Jak Edmund Sobkowiak zdobywał Mediolan
Edmund Sobkowiak był jednym z najlepszych polskich pięściarzy najlżejszych wag przed II wojną światową. W 1937 roku w Mediolanie przeszedł przez mocno obsadzony turniej mistrzostw Europy, pokonując m.in. mistrza olimpijskiego Willy’ego Kaisera. Jego karierę przerwała wojna, ale po 1945 roku jeszcze wrócił na ring.
Pierwsze dni maja 1937 roku. Mediolan żył boksem. Miłośnicy szermierki na pięści otaczają ring. Żywiołowe dyskusje w kłębach papierosowego dymu zdają się nie mieć końca.
|Czytaj też: Jak Antoni Czortek dał więźniom radość
Mediolan 1937: srebro, które pachniało złotem
Pomiędzy liny wychodzi Edmund Sobkowiak, drobny Polak, startujący w kategorii muszej. Naprzeciw niego staje Rumun Nicolae Radan. Walka od pierwszych sekund jest twarda i szarpana. Rumun rusza ostro, znajduje lukę i Sobkowiak pada na deski. Sędzia zaczyna liczyć, a przez polski narożnik przechodzi zimny dreszcz.
Wstanie?
Ale Edmund nie pęka. Podnosi się, otrząsa i wraca do walki. Teraz to on skraca dystans. Trafia coraz pewniej i spycha Rumuna do obrony. Po chwili role się odwracają. Teraz Radan zalicza deski, a publiczność dostrzega, że Polak przejął kontrolę nad pojedynkiem. Sobkowiak bije mocniej i ostatecznie wygrywa na punkty.
W kolejnej walce czeka Irlandczyk. Nazywa się James Healy i jest wyższy, ma dłuższe ręce. Wygląda, jakby lewym prostym miał zamiar zatrzymać Polaka. Tyle że Edmund nie daje się zamknąć na dystansie. Wchodzi pod ręce rywala, pracuje szybciej i zmusza go do cofania.
W drugiej rundzie następuje przełomowy moment. Polak dopada Irlandczyka i posyła go na deski. Ten podnosi się, ale wyraźnie traci pewność. W trzecim starciu bije już nerwowo, otrzymuje ostrzeżenie za uderzenie w kark, a Polak pilnuje przewagi do końca. Jest w półfinale!
Teraz przed nim chyba największa gwiazda tej kategorii. Willy Kaiser to przecież mistrz olimpijski. Niemiec jest faworytem, ale Sobkowiak się nie boi. Rusza bez respektu. Od pierwszej rundy odważnie wyprowadza ciosy. Inicjuje akcje ofensywne i nie czeka na błąd rywala. Widownia reaguje żywo, bo Polak zaczyna bić mistrza jego własna bronią – pewnością siebie.
Przez dwie rundy Sobkowiak zbiera punkty. Rywal jest spóźniony i coraz bardziej rozdrażniony. W trzeciej rundzie rzuca się z wielką furią, bo wie, że musi odrabiać straty. Lecą napomnienia, a pojedynek robi się brudny. Polak jednak utrzymuje przewagę. Gdy gong kończy walkę, polski narożnik wie, że ich chłopak zrobił coś wielkiego!
Werdykt to potwierdza. Sobkowiak wygrywa z Kaiserem. Ale przy stoliku sędziowskim robi się nerwowo, bo pojawia się zamieszanie z liczeniem punktów. Niemcy protestują, ale ich działania nic nie wnoszą. Edmund jest w finale. Ludzie mówią o sensacji…
Finał wagi muszej przynosi pojedynek z Vilmosem Enekesem z Węgier. Pierwsza runda jest ostrożna. Obaj ważą każdy ruch, ale to Sobkowiak ma więcej inicjatywy. Idzie do przodu, szuka okazji i wygrywa tę odsłonę. Druga runda także nie rozgrzewa sali. Węgier jest bierny, Polak trafia dwukrotnie i pilnuje rytmu.
