał w swojej sztuce (umiał również świetnie strzelać rzuty wolne i kornery) od wyśmienitego bramkarza Czechosłowaków, Ivo Viktora.
"Mieszkaliśmy podczas wyjazdów i zgrupowań a jednym pokoju. Ivo sporo mi opowiadał o reakcjach bramkarzy. Ja to potem tylko wykorzystywałem".
Tylko że wiedza to jedno, a zrobić takie coś w finale mistrzostw Europy, w decydującym momencie, przeciw Seppowi Maierowi, to zupełnie inna sprawa. Tu trzeba było mieć wielkie cojones.
Pewność siebie — klucz
Możliwość takiego wykonania karnego nie wzięła się znikąd. Czechosłowacy nie byli zespołem, którego wszyscy się bali. Nie grali na mistrzostwach świata w RFN w 1974 r. Eliminacje mistrzostw Europy też zaczęli źle, od porażki z Anglią 0:3. Potem jednak drużyna Václava Ježka nie przegrała przez 22 kolejne mecze! Pokonała Anglików w rewanżu, ograła Portugalię, dwa razy Cypr, a w ćwierćfinale poradziła sobie z ZSRR. To była drużyna doświadczona, równa i coraz bardziej pewna siebie.
W półfinale grali z wielką Holandią. Tamten mecz miał mało wspólnego z elegancją. Były: deszcz, błoto, nerwy i czerwone kartki. Holendrzy z Cruyffem byli faworytem, ale Czechosłowacy wytrzymali fizycznie i psychicznie. Po dogrywce wygrali 3:1. W drugim półfinale Niemcy, też po dodatkowym czasie, pokonali Jugosławię. To wtedy Dieter Müller strzelił trzy gole. Finał miał więc swoją narrację. Z jednej strony boiska stał mistrz świata. Z drugiej drużyna, która na salony wróciła z dalekiej podróży.
Czechosłowacy zaczęli go odważnie. Szybko prowadzili 2:0. Trafili Ján Švehlík i Karol Dobiaš. Niemcy nie byliby jednak Niemcami, gdyby odpuścili. Zawsze grali do końca. Gerd Müller strzelił kontaktową bramkę, a w 89. minucie Bernd Hölzenbein doprowadził do remisu. Dla Czechosłowacji to na pewno był cios. Prowadzili niemal przez cały mecz i nagle trzeba było zaczynać od nowa. Niejedna kadra zostałaby w ten sposób złamana.
Ale nie oni…
Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia. Karne wykonywali po kolei: Masný, Bonhof, Nehoda, Flohe, Ondruš, Bongartz, Jurkemik. A potem Hoeness przestrzelił. I wtedy do piłki podszedł Antonin Panenka.
Pomocnik zrobił to tak, jakby grał z kolegami po treningu. I właśnie dlatego jego karny w kibicowskiej świadomości trwa przetrwał dłużej niż wiele meczów. Może i dłużej niż samo mistrzostwo wywalczone wtedy przez Czechosłowację…