Polski Fiat w alpejskim piekle

Śnieg zasypywał Alpy, rajdowe potęgi wypadały z trasy, a Polski Fiat 125p parł naprzód. W 1972 roku Robert Mucha i Lech Jaworowicz dokonali w Monte Carlo czegoś, co wydawało się niemożliwe: wygrali klasę i dali Polsce Ludowej reklamę, o jakiej marzyła.

Robert Mucha (z lewej) i Lech Jaworowicz (z prawej)Robert Mucha (z lewej) i Lech Jaworowicz (z prawej)
Źródło zdjęć: © własne
Tomek Sowa

Monte Carlo, styczeń 1972 roku. Rajd się skończył, ale dla Roberta Muchy i Lecha Jaworowicza organizatorzy mają jeszcze krótką trasę do przejechania. Na placu przed pałacem książęcym odbywa się defilada samochodów, które przetrwały 41. Rajd Monte Carlo. Gdy przed trybuną przejeżdża Polski Fiat 125p z numerem 52, książę Rainier III bije brawo. Samochód wyprodukowany na Żeraniu właśnie wygrał swoją klasę w jednym z najsłynniejszych rajdów świata.

Nagrody może i nie rzucały na kolana. Mucha po latach wspominał, że za sukces dostał puchar, dyplom, komplet opon, zniżkę na samochód i uścisk dłoni.

"Za wygraną w klasie Rajdu Monte Carlo dziś otrzymałbym co najmniej kilkadziesiąt tysięcy dolarów" - mówił pół wieku później.

Ale wtedy ważniejsze było coś innego. Bo do Monte Carlo dotarł Polski Fiat. Produkt znad Wisły.

Rajd nazywano "najtrudniejszą i najbardziej liczącą się w Europie imprezą samochodową". Warunki były potworne. Wydłużono trasy, wyśrubowano wymagane średnie, a pogoda zamieniła alpejskie drogi w pułapkę. Do trzeciego etapu dopuszczono zaledwie 34 samochody. Odpadały Renault Alpine, Porsche, BMW i Fordy. Z 26 Alpine, które ruszyły do drugiego etapu, aż 19 nie dnie dojechało…

Robert Mucha (z prawej) w 1973 r.
Robert Mucha (z prawej) w 1973 r. © Wikipedia CC0 | W. Punt

Mucha zdawał sobie sprawę, czym kończy się najmniejszy błąd. Rok wcześniej również się tam ścigał. Również Polskim Fiatem. Na jednym z etapów załoga dostała opony z kolcami. Problem w tym, że śnieg skończył się po kilkudziesięciu kilometrach. Dalej był już tylko asfalt… Po latach wspominał:

"Samochód zachowywał się jak na lodzie. Na jednym ze zjazdów zarzuciło mnie, uderzyłem w wystającą skałę i dachowaliśmy".

W 1972 roku wrócił. Tym razem z Lechem Jaworowiczem.

Trasa liczyła kilka tysięcy kilometrów. Pierwszy etap nie zwiastował jeszcze katastrofy, ale później nad Alpami rozpętało się to, co Ove Andersson nazwał "białym piekłem". Śnieg zasypywał drogi, a samochody wpadały do rowów. Korki tworzone przez rozbite i unieruchomione pojazdy potrafiły pogrzebać wynik zawodnika, choć on sam nie popełnił przecież żadnego błędu.

Inni Polacy wpadli w tę spiralę nieszczęść. Sobiesław Zasada został zablokowany w górach przez ciężarówkę-chłodnię i przekroczył limit czasu. Ryszarda Nowickiego spotkał podobny los. Andrzej Jaroszewicz, próbując ominąć samochód tarasujący drogę, wpadł w zasypaną śniegiem wyrwę. Wyciąganie Fiata trwało ponad godzinę. Marka Varisellę zatrzymała awaria, Marian Bień wypadł z trasy.

Został tylko Robert Mucha.

Wielcy odpadali jeden po drugim

Do trzeciego etapu on i Jaworowicz ruszali z 31. pozycji. Nie mieli samochodu pozwalającego ścigać się na szybkich fragmentach z najmocniejszymi konstrukcjami. Mieli natomiast coś, co może i brzmi banalnie: ciągle sprawny wóz. Dziennikarz "Przeglądu Sportowego" pisał potem, że poza włoskim tylnym mostem Polski Fiat wytrzymał cały "niesamowity rajd". I że fabryka przygotowała go bezbłędnie.

Ostatni etap liczył około 630 kilometrów. Noc, mróz, padający śnieg i alpejskie serpentyny. Odpadło jeszcze BMW Adama Smorawińskiego. Polski Fiat jechał dalej!

Meta. 24. miejsce w klasyfikacji generalnej. Pierwsze w klasie do 1600 cm³!

Robert Mucha miał wtedy 29 lat i pracował w FSO jako technik mechanik. W późniejszym wywiadzie nazwał Monte Carlo "najtrudniejszym wówczas rajdem świata". W Polsce mówiono, że tym sukcesem wpisał się na listę najlepszych polskich kierowców.

Sukces szybko przestał mieć wymiar tylko sportowy. Francuski importer niemal natychmiast zaczął rozdawać nalepki z hasłem "Polski Fiat zwycięża w Rajdzie Monte Carlo" i zapowiadał wzrost sprzedaży aut z Żerania.

FSO wykorzystało tę sytuację niemal do końca. W 1974 roku pojawiła się drogowa wersja 125p z silnikiem 1.6, obniżonym zawieszeniem i sportowymi dodatkami. Nazwano ją… Monte Carlo.

Wykorzystano przy tym najlepszą reklamę, bo 125p dojechał, gdy wielcy lądowali w rowach…

Wybrane dla Ciebie