Brąz, który nie dawał mu spokoju. Historia Janusza Gortata

Tomek Sowa
Od lewej Gilberto Carillo, Mate Parlov, Isaac Ikhouria i Janusz Gortat podczas ceremonii medalowej na Igrzyskach Olimpijskich 1972Od lewej Gilberto Carillo, Mate Parlov, Isaac Ikhouria i Janusz Gortat podczas ceremonii medalowej na Igrzyskach Olimpijskich 1972
Źródło zdjęć: © domena publiczna | nieznany

Monachium, wrzesień 1972 roku. Janusz Gortat staje na olimpijskim podium. Ma 23 lata i brązowy medal olimpijski, o którym tysiące pięściarzy mogą tylko pomarzyć. Powinien być szczęśliwy. Przecież właśnie dołączył do najlepszych na świecie…

A jednak w tej historii ten brąz będzie miał ciężar szczególny. I nie dlatego, że był wart za mało. Przez kolejne lata reprezentant Polski będzie pamiętał przede wszystkim złoto, którego nie wywalczył.

"Przegrałem szansę, jakiej już nigdy nie będę miał w życiu. Gdybym w pierwszym starciu bił po lewym - prawym, gdybym walczył szybciej, to na pewno odniósłbym zwycięstwo. Czułem wyraźnie, jak w ostatniej rundzie Parlov mięknie. Gdybym go częściej trafiał w pierwszej rundzie, to zmiękłby zupełnie. Nie mogę sobie darować tego starcia, chyba byłem za mało rozgrzany" – powie, "na gorąco" reporterowi "Przeglądu Sportowego", chwile po półfinałowym pojedynku.

A miał nie pojechać...

Na igrzyska w Monachium mógł w ogóle nie pojechać. Na jednym z treningów nie miał ochoty biegać, więc skrócił sobie trasę i ukrył się w krzakach. Pech chciał, że przyłapał go sam Feliks Stamm. Legendarny szkoleniowiec zagroził wyrzuceniem z kadry. Gortata uratowała interwencja Henryka Nawary. Zawodnik pozostał w reprezentacji. Parę tygodni później był już w Bawarii.

Pierwszego przeciwnika, Jaroslava Krala z Czechosłowacji, pokonał jednogłośnie. Prawdziwy egzamin czekał jednak później. Raymond Russell, potężnie bijący Amerykanin, sprawił, że olimpijski sen przez chwilę wyglądał jak walka o przetrwanie.

Bo Gortat dwa razy był liczony!

Za pierwszym utrzymywał, że się poślizgnął, ale dziennikarz "Trybuny Robotniczej" oglądający ten pojedynek nie miał wątpliwości. Polak przyjął kontrę. Po dwóch rundach przegrywał. W trzeciej nadrabiał techniką, spokojniejszą głową i precyzją. Potem Russell dostał upomnienie za uderzenie głową. Sędziowie wskazali Gortata. Trzy do dwóch!

Feliks Stamm, który niedawno chciał go odsyłać do domu, po walce musiał wysłuchać pretensji amerykańskiego trenera o rzekomą krzywdę swojego zawodnika. "Papa" poczekał aż oponent skończy monolog i… odparł, żeby ten najpierw nauczył swojego chłopca porządnie boksować.

Janusz Gortat (z prawej) na ringu z trenerem Sylwesterem Kaczyńskim
Janusz Gortat (z prawej) na ringu z trenerem Sylwesterem Kaczyńskim © domena publiczna | Lucjan Olszewski, Boks z Syrenką w herbie, Stołeczna Federacja Sportu

Ćwierćfinał był już z inny. Rudi Hornig, 34-letni reprezentant gospodarzy, nie wytrzymał nawet dwóch minut. Janusz trzymał go na dystans prostymi. W końcu jeden z ciosów otworzył – uszkodzony wcześniej - łuk brwiowy Niemca. Lekarz zakończył pojedynek. Polak miał zagwarantowany medal.

"Przegląd Sportowy" nazwał ten występ "przebieżką Janusza Gortata". W "Trybunie Robotniczej" odnotowano, że polscy bokserzy zapewnili sobie już cztery medale, wyprzedzając pod tym względem ciężarowców. Świętowano, choć same igrzyska odbywały się w cieniu zamachu na izraelskich sportowców.

Na drodze do finału stał Mate Parlov. Jugosłowianin nie musiał nawet walczyć w ćwierćfinale, bo jego rywal z Argentyny nie wyszedł do ringu. Z Gortatem znał się doskonale. Przed igrzyskami Polak przegrywał z nim dwukrotnie. Teraz miał okazję wyrównać rachunki.

