21 lutego 1970 roku. Szczyrbskie Jezioro. Na trybunach i wokół skoczni tłum był przeogromny. Mówiono później o ponad 140 tysiącach widzów! Ale Polacy przez większą część mistrzostw świata rozczarowywali. A konkurs na dużej skoczni miał być ostatnią szansą, by zmienić obraz całej imprezy. I właśnie wtedy Tadeusz Pawlusiak zrobił coś niespodzianego…
Pierwsza seria odbywała się ze skróconego rozbiegu, więc na błędy nie było miejsca. Pochodzący z beskidzkich Wilkowic Tadek trafił idealnie! Po dynamicznym wyjściu z progu i pewnym locie, uzyskał 94,5 metra. Za ten skok dostał od jury najwyższą notę. Niespodzianka była spora, bo znalazł się przed tuzami: Garijem Napalkowem, Jiřím Rašką i całą światową czołówką. "Przegląd Sportowy" pisał potem, że w ciągu kilkudziesięciu minut Polak "urósł na faworyta konkursu", a miliony telewidzów dowiedziały się wreszcie, że na tych mistrzostwach Polacy nie są tylko tłem. Że potrafią walczyć o najwyższe miejsca.
Ale czy ta próba była przypadkiem? No nie!
Tadeusz Pawlusiak nie był skoczkiem znikąd. Rok wcześniej został mistrzem Polski na dużym obiekcie, był trzeci na zawodach w Lahti i w Pucharze Przyjaźni, a podczas próby generalnej przed mistrzostwami w Szczyrbskim Jeziorze zajął szóste miejsce. Jesienią 1969 roku złamał jednak nogę. Kontuzja kosztowała go blisko miesiąc przygotowań. Mimo to 23-letni zawodnik z BBTS Włókniarz Bielsko prowadził w mistrzostwach świata.
Seria prawdy, która zamieniła się w dramat
W drugiej serii rozbieg wydłużono. Fachowcy nazwali ją "serią prawdy", bo miała pokazać, kto rzeczywiście jest najmocniejszy w stawce. Najpierw zaatakował Stanisław Gąsienica-Daniel. Po pierwszej kolejce był dopiero dziewiąty, ale teraz skoczył 100,5 metra i objął prowadzenie. Potem ruszył Napalkow, który po pierwszej serii zajmował – odległe jak na niego - trzynaste miejsce. Radziecki skoczek odpowiedział lotem na niewiarygodne 109,5 metra. To był nokaut. Raška skoczył 99 metrów. Stało się więc jasne, że Tadek musi wspiąć się na swoje wyżyny.
Polak wychodzi z progu znakomicie. Leci długo, w dobrym stylu, po czym ląduje na 100,5 metra. Przez chwilę wygląda to idealnie. W relacji "Przeglądu Sportowego" pisano:
"Pawlusiak pięknie wyszedł z progu, w idealnym stylu szybował nad zeskokiem - 100,5 m, zupełnie dobrze wylądował, a kiedy zapewne myślał, że jest już u celu, że zdobył ten upragniony medal, nagle się przewrócił".
Okazało się, że jedna z nart mocno krawędziowała…
Upadek oznaczał odjęcie wielu punktów za styl. Polak dostał notę 185,8 punktu i spadł aż na 34. miejsce. Te dwa skoki - 94,5 i 100,5 metra - dawały w sumie podium. Zadecydował jeden błąd. Po latach sam przyznawał, że właśnie ten moment kosztował go medal.
Ale kibice i sprawozdawcy nie mieli do niego pretensji.
"Czy można mieć żal do naszego zawodnika? Jestem przekonany, że nie. Szedł na całego. Wiedział, że nie może się oszczędzać, walczył, był jednym z bohaterów konkursu" - pisał sprawozdawca "Przeglądu Sportowego", dodając, że innym razem szczęście może się odwrócić.
Tyle że tego dnia polskie skoki i tak dostały swój medal. Gąsienica-Daniel utrzymał trzecią pozycję z notą 211,8 punktu. Garij Napalkow wygrał z 226 punktami, legendarny Jiřím Raška, ku uciesze gospodarzy, zdobył srebr3. Polak przegrał z Czechosłowakiem ledwie o pół punktu, ale brąz ten był i tak był ogromnym sukcesem.
"Trybuna Robotnicza" pisała następnego dnia, że Pawlusiak i Gąsienica-Daniel "ułańską szarżą" uratowali twarz polskiego narciarstwa. Jeden wracał z brązem. Drugi z opowieścią, która w kolejnych latach ciągle przywoływała pytanie: co by było, gdyby?
Słodko-gorzkie były to zawody…