Atlanta, lipiec 1996. Andrzej Wroński ma 30 lat. Jest mistrzem olimpijskim sprzed ośmiu lat. W Barcelonie był w czołówce, ale medalu nie przywiózł. Za to w Atlancie ma tyle doświadczenia, że spokojnie mógłby obdzielić nim kilku rywali.
Do USA zapaśnik nie pojechał jednak jako mentor czy nauczyciel. Chciał zdobyć jeszcze jedno złoto. Potwierdzić swą wielką klasę.
Polscy zapaśnicy są w wtedy transie. Ryszard Wolny chwilę wcześniej wygrywa finał w wadze 68 kilogramów. Trener Ryszard Świerad rzuca po tej wygranej w kierunku dziennikarzy:
"Panowie, nie pękamy!".
Dwa różne zwycięstwa
Potem na matę wychodzi Wroński. Najtrudniej jest w półfinale. Po drugiej stronie stoi Kubańczyk Hector Milián, mistrz olimpijski z Barcelony. Polak wygrywa 2:0. Finał z Białorusinem Siergiejem Lisztwanem jest nerwowy, mniej efektowny. O wszystkim decydują sędziowie, ale przewaga Polaka nie budzi większych wątpliwości. Ogłaszają werdykt. Drugie olimpijskie złoto!
Polska przeżywa wtedy szalony początek igrzysk. Renata Mauer, Paweł Nastula, Ryszard Wolny i Andrzej Wroński zapewniają naszym czoło klasyfikacji medalowej. A w zapasach dzieje się rzecz bez precedensu: dwa polskie złota w odstępie niewiele ponad godziny.
WIDEO
"Osiem lat temu byłem młody i wygrałem fantazją. Dziś do wszystkiego, no prawie wszystkiego, podchodzę z rozwagą i udało się powtórzyć ten sukces. Nie mogę porównać obu medali: tam byłem młody, teraz jestem doświadczony. Do kolejnych igrzysk na pewno nie dociągnę, bo wówczas będę miałjuż35 lat i chyba przyjdzie pora rozstania ze sportem wyczynowym. Jeszcze chciałbym wystartować w przyszłorocznych mistrzostwach świata we Wrocławiu i zdobyć złoty medal. Nawet nie zastanawiałem się, co zrobię z samochodową nagrodą. Teraz marzę o urlopie z moją rodziną. Dzieci Magda (7lat), Bartek (3) potrzebują ojca" - mówi po wygranej nowy-stary mistrz olimpijski.
Osiem lat różnicy faktycznie dały dwa inne triumfy. Schodząc z maty Andrzej żartował, że jest jak wino: im starszy, tym lepszy. Trudno było znaleźć lepsze porównanie…
Ale żeby zrozumieć wagę tego sukcesu, trzeba cofnąć się do 1988 roku.
Do Seulu Andrzej Wroński nie jedzie jako gwiazda zapasów. Ba, dla wielu jest człowiekiem znikąd. Rok wcześniej nie błysnął na mistrzostwach świata, nie poszło mu też na mistrzostwach Europy. Nawet mistrzem Polski został po raz pierwszy dopiero w roku olimpijskim. Byli nawet tacy, którzy uważali, że na igrzyska w ogóle nie powinien jechać. Trener Stanisław Krzesiński uparł się jednak, że zabiera go do Korei. Wierzył w niego mocniej niż większość i za tę wiarę otrzymał nagrodę największą z możliwych.
Pierwsza walka to zwycięstwo z Kanadyjczykiem Stevem Marshallem. Potem bolesna porażka z Guramem Gedechaurim, reprezentantem ZSRR. Można było pomyśleć, że na tym marzenia właśnie się kończą. Wroński nie pękł. Wygrał 1:0 z Jugosłowianinem Jožefem Terteim, potem takim samym wynikiem z Amerykaninem Dennisem Koslowskim. Układ rezultatów otworzył mu drogę do finału. Tam czekał Gerhard Himmel z RFN. I Polak nie dał mu szans!
Po końcowym sygnale uklęknął na macie, a trener Krzesiński rozpoczął swój taniec radości. Chwilę później zabrzmiał Mazurek Dąbrowskiego. Polska miała pierwsze złoto igrzysk w Seulu. Do tego zapaśnicy dorzucili srebro Andrzeja Głąba i brąz Józefa Tracza. Tamten dzień należał do ludzi z maty.
Upragnione mistrzostwo
Sześć lat później przyszedł następny wielki rozdział. Tampere, mistrzostwa świata 1994. Wroński ma już złoto olimpijskie i trzy tytuły mistrza Europy, ale jednego trofeum wciąż brakuje. Mistrzostwa świata dotąd zawsze mu się wymykały. Do czasu…
W Finlandii jest niemal perfekcyjny. Nie traci ani jednego punktu technicznego, dwie walki kończy przed czasem. Najwięcej nerwów kosztuje go starcie z Rosjaninem Ibrahimem Czawczałowem. Po dogrywce Polak początkowo przegrywa w dziwnych okolicznościach 2:4. Polska ekipa protestuje. Sędziowie oglądają zapis wideo i przyznają rację Wrońskiemu. To on ma walczyć o złoto.
Finał? Pokaz siły! Gruzin Bakuri Gogitidze traci dwa punkty. Potem pięć. Za chwilę kolejne dwa. Jest 9:0, ale Wrońskiemu wciąż mało. Podnosi rywala i rzuca za trzy punkty. Dwanaście do zera. Koniec następuje ponad minutę przed czasem.
Na trybunach wrzawa. Były trener Stanisław Krzesiński wpada na mistrza, obecny trener Ryszard Świerad też ma powody do szaleństwa. Zapaśnik dokłada jeszcze efektowane salto w tył. Po latach prób ma wreszcie tytuł, którego brakowało w kolekcji. Po walce tak mówi:
"Nie sądziłem, że mi tak łatwo pójdzie, nigdy jeszcze nie spotkałem się z tym zawodnikiem, nie znałem jego wartości, aczkolwiek jego wcześniejsze poczynania w Tampere nakazywały respekt".
Te trzy złota dały Andrzejowi Wrońskiemu nie tylko popularność, ale i miejsce na kartach historii polskiego sportu. Dziś zapaśnik kończy 61 lat.
Tomek Sowa
Rocznik 1988. Z dziennikarstwem związany od 2010 roku, trochę z przypadku. Sport to dla niego sprawa najważniejsza... z tych mniej ważnych. Wierzy, że rywalizacja na arenach to nie tylko wyniki. To ludzie i stojące za nimi historie. Uwielbia pisać o przeszłości, o dawnych mistrzach, meczach i wielkich imprezach. Twórca bloga historiasportu.info. Autor książki „Lekko o atletyce”, a niedawno rozpoczął „zabawę” z podcastami. Prywatnie mąż i ojciec, a także wielki kibic Beskidu Godziszka – w każdej kategorii wiekowej.