"Yła", co nie znał umiaru. Ernest Pohl strzelał jak na zawołanie!

Na zaśnieżonym Stadionie Śląskim strzelił Danii trzy gole i żałował, że mecz trwał tylko 90 minut. Ernest Pohl był genialnym napastnikiem, rekordzistą ligi i wielką osobowością. Żył po swojemu. I na boisku i poza nim...

Ernest PholErnest Pohl
Źródło zdjęć: © domena publiczna | Muzeum Miejskie w Zabrzu
Tomek Sowa

5 listopada 1961 roku. Stadion Śląski w Chorzowie. Z nieba na zmianę lecą śnieg i deszcz. Na murawie leży kilkunastocentymetrowa warstwa mokrego śniegu. Futbolówka ledwo się toczy. Aura odstrasza. Na stutysięcznym stadionie pojawia się tylko garstka najwierniejszych kibiców.

Polska gra z Danią, z którą po wojnie jeszcze nie wygrała. I w takich warunkach Ernest Pohl urządza sobie koncert.

Najpierw trafia w słupek. Chwilę później przegrywa pojedynek sam na sam bramkarzem gości. W 21. minucie Faber wykonuje rzut wolny, piłka leci w kierunku pola karnego gości i Pohl uderza głową. Trafia w poprzeczkę, ale natychmiast rusza za odbitą piłką i dobija ją do siatki. Przed przerwą podaje jeszcze do Gajdy i pada drugi gol. Trzy minuty po rozpoczęciu drugiej połowy znów strzela, znów idzie za własnym uderzeniem i znów skutecznie dobija. W każdej tej akcji widać rzadko spotykany instynkt. W ostatniej minucie Duńczyk zatrzymuje ręką piłkę zmierzającą do bramki. Karny. Pohl podchodzi i jest 5:0. W sumie trafia trzykrotnie.

Po wszystkim, pomimo dziewięćdziesięciu minut biegania po błocie, śniegu i wodzie, uśmiecha się szeroko do dziennikarzy:

"Tak wyśmienicie mi się dzisiaj grało, że żałowałem, iż mecz dobiegł końca, ale drugi raz bym już nie wyszedł. Można było wyżej wygrać, przyparliśmy Duńczyków ostro do muru".

To był Ernest Pohl w pigułce. Pazerny na bramki. Na boisku bardzo pewny siebie i przekonany, że nawet pięć strzelonych goli to… jeszcze za mało.

Geniusz z Kolonii Karola

Urodził się w 3 listopada 1932 roku na Kolonii Karola w Rudzie. Piłka fascynowała go od dziecka. Wypatrzył go trener Slavii Ruda Gerard Orszulka. Najpierw były rezerwy, potem pierwszy zespół. W wieku szesnastu lat Pohl bieganie po murawie łączył z pracą na etacie, bo zatrudnił się w kopalni "Walenty" jako górnik cieśla.

W domu wołali do niego "Yła". Przydomek miał powstać jeszcze w dzieciństwie, gdy Ernest nie potrafił poprawnie wymówić imienia swojej siostry Irmgardy. I tak już zostało.

Wojsko zaniosło go do Łodzi, a później do Warszawy. W Legii spędził cztery lata. Zdobył dwa mistrzostwa i dwa Puchary Polski, a w meczu z Wisłą Kraków zakończonym wynikiem 12:0 strzelił pięć bramek. Wtedy zmieniło się również jego nazwisko. Z Ernsta Pohla zrobiono Ernesta Pola. Ale sytuację tę wspominał bez jakiejś wielkiej dramaturgii:

"Takie były czasy. Dodano mi jedną literę w imieniu, a odjęto z nazwiska. Nawet nie wiem, kiedy stałem się Ernestem Polem. Tak pisano w gazetach, tak zaznaczono w dowodzie osobistym i paszporcie i takim się stałem".

