Za zwycięstwo miał dostać wszystko: zegarki, pistolet, maszynę do szycia Singera, baryłkę starego wina, tonę czekolady, kosztowności, stado owiec, pole, darmowe strzyżenie i golenie do końca życia, obiady w ateńskich restauracjach i kawę w kawiarniach. Do tego dochodziła jeszcze najgłośniejsza z plotek, czyli obietnica stu tysięcy drachm i ręka córki majętnego Georgiosa Averoffa, fundatora stadionu olimpijskiego. Już współcześni mieszali fakty z miejską legendą, bo część tych nagród zdawało się być zwykłą fanaberią narodu, który rozpaczliwie szukał swojego bohatera. Gdy po latach wracano do tych opowieści, on tonował nastroje. Mówił raczej skromnie, że najbardziej cieszyłby go… zwykły wóz zaprzężony w osła. 130 lat temu, 10 kwietnia 1896 roku, Grek Spirydon Luis zapisał się w historii sportu. Wygrał pierwszy maraton olimpijski, choć nie należał do wielkich faworytów.
Sam bieg i miejsce jego rozegrania były niezwykłe. Chodziło o to, by igrzyska Coubertina nie były tylko nowoczesnym wydarzeniem sportowym, ale także widowiskiem zanurzonym w greckiej kulturze. Żeby odwoływały się do przeszłości. Kiedy baron Pierre de Coubertin mówił o tak długim biegu, jego przyjaciel Michel Bréal, uczony i znawca świata greckiego, zaproponował, żeby nawiązał on do legendy o Filippidesie. To on, według rozpowszechnionej opowieści, miał po zwycięstwie Ateńczyków nad Persami pod Maratonem pobiec do Aten z wiadomością o triumfie. A po wykonaniu misji – paść martwy. Pomysł okazał się trafiony. Pojawiła się konkurencja, której nie trzeba było na siłę dopisywać do antyku. Z maratonu można było wręcz zrobić pomost łączący starożytność z nowożytnością.
|Czytaj też: Ellery Clark. Osiągnięcie nie do powtórzenia?
Grecki trud
Grecy od początku traktowali ten bieg szczególnie. W kraju gospodarzy igrzysk panowało przekonanie, że jeśli gdzieś ma paść wielkie greckie zwycięstwo, to właśnie w tym biegu. Maraton był przecie osadzony w ich krajobrazie, ich micie i ich pamięci historycznej. Pewnie dlatego zwycięzcę miała czekać nie tylko wieczna chwała, lecz także społeczna nagroda od całych Aten. Bieg urósł do rangi sprawy narodowej również z innego powodu. Pierwsze nowożytne igrzyska olimpijskie w Atenach nie były przedsięwzięciem ułożonym finansowo. Uratowały je ludzki upór, publiczna zbiórka i pieniądze rzeczonego Averoffa, dzięki którym odbudowano stadion Panateński. Ewentualna wygrana reprezentanta gospodarzy miała być formą nagrody za grecki trud.
Samą trasę trzeba było wymyślić praktycznie. Starożytny dystans między Maratonem a Atenami nie odpowiadał prostemu, nowoczesnemu wyobrażeniu o takim biegu. Stan dawnych szlaków budził spore zastrzeżenia. Wytyczono więc nową drogę, liczącą w ówczesnych opracowaniach około czterdziestu kilometrów, a w innych niemal 41,85 kilometra.

Trasa zaczynała się przy moście w Maratonie, biegła początkowo niemal płasko wzdłuż zatoki, potem po skręcie na zachód i północ zaczynała nabierać wysokości. Najtrudniejsza była część środkowa, między mniej więcej 18. a 30. kilometrem, z długim podejściem i ostrymi fragmentami. Ostatnie dziesięć kilometrów prowadziło przez przedmieścia Aten i lekko opadało ku stadionowi. Ale po takiej wspinaczce nawet te końcowe zbiegi nie były lekarstwem. Pierwszy maraton olimpijski był więc biegiem trudnym. Pełnym wyzwań na trasie.
Organizacja greckiej kadry była dowodem, jak bardzo gospodarze chcieli ten bieg wygrać. Urządzono eliminacje, a do zespołu powołano ludzi wyłowionych z zawodów panhelleńskich, z wojska, wśród listonoszy i uczestników późniejszych prób na podobnym dystansie. Dość szybko uwagę „rekrutrów” przykuł młody Spirydon Luis z Marusi, wypatrzony przez mjr. Papadimitriopoulosa, który był zarazem trenerem, selekcjonerem, starterem i człowiekiem mającym realny wpływ na przebieg całej konkurencji.
|Czytaj też: Grudziądz nie wierzył łzom… rocznica śmierci Bronisława Malinowskiego
Apogeum napięcia
Luis nie podchodził do wyścigu jako faworyt. We wcześniejszych greckich próbach szybsi od niego byli: Belokas, Vasilakos i Lavrentis. Na papierze najmocniej wyglądał jednak Węgier Gyula Kellner, jedyny z cudzoziemców z doświadczeniem na takim dystansie. Francuz Albin Lermusiaux i Australijczyk Edwin Flack byli znakomitymi biegaczami, ale podchodzili bardziej jak do próby sprawdzenia siebie, albo przygody. Jeden miał za sobą sukcesy na średnich dystansach, drugi właśnie wygrywał na igrzyskach 800 i 1500 metrów.