W trzeciej rundzie walka trochę przyspiesza. Edmund nadal jest agresywniejszy, częściej zaczyna akcje i wyraźniej zaznacza obecność w ringu. Gdy rozbrzmiewa ostatni gong wydaje się, że to on zrobił więcej, by sięgnąć po tytuł.
I wtedy przychodzi werdykt.
Sędziowie wskazują wygraną Enekesa. Sala najpierw zamiera, a potem wybucha. Tygodnik „Raz, Dwa, Trzy” tak pisze:
Mediolan na zawsze zapisze się w jego pamięci. Srebro mistrzostw Europy po genialnych walkach z uznanymi przeciwnikami jest sporym sukcesem.
Z Jeżyc do reprezentacji Polski
Edmund Sobkowiak urodził się 25 stycznia 1914 roku, w rodzinie Wojciecha i Michaliny z Frąckowiaków. Dorastał w Poznaniu, konkretniej na Jeżycach, w dużym domu, bo miał siedmioro rodzeństwa.
Na salę treningową trafił przypadkiem, a potem został w boksie na osiemnaście lat, z wojenną przerwą. Walczył od 1930 do 1948 roku, najpierw w wadze muszej, potem także w koguciej. Jego pierwszym dużym klubem była Warta Poznań, w której sekcja pięściarska prezentowała bardzo wysoki poziom. Potem przyszły warszawskie kluby: Skoda, Okęcie i Syrena, a po wojnie Orzeł oraz Grochów.
W kraju należał do ścisłej czołówki najlżejszych wag. Trzy razy zdobywał mistrzostwo Polski: w 1935 i 1936 roku w wadze muszej, a w 1939 roku w koguciej. Do tego dochodziły drużynowe mistrzostwa z Wartą. Sukcesy naturalnie przyniosły powołanie do reprezentacji.
Na igrzyska olimpijskie w 1936 roku pojechał jako zawodnik wagi muszej, wystawiony za kontuzjowanego Szapsela Rotholca. Spisał się przyzwoicie. W pierwszej walce pokonał Australijczyka Coopera przez techniczny nokaut w drugiej rundzie, potem wygrał ze Szwajcarem Siegfriedem. Zatrzymał się dopiero w ćwierćfinale. Rok później był opisywany wcześniej Mediolan.
W latach 1936–1939 wystąpił w reprezentacji wystąpił trzynaście razy. Bilans miał solidny: osiem zwycięstw, jeden remis i cztery porażki. Dwa lata po medalu, na mistrzostwach Europy w Dublinie, startował już w wadze koguciej, ale odpadł w eliminacjach.
Potem przyszła wojna, która zatrzymała jego sportową karierę. W czasie okupacji Edmund był w Warszawie. W powstaniu warszawskim walczył jako starszy strzelec pod pseudonimem „Wyrwik”. Został ranny przy budowie barykady na rogu Towarowej i Srebrnej, po wybuchu granatu. W powstaniu zginął jego młodszy brat Florian, także bokser.
Po upadku powstania trafił do niewoli. Wywieziono go do Niemiec, do obozu jenieckiego w pobliżu Essen. Do Warszawy wrócił w październiku 1945 roku. Nie budował już życia wyłącznie wokół ringu. Pracował przez lata w Zakładach Wytwórni Silników Wysokoprężnych im. Marcelego Nowotki.
Na ring wrócił jeszcze w barwach Orła Warszawa w 1946 roku i Grochowa Warszawa w latach 1946–1948. W 1946 roku zdobył brąz mistrzostw Polski w wadze koguciej. Nie walczył już tak samo. Gdy odwieszał rękawice na kołku mówił, że robi to, bo liczy się dla niego rodzina. Wiedział też, że wojenne doświadczenia i wiek robią swoje.
Ale i tak jego liczby robiły wrażenie: 350 walk, 314 zwycięstw, 13 remisów i 23 porażki. Zmarł 11 maja 1988 roku w Warszawie. Pochowano go na cmentarzu Bródnowskim.