Ten, który łamał tenisowe bariery. Fred Perry

Dziś może Fred Pery może kojarzyć się z marką odzieży. Zresztą, całkiem słusznie, bo ciuchy z charakterystycznym wieńcem laurowym chętnie kupują klienci. Mniej osób wie, że tą marką stoi człowiek, który przez wiele lat był wielką postacią tenisa ziemnego. Łamał stereotypy. Przesuwał granice. Ale długo był wykluczony ze środowiska…

Fred Perry fot. domena publicznaFred Perry fot. domena publiczna

W 1936 roku Fred Perry i Henry Austin zostali okrzyknięci brytyjskimi bohaterami narodowymi, bo po raz czwarty z rzędu zdobyli Puchar Davisa. Niedługo później Pery wyjechał do USA i zaczął grać zawodowo. Hołdujący zasadom amatorstwa rodacy byli oburzeni. Nie pierwszy i nie ostatni raz…

Stół w kuchni i mistrzostwo

Fred Perry urodził się 18 maja 1909 roku w Stockport w rodzinie przędzalnika bawełny, który z czasem wszedł do polityki. Nie pochodził z wyższych sfer. Rodzina żyła skromnie. W brytyjskim tenisie lat 30. miało to znaczenie większe niż powinno. Bo tenis ziemny był sportem elit. Chcąc burzyć te mury zawodnik gorzej sytuowany musiał bronić się talentem i chęcią do ciężkiej pracy.

Fred miał i jedno, i drugie.

Zanim pojawił się na kortach, był mistrzem mniejszej rakietki. Tenis stołowy, który uwielbiał, nauczył go refleksu i cierpliwości. Wiele lat później wspominał, że w dzieciństwie przesuwał kuchenny stół pod ścianę, a potem godzinami odbijał piłeczkę. Uczył się przy tym na błędach. W 1929 roku został nawet mistrzem świata, a dopiero później w pełni oddał się tenisowi ziemnemu. Poważnie zaczął grać dopiero jako osiemnastolatek.

Ten pierwszy kontakt z tenisem ziemnym miał niemal literacki urok. Podczas wakacji w Eastbourne zobaczył przez płot ludzi ubranych na biało, którzy biegali po trawie za „małą, głupią piłką”. Zapytał ojca, co to za gra. Ten wytłumaczył mu i później podarował rakietę: starą i zbyt ciężką dla chłopca. Tyle jednak wystarczyło, aby zrodziła się pasja. Później ćwiczył przy garażu w Ealing. Nie mógł uderzać zbyt wysoko, bo groziło to zbiciem szyby, a na jej wymianę nie było pieniędzy. Tak rodził się gracz, który z braku luksusu zrobił… metodę treningową.

Intruz

Fred nie grał jak klasyczni tenisiści jego czasów. Był szybki, bezczelnie pewny siebie i niemiłosiernie ruchliwy. Dysponował świetnym forhendem. Nie musiał biegać do siatki. Potrafił narzucać tempo z głębi kortu. I do tego był silny mentalnie. Ciągle był jednak intruzem w świecie elit. Po latach pisał:

„Niektórzy członkowie All England Club i Lawn Tennis Association patrzyli na mnie z góry, widząc we mnie porywczego, otwartego buntownika, faceta, który nie był klasą człowieka, jakiego chcieliby oglądać na kortach Wimbledonu, nawet jeśli był Anglikiem”.

Fred Perry fot. domena publiczna
Fred Perry fot. domena publiczna

Przełom przyszedł w 1933 roku. Perry wygrał US Open, pokonując Jacka Crawforda po pięciu setach. Przegrywał 1:2, ale dwa ostatnie sety rozstrzygnął na swoją korzyść: 6:0, 6:1. Rok później zdobył mistrzostwo Australii, pierwszy Wimbledon i drugi tytuł w USA. W 1935 roku wygrał Roland Garros. Tym samym jako pierwszy tenisista w historii zdobył wszystkie cztery najważniejsze tytuły singlowe, czyli Wielki Szlemem.

Uwielbiał Wimbledon. Wygrał tam trzy razy z rzędu: w 1934, 1935 i 1936 roku. Dla Brytyjczyków był bohaterem, bo przywrócił im dumę w turnieju, który uważali za własny. Dla części tenisowego establishmentu ciągle pozostawał obcym. Ba, po pierwszym triumfie w Wimbledonie miał usłyszeć, jak jeden z działaczy mówi do pokonanego Crawforda, że „lepszy gracz dziś nie wygrał”. Krawat klubowy, symbol uznania dla mistrza, pozostawiono mu bez gratulacji, rzucony na fotelu… Odebrał to jako największą zniewagę w sportowej karierze.

Perry umiał przekuwać urazę w energię. W Pucharze Davisa, który ubóstwiał, grał dla Wielkiej Brytanii z podejściem niemal wojennym. Uważał, że jedynym usprawiedliwieniem nieobecności w reprezentacji może być kontuzja. W 1936 roku, w decydującym meczu przeciwko Australii, miał obiecać działaczom, że skończy spotkanie przed 19:15. Wyszedł na kort i przyspieszył grę tak mocno, że Jack Crawford zdobył tylko osiem gemów. Słowa dotrzymał. Wielka Brytania wygrała Puchar Davisa po raz czwarty z rzędu. A on, schodząc z kortu, miał – z wymalowanym wzruszeniem na twarzy – popatrzeć w kierunku trybun. W ten sposób żegnał się z brytyjskimi kibicami.

W 1937 roku przeszedł na zawodowstwo.

Marka odzieży i przywracanie pamięci

Dziś byłby to naturalny krok, ale w latach 30. tenisowy establishment patrzył na zawodowców z olbrzymią niechęcią. Fred wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie czuł się swobodniej i gdzie mógł wykorzystać swój temperament. Był postacią towarzyską. Obracał się w kręgach Hollywood, a prasa chętnie łączyła go z gwiazdami kina.

W czasie II wojny światowej służył w amerykańskim wojsku. Dwa lata po zakończeniu wojny powiedział „dość” i skończył karierę. Potem stworzył markę Fred Perry, z charakterystycznym wieńcem laurowym. Wyrosła ona z tenisowej elegancji i trafiła później do muzyki, subkultur i mody ulicznej. Sam tenisista przywiązywał wagę do wyglądu. Chciał „ubierać się jak należy”, bo rozumiał, że wizerunek sportowca równie mocno jak wynik, tworzy ubiór i styl życia.

Długo dochodzono do tego, jak wielki miał wkład w tenis. Dopiero w latach 80. odsłonięto jego pomnik i zaczęto mówić, jak o pionierze, który przecierał szlaki. On, syn niezamożnego robotnika i związkowca, łamał stereotyp tenisisty-arystokraty.

Fred Perry zmarł 2 lutego 1995 roku w Melbourne.

Wybrane dla Ciebie