Niestety, nie wyrównał…

W pierwszej rundzie nie był zbyt aktywny. Nie korzystał z prawej ręki. W drugiej wreszcie zaczął wyprzedzać Parlova lewym prostym. W trzeciej przyjął mocny cios i stracił impet. Wszyscy sędziowie przyznali zwycięstwo Jugosłowianinowi. A on został później mistrzem olimpijskim.

Po latach przyznał, że wcześniej dwa razy kończył mistrzostwa Europy przed strefą medalową, więc gdy w Monachium zapewnił sobie brąz, był zadowolony. Nie okazywał tego jednak. Czuł, że mógł zajść wyżej.

Wygrywał myśleniem

Urodzony w 1948 roku w Brzozowie, wychowany w Warszawie, chciał boksować, ale rodzice - szczególnie ojciec - nie zamierzali na to pozwolić. Musiał pracować, uczyć się wieczorowo i urywać z zajęć na treningi. Do Legii trafił jako uczeń technikum mechanicznego. Pierwszych pięściarskich nauk udzielał mu Henryk Niedźwiedzki. Później ukończył AWF.

Ojciec podobno zachował chłód nawet po olimpijskim medalu. Dopiero matka i siostra zdradziły Januszowi, że potajemnie słuchał Radia Wolna Europa, żeby wiedzieć, jak wiedzie się synowi. Cóż, czasem duma bywa silniejsza.


WIDEO

Rok po Monachium Janusz zdobył srebro mistrzostw Europy w Belgradzie. W finale znów przegrał z Parlovem. Uzbierał sześć indywidualnych mistrzostw Polski, a z Legią dokładał tytuły drużynowe. Był pięściarzem, który wygrywał walki głową.

Jako zawodnik Legii był też żołnierzem. Dosłużył się stopnia kapitana, lecz o zawodowych kontraktach na Zachodzie mógł najwyżej pomarzyć. W PRL nawet zdobycie paszportu bywało dla niego problemem.

W 1975 roku pokonał w meczu Polska–USA Leona Spinksa. Co zabawne, do pojedynku przystąpił niemal bez przygotowania, bo miał akurat sesję egzaminacyjną na AWF. Rok później podczas igrzysk w Montrealu spotkał Amerykanina ponownie. Tym razem stawka była nieporównanie większa.

Najpierw pokonał Miloslava Popovicia, Georgija Stojmenowa i Juana Suareza. Argentyńczyk w ćwierćfinale naruszył mu jednak dwa przednie zęby. Janusz miał przez to kłopoty ze snem. Interweniował dentysta, ale nazajutrz i tak trzeba było stanąć przed Spinksem. Polak przegrał jednogłośnie. Zdobył drugi brąz, a przeciwnik - znów złoto. Potem dołożył jeszcze tytuł zawodowego mistrza świata i sensacyjne zwycięstwo nad Muhammadem Alim.

Janusz Gortat startował, także na mistrzostwach świata w 1978 roku, ale wielkiego międzynarodowego trofeum już zdobył. Bilans i tak miał imponujący: 317 walk, 272 zwycięstwa. W 1982 roku przeszedł na drugą stronę ringu. Jako trener Legii pracował między innymi z Andrzejem Gołotą, później pomagał Tomaszowi Adamkowi. Uczył, że w boksie nie chodzi o to, by przyjąć więcej niż przeciwnik, tylko by zwyciężać i oszczędzać zdrowie. By myśleć w ringu.

Jego starszy syn, Robert, także wybrał boks i pięć razy został mistrzem Polski. Młodszy Marcin grał w NBA.

W 2009 roku dziennikarz "Dziennika" odwiedził Janusza Gortata w niewielkim mieszkaniu na warszawskim Mokotowie. Były pięściarz utykał, miał kłopoty z biodrem. Medale leżały schowane na półce. Syn Marcin grał właśnie w finale NBA, ale ojciec nie oglądał nocnych transmisji. Wolał spać. Nie miał zresztą odpowiedniego dekodera.

Nie oznaczało to obojętności. Marcin wytatuował sobie podobiznę ojca i daty jego olimpijskich medali. Janusz, człowiek, który sam przez lata zastanawiał się, dlaczego nie sięgnął po złoto, skwitował tatuaż reprymendą.

Zmarł w grudniu 2023 roku. Był sportowcem niezwykle ambitnym. I świetnym, o czym świadczą te dwa medale olimpijskie…

Wybrane dla Ciebie