Trzy punkty od historii. Finał, którego Peru nie zapomni
Trzy punkty od historii. Finał, którego Peru nie zapomni
Były trzy punkty od olimpijskiego złota. Prowadziły z ZSRR 2:0 i 12:6, ale jeden czas wzięty przez Nikołaja Karpola odmienił finał w Seulu. Peruwianki przegrały mecz, który miały już w garści. Wróciły jednak do domu witane niczym wielkie mistrzynie.
29 września 1988 roku. Seul. Finał turnieju siatkarskiego kobiet. Peru prowadzi z ZSRR 2:0 w setach, a w trzecim jest już 12:6.
Jeszcze trzy punkty. Tylko, albo aż trzy.
Krzyk, który wszystko zmienił
Te trzy oczka dzielą kraj, który na olimpijskie złoto czeka od 1948 roku, od największego sukcesu w swojej sportowej historii. Po drugiej stronie siatki stoją radzieckie zawodniczki. Fizycznie mocniejsze, bardziej utytułowane i przyzwyczajone do finałów. Ale psychicznie kompletnie rozbite.
W tym momencie trener Nikołaj Karpol prosi o czas.
"Ryczący Niedźwiedź" nie należał do trenerów, którzy podczas przerwy spokojnie rysują coś na tablicy. Krzyczał, gestykulował, potrafił urządzić zawodniczkom kilkudziesięciosekundową awanturę. Tym razem było podobnie. W trakcie głośnego monologu zwrócił się do Iriny Smirnowej. Wiedział, że jej babcia jest największą kibicką siatkarki. Zapytał, jak po tak katastrofalnych dwóch setach, spojrzy jej w oczy. Wszedł na jej ambicję. Potem wypomniał drużynie, że gra bez ognia i że na taką siatkówkę nie da się patrzeć. Miał w tym cel, bo chciał jakkolwiek pobudzić dziewczyny do jeszcze jednego zrywu.
Zadziałało…
Reprezentacja Peru, prowadzona przez koreańskiego trenera Man Bok Parka, grała fenomenalny turniej i była faworytem finału. W decydującym starciu wyglądała jak zespół, którego zatrzymać nie sposób. Pierwszego seta wygrały 15:10. Drugiego 15:12. W trzecim prowadziły 12:6. Złoto było na wyciągnięcie ręki! Ale po tej przerwie i awanturze Karpola… siatkarki z ZSRR zaczęły odrabiać stratę!
12:7. 12:8. Potem kolejne punkty. Peru nagle stanęło, a zawodniczki radzieckie najpierw doprowadziły do remisu. A potem wygrały seta! 15:13. Tą niespodziewaną serią kompletnie rozbiły peruwiańskie głowy.
Czwarty set nie miał już podobnego napięcia. Radziecka maszyna ruszyła pełną mocą i wygrała 15:7. Było 2:2. Został jeden set.
I wtedy wydawało się, że cud się skończył. Bo ZSRR rozpoczął piątą partię od 6:0. Sześć punktów z rzędu. Po wszystkim? Nie z Peru!
Drużyna Man Boka Parka doprowadziła do 7:7. Potem zaczęła się walka, w której nikt już nie kalkulował. Piłka za piłkę. Obrona za obronę. Ataki Cecilii Tait, blok Gabrieli Pérez del Solar. Albo niespożyta energia Natalii Málagi.
W końcu Peru wyszło na 15:14. Tym razem do złota brakowało jednego punktu. Radzieckie siatkarki znów się obroniły. Potem same dostały swoją szansę. Przy 16:15 ostatni atak Peruwianek zatrzymał ich blok.
17:15. I koniec siatkarskiego spektaklu.
WIDEO
Peru 🇵🇪 Women's Volleyball unforgettable run at Seoul 1988 | Athlete Highlights
Mecz trwał dwie godziny i dziesięć minut. Panie z ZSRR miały mistrzostwo. Peru - srebro, które początkowo smakowało jak najboleśniejsza porażka świata. W szatni panowała cisza. Gabriela Pérez del Solar wspominała później, że trener Park załamał się razem z zawodniczkami. Najbardziej bolała świadomość, jak blisko były.
"Nie były od nas lepsze. Były tylko wyższe" - mówiła po latach o rywalkach.
Ale żeby zrozumieć skalę tej historii, trzeba pamiętać, że Peruwianki nie znalazły się w finale przypadkiem. W grupie pokonały Brazylię 3:0, mistrzynie olimpijskie z Chin 3:2 i Stany Zjednoczone 3:2, mimo że z Amerykankami przegrywały już 0:2. W półfinale było podobnie. Japonia prowadziła 2:0. I one znów to obróciły!
W finale, no cóż, kto mieczem wojuje… Tym razem to rywalki podnosiły się z niebytu.
To była kulminacja złotej epoki peruwiańskiej siatkówki. Wicemistrzostwo świata w 1982 roku, czwarte miejsce na igrzyskach w Los Angeles, brąz mundialu w 1986. Tait, Pérez del Solar, Málaga, Rosa García czy Cenaida Uribe były w Peru gwiazdami w skali, którą w Europie trudno dziś sobie wyobrazić. Dlatego po powrocie nikt nie traktował ich jak przegranych.
Przez centrum Limy przejeżdżały wśród prawdziwych tłumów. Na ulice wyszły dziesiątki tysięcy fanów, którzy chcieli tej drużynie podziękować. Dziewczyny, które w Seulu straciły złoto o dwa punkty, w domu witano jak mistrzynie.
Bo czasem można przegrać finał. I wrócić z niego jako bohater…
Tomek Sowa
Rocznik 1988. Z dziennikarstwem związany od 2010 roku, trochę z przypadku. Sport to dla niego sprawa najważniejsza... z tych mniej ważnych. Wierzy, że rywalizacja na arenach to nie tylko wyniki. To ludzie i stojące za nimi historie. Uwielbia pisać o przeszłości, o dawnych mistrzach, meczach i wielkich imprezach. Twórca bloga historiasportu.info. Autor książki „Lekko o atletyce”, a niedawno rozpoczął „zabawę” z podcastami. Prywatnie mąż i ojciec, a także wielki kibic Beskidu Godziszka – w każdej kategorii wiekowej.