Na wzgórzach Kantabrii pilnował krów, w Madrycie doprowadzał obrońców do rozpaczy. Palił papierosy, lubił wino, a jednak biegł tak, jakby nie znał zmęczenia. Francisco Gento zamienił pastwiska na murawy największych stadionów i sześć Pucharów Europy.
Francisco Gento palił mocne papierosy. Lubił też wino i towarzystwo kobiet. Niespecjalnie przejmował się tym, jak winien prowadzić się zawodowy piłkarz. Wielu było mu podobnych, a ich kariery często kończyły się zbyt szybko. Francisco był jednak fenomenem. Kiedy lekarze Realu Madryt zaczęli badać jego organizm, przecierali oczy ze zdumienia. Po wysiłku, po którym inni piłkarze potrzebowali kilkunastu albo kilkudziesięciu sekund, żeby uspokoić puls, on dochodził do siebie… w około sześć.
Koledzy z szatni błyskawicznie znaleźli dla niego odpowiedni pseudonim: "pastuch o końskich płucach".
Zapach siana w królewskiej szatni?
Z tym pastuchem to wcale nie przesadzali! Zanim Francisco został jednym z najsłynniejszych skrzydłowych Europy, w rodzinnych stronach niedaleko Santander pasał krowy rodziców i sąsiadów. Futbol był początkowo tylko odskocznią od obowiązków. Mało kto przypuszczał wtedy, że zagra na największych stadionach świata, bo nie tylko pochodzenie mogło go przekreślić. Gento miał około 167 centymetrów wzrostu. Do tego dochodziły krzywe nogi i sylwetka daleka od atletycznej. Co prawda dobrze dryblował i świetnie czuł futbolówkę, ale mimo to długo nikt nie chciał wziąć ryzyka na siebie.
Co innego on sam! O Realu marzył podobno tak bardzo, że gdyby tylko ktoś powiedział mu, że musi przejść z Santander do Madrytu pieszo, zrobiłby to nawet boso. Bez chwili zastanowienia.
Tyle że nie musiał…
Na początku lat 50. Real wysłał swojego człowieka, żeby bacznie mu się przyjrzał. Później mężczyzna przywiózł raport, w którym stwierdził, że chłopak ma dwa atuty, których wręcz nie wolno zignorować. Pierwszym była szybkość. Na sto metrów potrafił biegać w okolicy jedenastu sekund. Drugim był charakter. Bo był skromny i cierpliwy. Pochodził z prowincji z niezbyt zamożnej rodziny i nie zamierzał stawiać finansowych warunków. Chciał tylko grać w białej koszulce.
Był rok 1953, kiedy spełnił marzenie. W Madrycie początkowo patrzono na niego z przymrużeniem oka. Starsi zawodnicy żartowali z niego, bo przecież jeszcze niedawno doglądał krów. Z czasem jednak wzbudzał co raz większy podziw. Jimmy Burns pisał w swojej "Piłkarskiej furii":
"Przetrwał dzięki Di Stefano, który uważał, co się zresztą z czasem potwierdziło, że Gento jako skrzydłowy był bardzo szybki, ale musiał się poprawić taktycznie, a mógłby to zrobić, jeśli grałby u boku bardziej doświadczonych zawodników, chociażby sam Argentyńczyk".
W drugim sezonie w barwach "Królewskich", kiedy dostawał piłkę na lewe skrzydło… znikał.
WIDEO
Obrońca mógł zatrzymać go raz, nierzadko siłą fizyczną. Ale chwilę później musiał robić to ponownie! Problem polegał na tym, że Francisco zdążył odzyskać siły, a jego rywal jeszcze nie. Dlatego przeciwnicy Realu często ustawiali przy nim dwóch ludzi. Jeden próbował wygrać pojedynek, drugi stał kilka metrów dalej i czekał, aż Paco minie pierwszego.
A on często mijał obu.