Ernest Pohl
Ernest Pohl © domena publiczna | Muzeum Miejskie w Zabrzu

Piłkarzem był wówczas świetnym. Stefan Szczepłek w książce "Legia Warszawa. 110 lat emocji" tak go scharakteryzował:

"Głównym strategiem w drużynie był Ernest Pol, fantastycznie strzelający i rozdzielający piłki. Późniejsze lata i podsycane przez środki masowego przekazu informacje o złudnych umiejętnościach kolejnych talentów usunęły Pola w cień. A to był geniusz, którego śmiało nazwać można "polskim Di Stefano". Należy mu się trwałe miejsce w panteonie polskich piłkarzy. Zmieniał się system, a Pol trwał. Z napastnika stał się mózgiem zespołu, rozgrywającym, który operował za linią napadu. CWKS wygrywał, dopóki miał pola. Kiedy piłkarz wyjechał z Warszawy do Zabrza zaczął budować potęgę Górnika".

Warszawa chciała go zatrzymać. Ale on wrócił na Górny Śląsk.

Piwo, gole i wielka legenda

W 1957 roku został zawodnikiem Górnika Zabrze. Zaczął budować swoją legendę. Osiem razy zdobywał mistrzostwo Polski. W lidze dla Górnika strzelił 143 gole, a razem z 43 trafieniami w Legii dało 186 bramek. To rekord polskiej ekstraklasy, którego nikt później nie pobił. Trzykrotnie zostawał też królem strzelców.

Był zawodnikiem o wielkich możliwościach. Potrafił strzelać obiema nogami, głową, z bliska i z dystansu. W Belgii po jednym z jego uderzeń piłka utknęła w siatce przy spojeniu słupka z poprzeczką. Piłkarze przez chwilę jej szukali. Stąd miały brać się powiedzenia: "Szukają piłki po strzale Pohla" czy "Bez Pohla nie ma gola". Innym razem przeciwko Legii wystąpił z poważnie uszkodzonym kolanem. Początkowo miał tylko stać z przodu i samą obecnością wiązać obrońców. A skończyło się trzema golami i zwycięstwem Górnika 5:2!


WIDEO

Nie był przy tym sportowcem grzecznym i ułożonym. Lubił życie towarzyskie, kibiców i… piwo. Zdarzało się, że na poniedziałkowy trening przychodził po trudnym weekendzie w stanie dalekim od ideału. Koledzy jednak go uwielbiali go, a młodzi zawodnicy traktowali niemal jak starszego brata. Pomagał im wejść do drużyny, uspokajał po nieudanych treningach czy meczach. A kiedy któryś z nich zwracał się do niego per "panie Erneście", szybko odpowiadał: "Mów do mnie Ernest".

Hubert Kostka wspominał, że właśnie Pohl wprowadzał do zespołu młodego Włodzimierza Lubańskiego. Jan Kowalski zapamiętał, że Pohl nigdy nie obawiał się konkurencji. Mówił, że jeśli pojawi się ktoś lepszy, sam odda mu miejsce.

W reprezentacji jego charakter okazał się jednak także problemem. Po spotkaniu w Bratysławie podczas obiadu zamówił piwo. Trener Ryszard Koncewicz kazał odstawić alkohol. Lucjan Brychczy odpuścił po połowie szklanki. Pohl wypił swoją do końca.

"Kupiłem piwo za swoje pieniądze, a ojciec by mi tego nie zakazał" - odpowiedział.

Pięćdziesiątego meczu w reprezentacji już nie zagrał.

Z Górnikiem pożegnał się w 1967 roku. Stadion był pełny. Kibice śpiewali mu "Sto lat", pojawiły się kwiaty i byli koledzy. Później wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Grał w polonijnych klubach, a jednocześnie pracował przy malowaniu zbiorników na paliwo. Kiedy wrócił do Polski, kupił w Pewexie Fiata 125p. Próbował też trenować młodzież, lecz szybko odkrył, że nie jest to jego świat.

"Nastały inne czasy. Ci młodzi podchodzili do piłki inaczej niż my. Kiedyś grało się dlatego, że się to lubiło. Teraz wszyscy myślą tylko o pieniądzach" - opowiadał.

Odsunął się więc od futbolu. W 1990 roku razem z żoną Marianną wyjechał do Niemiec, gdzie mieszkały ich córki i wnuki. Tam wrócił również do nazwiska Pohl.

Zmarł pięć lat później, 12 września 1995 roku.

Był i jest nie tylko legendą Górnika, ale i całego polskiego futbolu.

Wybrane dla Ciebie