W 1937 roku dwie tenisistki stołowe zagrały w finale mistrzostw świata, ale na oficjalne potwierdzenie wyniku tego starcia trzeba było czekać… 64 lata!
Niewyobrażalna to historia...
Bezwzględny czas
Baden pod Wiedniem, luty 1937 roku. Przy stole stają Ruth Aarons z USA, broniąca tytułu mistrzyni świata oraz 17-letnia Austriaczka Trude Pritzi. Pierwsza chętniej atakuje. Druga potrafi grać niezwykle cierpliwie, odbijając kolejne piłki i czekając na błąd rywalki.
Ruth rok wcześniej wygrała mistrzostwa świata w Pradze. W swoim kraju była największą gwiazdą tenisa stołowego. W Baden zdążyła już pomóc Amerykankom w drużynie, z którą sięgnęła po złoto. Trude grała u siebie. Sprzyjały jej ściany, choć rozpoczynała wielką karierę. Finał miał rozstrzygnąć, która z nich jest najlepsza na świecie. To zderzenie dwóch światów.
Ale… ten mecz doprowadził sędziów do szału!
Rok wcześniej mistrzostwa świata w Pradze ukazały absurd, do jakiego doszedł ówczesny tenis stołowy. W meczu naszego Alojzego Ehrlicha z Farkasem Panethem walka o pierwszy punkt trwała ponad dwie godziny. O jeden punkt! Dłużej niż niejeden dzisiejszy mecz.
Federacja uznała, że coś trzeba z tym zrobić.
Tuż przed mistrzostwami w Baden wprowadzono nowe ograniczenia. Mecze do dwóch wygranych setów mogły trwać najwyżej godzinę, a do trzech - 105 minut. Obniżono też siatkę, żeby zachęcić zawodników do odważnej i ofensywnej gry. A co działo się, gdy czas minął? Sędziowie mogli zdyskwalifikować obu zawodników. Zamysł może i miał pomóc w walce z celuloidową nudą, ale w tamtym finale nie do końca zdał egzamin.
Pritzi wygrała pierwszego seta. Aarons odpowiedziała w drugim. Austriaczka konsekwentnie broniła, zaś Amerykanka próbowała przejąć inicjatywę. Tyle że nie potrafiła zrobić tego w sposób dobitny. Rywalka grała perfekcyjnie w defensywie. Spotkanie ciągnęło się tak długo, że… przeniesiono go na boczny stół.
Minęła godzina. Potem półtorej. W końcu zegar pokazał 105 minut. Było 1:1 w setach. W trzecim Aarons prowadziła 19:16.
I wtedy… koniec! Regulamin wszedł w życie.
Sprawiedliwość po 64 latach
Obie finalistki zdyskwalifikowano, a mistrzyni globu nie wyłoniono. Ba, nie przyznano nawet medali! Ówczesny szef austriackiej federacji Eugen Grabscheid tłumaczył później decyzję wyjątkowo brutalnie: obie zawodniczki miały swoją grą udowodnić, że "nie zasługują na godność mistrzyni świata". "Przegląd Sportowy" opisał te wydarzenia nieco szerzej (pisownia oryginalna):
"Aarons (U.S.A.) dotychczasowa mistrzyni świata, po ogłoszeniu uchwały jury o przerwaniu finału spowodu "cykania" i przeciągania się gry oraz o nieprzyznaniu nikomu tytułu mistrzyni i wicemistrzyni świata, wpadła do pokoju obrad jury, palnęła reprymendę pod adresem organizatorów, odwróciła się na obcasie i zanim tłumacz zaczął jej "mowę" tłumaczyć, opuściła pokój. Jury stanęło na stanowisku, że nie idzie tyle o przekroczenie czasu, ile o sposób gry oraz, że ze względu na "żyłowanie", które jest antytezą sportu tenisa stołowego, żadna zawodniczka nie zasługuje na tytuł mistrzyni. Uchwała zapadła większością 6:5, przy czym Polska wstrzymała się od głosowania, uważając, że słuszność jest po obydwu stronach i że zdecydować winny tylko zainteresowane tu państwa, a więc Ameryka i Austria".
Sensational Table Tennis (1941)
Ale absurd tamtego wydarzenia był jeszcze większy, kiedy zobaczymy, co działo się wcześniej. Nową regułę stosowano podczas turnieju bardzo nierówno. Wcześniejszy mecz Pritzi z Angelicą Adelstein miał według relacji trwać ponad dwie godziny, a mimo to pozwolono go dokończyć. To dlatego Amerykanka była wściekła. Zapowiedziała, że nigdy więcej nie wystąpi w oficjalnych mistrzostwach świata.
I rzeczywiście nie wróciła.
Austriaczka na wielką scenę wróciła rok później. Na Wembley została mistrzynią świata. I to bez straty seta. Później przez lata należała do ścisłej światowej czołówki.
Historia przerwanego finału nie skończyła się jednak w Baden.
W 2001 roku Steve Isaacson, związany z amerykańską Galerią Sław Tenisa Stołowego, zaproponował, by decyzję sprzed lat zmienić. Sprawa trafiła do władz ITTF. Podczas kongresu federacji w Osace delegaci zgodzili się uznać obie zawodniczki za mistrzynie świata. Przedstawiciele federacji USA i Austrii odebrali w ich imieniu pamiątkowe medale i certyfikaty.
Po 64 latach finał wreszcie dostał zwyciężczynie. Tylko mistrzyń nie było już na świecie. Trude Pritzi zmarła w 1968 roku. Ruth Aarons odeszła w 1980.
Czy sprawiedliwości stało się zadość?