30 lat od wybuchu "Citkomanii". Mecz Anglia-Polska

Do legendy sportu można przejść w sekundę. W 1996 roku Marek Citko, jako pierwszy Polak od 23 lat, trafił na londyńskim Wembley. I się zaczęło...

Marek Citko na sekundę przed słynnym golemMarek Citko na sekundę przed słynnym golem
Źródło zdjęć: © Screen YouTube
Tomek Sowa

Na elektronicznej tablicy jest siódma minuta. Henryk Bałuszyński zagrywa z prawej strony w kierunku Krzysztofa Warzychy. Piłka kozłuje, myli obrońców i samego Warzychę, który ją przepuszcza. Dopada do niej Marek Citko. Przyjęcie. Strzał. David Seaman bez szans.

0:1. Legendarne Wembley nagle milknie. Jest 9 października 1996 roku. Polacy grają z Anglią.

Spora to niespodzianka. Przed pierwszym gwizdkiem większość kibiców zadawała sobie pytanie, czy Polska wytrzyma napór gospodarzy. Logika podpowiadała, że trudno będzie ich zranić. Ostatnie miesiące reprezentacji też nie dawały wielu powodów do optymizmu. Zaś Anglia przeciwnie: po udanym Euro'96 miała drużynę pełną gwiazd znanych Europie. Miała awansować na francuski mundial i tam walczyć o najwyższe laury.

Najważniejsza bramka w życiu

Polska zaczyna eliminacje mistrzostw świata od wyjazdu do Anglii. Rywal jest półfinalistą niedawnego Euro, na boisku biegają Shearer, Gascoigne, Beckham, Ince i McManaman. Biało-czerwoni przyjeżdżają ze skromnymi oczekiwaniami. Antoni Piechniczek mówi przed meczem o trzech celach: dobrym wyniku, grze bez wstydu i pozostawieniu po sobie dobrego wrażenia.

Po siedmiu minutach pachnie czymś znacznie większym…

Samego Citki Wembley nie paraliżuje. Przeciwnie! Bierze rywali na siebie, drybluje, wygrywa pojedynki z silniejszymi fizycznie Anglikami. Po latach przyzna, że z samego gola pamięta niewiele. Wszystko wydarzyło się automatycznie: przyjęcie, uderzenie.

"To najważniejsza bramka mojego życia – mówi później - Zresztą to w ogóle chyba był mecz mojego życia. Wielka szkoda, że nie udało nam się go wygrać" – dodaje.

Bardziej utkwiła mu w głowie "siatka" założona Paulowi Gascoigne’owi i kilka udanych dryblingów. Marek gra bez kompleksów. Jakoś tak "nie po polsku". Ale ten piękny początek nie wystarczył.


WIDEO
Marek Citko gol Anglia - Polska 2-1 El. MŚ 09.10.1996

Przez pierwszy kwadrans Polacy grali znakomicie, a gospodarze mieli problemy z wyjściem z własnej połowy. Potem do głosu doszedł Alan Shearer. W 25. minucie po dośrodkowaniu Andrzej Woźniak wyszedł z bramki, Jacek Zieliński nie przeciął piłki, a angielski napastnik wyrównał strzałem z głowy. Trzynaście minut później uderzył zza pola karnego tak mocno i precyzyjnie, że tym razem polski golkiper nie miał nic do powiedzenia.

2:1 dla Anglii.

Nasi starają się odgryźć. Jeszcze przed przerwą Piotr Nowak zmusił Seamana do interwencji. Po zmianie stron Anglicy wykorzystali doświadczenie i kontrolowali spotkanie. Polacy opadali z sił, ale wciąż potrafili groźnie skontrować. Wspomniany Nowak miał kolejne okazje. Woźniak wygrał pojedynek sam na sam z Lesem Ferdinandem. Remis wisiał gdzieś w powietrzu…

Polska przegrała. A jednak z Wembley wracała z pewną historią.

"Citkomania"

Na gola Polaka na tym stadionie czekano 23 lata. Poprzednim strzelcem był Jan Domarski w październiku 1973 roku, w meczu, który otworzył drużynie Kazimierza Górskiego drogę na mundial. Później były trzy wyjazdy do Londynu i trzy gładkie porażki: 0:3, 0:2, 0:3. Marek przerwał tę passę. I właśnie wtedy zaczęła się "Citkomania".

Rok 1996 już wcześniej należał do niego. Mistrzostwo Polski z Widzewem. Liga Mistrzów. Gol strzelony Borussii Dortmund. Niewiarygodne trafienie z niemal połowy boiska przeciw Atlético Madryt. Wembley tylko dopełniło obrazu chłopaka, który nagle znalazł się na piedestale.

Było w tym coś paradoksalnego. Citko zdobywał gole, które pamiętano, ale jego zespoły często przegrywały. Tak było z Borussią, Atlético i teraz z Anglią.

"W dodatku po raz kolejny strzelam bramkę i przegrywamy. Może przestać strzelać?" – pytał z przekąsem po starciu w Londynie.

Marek Citko
Marek Citko © domena publiczna

Indywidualnie rósł jednak z każdym takim wieczorem. W Polsce zaczęto traktować go jak kogoś więcej niż świetnego piłkarza. Był piłkarskim idolem, na którego czekano latami. Był zjawiskiem socjologicznym i medialnym.

Dziennikarze jeździli do jego rodziców. Powstał o nim film. Kibice zaczepiali go na ulicach. Marek wspominał później, że jedzenie z McDonald’s brał na wynos, po czym odjeżdżał samochodem gdzieś w szczere pole, żeby móc spokojnie zjeść. Został też Sportowcem Roku TVP, wyprzedzając nawet mistrzów olimpijskich z Atlanty. I gdy odbierał tę nagrodę, przy tym całym medialnym szumie, wyszła jego naturalna skromność:

"Jest mi trochę głupio, bo tylu jest sportowców, którzy zdobywali złote medale. Ja nie mam żadnego medalu, którzy byli na olimpiadzie, na której nie byłem. Naprawdę, głupio mi jest przyjmować tę nagrodę".

Interesowały się nim uznane zagraniczne kluby. Ale w rozwoju wielkiej sportowej kariery przeszkodziło zdrowie. Szkoda, bo materiałem na gracza dużej klasy Marek Citko był na pewno.

Wybrane dla Ciebie