Nie był przy tym bezgłowym sprinterem z piłką. Uwielbiał długie zagrania na wolne pole, ale równie dobrze radził sobie w grze na małej przestrzeni. Potrafił zatrzymać się i zamarkować podanie lub strzał. Albo sprowokować obrońcę do ruchu w konkretnym kierunku, by potem ruszyć w przeciwną stronę. Bramkarze również nie mieli z nim łatwo. Gento potrafił miękko dośrodkować, ale dysponował też bardzo mocnym strzałem, którym ochoczo straszył z ostrych kątów.
Chłopak z Santander stał się częścią drużyny, która przemeblowała europejski futbol. Obok Alfredo Di Stéfano, Ferenca Puskása, Raymonda Kopy czy Héctora Riala stworzył ofensywę, przed którą drżeli wszyscy. Wygrał z Realem sześć Pucharów Europy, w tym pięć pierwszych edycji z rzędu. W 1957 roku strzelił w finale Fiorentinie, a rok później w dogrywce trafił przeciwko Milanowi i przesądził o kolejnym triumfie. Kiedy wielka pierwsza generacja Realu zaczęła odchodzić, Paco nadal był na miejscu. W 1966 roku, już jako kapitan, poprowadził młodszych kolegów do kolejnego Pucharu Europy.
Był pomostem pomiędzy dwoma pokoleniami "Królewskich".
Przez osiemnaście sezonów rozegrał dla klubu 600 oficjalnych spotkań i zdobył ponad 180 bramek. Do sześciu Pucharów Europy dołożył dwanaście mistrzostw Hiszpanii. W reprezentacji wystąpił ponad czterdzieści razy i pojechał na dwa mundiale. Liczby te były imponujące. Tyle że równie dużo mówiły o nim oceny tych, którym dane było oglądać wielkie gwiazdy tamtej epoki. W jednym szeregu wymieniano Garrinchę, Stanleya Matthewsa i właśnie Gento.
Santiago Bernabéu wiedział, jakiego piłkarza ma w klubie. Paco był tak skromny, że podobno krępował się prosić o podwyżkę, więc prezes Realu… sam zwiększał mu pensję! Zarobione pieniądze inwestował głównie w rodzinnych stronach. Kupował ziemię i nieruchomości, którymi zajmowali się krewni. Nawet kiedy był jedną z największych gwiazd Europy, to nadal ciągnęło go nad Zatokę Biskajską.
Rodzina pozostawała dla niego świętością. Kiedy Real grał ważny mecz w Wiedniu, pojawili się tam ojciec, bracia, siostry i dalsi krewni. Paco fundował wszystkim podróż, a oni - trochę przy okazji - zdawali mu raport z tego, co dzieje się w rodzinnych stronach. Żartował też, że ożeni się wyłącznie z kobietą równie dobrą jak jego matka i potrafiącą tak samo dobrze smażyć jego ukochane placki ziemniaczane.
Sława niewiele w nim zmieniła. Nawet będąc rozpoznawalnym zawodnikiem nie robił wokół siebie zamieszania. Nie próbował być najgłośniejszym w szatni pełnej legend.
Wystarczyła mu piłka na lewym skrzydle. Albo kilka metrów wolnej przestrzeni. A potem reszta mogła już tylko próbować go złapać…
Gdyby Francisco Paco Gento żył, dziś kończyłby 93 lata.
Tomek Sowa
Rocznik 1988. Z dziennikarstwem związany od 2010 roku, trochę z przypadku. Sport to dla niego sprawa najważniejsza... z tych mniej ważnych. Wierzy, że rywalizacja na arenach to nie tylko wyniki. To ludzie i stojące za nimi historie. Uwielbia pisać o przeszłości, o dawnych mistrzach, meczach i wielkich imprezach. Twórca bloga historiasportu.info. Autor książki „Lekko o atletyce”, a niedawno rozpoczął „zabawę” z podcastami. Prywatnie mąż i ojciec, a także wielki kibic Beskidu Godziszka – w każdej kategorii wiekowej.