Marzył o olimpijskim medalu, ale przegrał eliminacje i nie zakwalifikował się na igrzyska. Mimo to 10 października 1964 roku oczy całego świata były zwrócone właśnie na niego. Yoshinori Sakai, 19-letni sprinter urodzony w dniu zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę, zapalił znicz olimpijski w Tokio.
10 października 1964 roku. Stadion Narodowy w Tokio. Dziesiątki tysięcy ludzi na trybunach, reprezentacje z całego świata, cesarz Hirohito i dziewiętnastoletni student z płonącą pochodnią w dłoni. Yoshinori Sakai wbiega na stadion.
"Przegląd Sportowy" napisze dwa dni później:
"Jest! 19-letni student japoński, dziecko Hiroszimy, urodzony w dniu, w którym na to miasto spadła bomba atomowego zniszczenia. Yoshinori Sakai biegnie bardzo szybko, jakby chodziło o zwycięstwo w jednym z biegów medalowych; dzierży w ręku dymiącą pochodnię. Znicz! Jedno okrążenie po bieżni, szybka wspinaczka po stopniach i sportowiec japoński zamiera w bezruchu na koronie stadionu obok wielkiej zniczowej urny. Potem gest ręki, przykładającej płomień do urny i w niebo bucha płomień, zwiastujący światu, iż rozpoczynają się XVIII Igrzyska i wzywający sportowców do walki. Walki pięknej, sportowej, bezkrwawej, ale nieustępliwej. O światową, olimpijską palmę pierwszeństwa".
Sakai nie był mistrzem olimpijskim. Nie zdobył też na igrzyskach żadnego medalu. Ba, nigdy nie wystąpił w olimpijskiej konkurencji. A jednak to właśnie jego twarz i sylwetka stały się jednym z symboli Tokio 1964.
Bo organizatorzy nie wybrali go przypadkiem.
Dokładniej? Przyszedł na świat w Miyoshi, w prefekturze Hiroszima. Stało się to około półtorej godziny po tym, jak nad Hiroszimą eksplodowała pierwsza użyta w wojnie bomba atomowa. Tamtego ranka Japonia zobaczyła jedno z największych zniszczeń w swojej historii.
Dziewiętnaście lat później chłopak urodzony tego samego dnia zapalał ogień olimpijski. Trudno było o mocniejszy symbol…
Dla Japonii igrzyska z 1964 roku miały olbrzymie znaczenie. Miały pokazać kraj w nowym, lepszym świetle. Kraj, który po katastrofie odbudował miasta, gospodarkę i swoje miejsce w świecie. Wybór Yoshinori miał podkreślać to odrodzenie.
Najbardziej przewrotne jest jednak to, że Sakai trafił do tej roli po osobistej sportowej klęsce.
Był sprinterem. Specjalizował się w biegu na 400 metrów. Jeszcze jako uczeń odnosił sukcesy, a w 1964 roku rozpoczął studia na Uniwersytecie Waseda. Marzył o jednym, by wystąpić w Tokio. Został nawet objęty przygotowaniami do startu na 400 metrów i w sztafecie 4×400.
Ale w eliminacjach do reprezentacji przegrał.
Poczucie ulgi
Po latach wspominał, że po niepowodzeniu czuł się olbrzymią pustkę. Od czasów liceum trenował z myślą tamtym starcie. I nagle wszystko prysło. Wtedy pojawiła się propozycja.
Lekkoatleta został 100 713., zarazem ostatnim uczestnikiem sztafety olimpijskiej. W dniu otwarcia otrzymał pochodnię przed wejściem na stadion i ruszył w stronę znicza. Później opowiadał, że najbardziej obawiał się, by na oczach całego świata… nie potknąć się na schodach. Gdy wykonał swoje zadanie, przyszło przede wszystkim ogromne poczucie ulgi.
Dwa lata później został mistrzem Japonii na 400 metrów. Podczas igrzysk azjatyckich w Bangkoku zdobył srebrny medal indywidualnie oraz złoto w sztafecie 4×400 metrów. Jego rekord życiowy wynosił 47,4 sekundy.
Po zakończeniu biegania trafił do Fuji Television. Został dziennikarzem i producentem sportowym. Relacjonował między innymi igrzyska w Monachium w 1972 roku i Atlancie w 1996.
Obie zostały naznaczone zamachami…
Dla człowieka, który wszedł do historii jako żywy symbol pokoju, musiało mieć to szczególne znaczenie. Sam po latach wracał do pytania, czym właściwie powinny być igrzyska i ile pozostało w nich z idei pokojowego spotkania ludzi z całego świata.
Yoshinori Sakai zmarł w 2014 roku. Miał 69 lat.
Tomek Sowa
Rocznik 1988. Z dziennikarstwem związany od 2010 roku, trochę z przypadku. Sport to dla niego sprawa najważniejsza... z tych mniej ważnych. Wierzy, że rywalizacja na arenach to nie tylko wyniki. To ludzie i stojące za nimi historie. Uwielbia pisać o przeszłości, o dawnych mistrzach, meczach i wielkich imprezach. Twórca bloga historiasportu.info. Autor książki „Lekko o atletyce”, a niedawno rozpoczął „zabawę” z podcastami. Prywatnie mąż i ojciec, a także wielki kibic Beskidu Godziszka – w każdej kategorii wiekowej.