Do tego dochodziły restrykcyjne przepisy o amatorstwie. Nawet dobrze przygotowany Włoch Carlo Airoldi nie został dopuszczony, bo nie mieścił w ich ramach. Co ciekawe, na igrzyska miał przywędrować pieszo, bo jego rodacy nie bardzo interesowali się olimpijską inicjatywą. Pokonał szmat drogi i… wypomniano mu, że za wcześniejsze biegi brał pieniądze! Na marginesie całego przedsięwzięcia została też Stamata Revithi, która chciała pobiec, ale nie dostała zgody na start. Dlaczego? Bo była kobietą, a one jeszcze nie mieściły się w olimpijskich zakresach barona Pierre’a de Coubertina. Niektórzy twierdzą, że biegła nazajutrz, w formie protestu.
W dzień wyścigu napięcie sięgnęło zenitu. Najdłuższy dystans ustawiono jako ostatnią konkurencję lekkoatletyczną, co później zresztą stało się tradycją, ale w 1896 roku miało bardzo konkretny powód. W Atenach czekano bowiem na greckie zwycięstwo po bolesnych rozczarowaniach w innych konkurencjach lekkoatletycznych. Na stadionie siedziały dziesiątki tysięcy widzów, mówiono nawet o stu tysiącach. Oblegane były też okoliczne wzgórza. Na trasę wysłano konnych i rowerowych sędziów, obserwatorów, wozy służb medycznych. Zawodników przewieziono wcześniej do Maratonu i ulokowano w tawernach. Tam mieli… bawić jeszcze dzień przed biegiem.
Na miejsca, gotowi!
Wystartowali krótko przed drugą po południu. Relacje pogodowe są podobne do tych o nagrodach dla wygranego. Wedle niektórych opisów dzień był pochmurny. Inne mówią o pięknej, wiosennej aurze. Osiemnastu biegaczy, ustawiło się w czterech rzędach.
Sygnał i ruszyli!
Spirydon Luis pobiegł ostrożnie. Po drodze miał mieć postoje, pokrzepiać się winem, sokiem pomarańczowym, a według jednej opowieści także ugotowanym na twardo jajkiem. W przydrożnych gospodach i wioskach dopingowali go ludzie z Marusi, namawiając, by nie dał się ponieść szarży przeciwników. Niezależnie od tego, które z tych anegdot były prawdziwe, wszystkie sprowadzały się do jednego: Luis biegł swoim, równym tempem.

Na dziewiątym kilometrze odpadli pierwsi Grecy. Tymczasem Lermusiaux po piętnastu kilometrach zrobił solidny zapas. Za nim biegł Flack, dalej Blake. Najszybsi z Greków, Vasilakos i Luis, tracili około siedmiu minut. W połowie trasy, w Pallini, wzniesiono dla lidera łuk triumfalny, a na głowę założono mu wieniec z kwiatów. Francuz dostał dekorację przygotowaną dla Greka, a tłum, który tak bardzo chciał swojego zwycięzcy, musiał chwilowo robić dobrą minę do złej gry. Chwilę później pod łukiem niemal doszło do tragedii, bo na Lermusiauxa rzucił się fanatyczny pop, którego obezwładnili inni widzowie. Na trasie nie było ochrony, ani płotów.
Po 25 kilometrach sytuacja zaczęła się odwracać. Kilku zawodników zeszło z trasy, w tym Blake. Albin Lermusiaux na podbiegach wyraźnie zwalniał – zaczynał opadać z sił. Edwin Flack, wybitny średniodystansowiec, wyprzedził więc Francuza i objął prowadzenie. Ale sam biegł już raczej siłą woli niż mięśni i płuc. Około 32. kilometra Lermusiaux nie wytrzymał i zszedł. Pościg za nim kosztował Flacka mnóstwo sił, więc na 34. kilometrze dogonił go… Luis. Przez dwa kilometry Grek trzymał się za Australijczykiem, jakby chciał się upewnić, że rywal naprawdę pęka. Potem przyspieszył i pobiegł sam.
„Grecya zwyciężyła!”
To był moment, w którym narodził się grecki bohater. Papadimitriopoulos ruszył konno do Aten z wiadomością, że prowadzi ich chłopak. Na stadionie najpierw rozeszła się plotka, potem był strzał armatni. I wielka wrzawa, gdy nadeszła wiadomość. W tym samym czasie za plecami Luisa dramat przeżywał Flack, który zataczał się i tracił przytomność. Miał mu pomagać sędzia, któremu padający ze zmęczenia i nieświadomy biegacz miał nawet wymierzyć soczysty cios. Zdjęto go z trasy.
Tymczasem Spirydon Luis dobiegał już do stadionu. Jedenaście dni później „Gazeta Lwowska” w szczegółowej relacji napisała (pisownia oryginalna):
„Tłumy, gęsto zbite, kołysały się jak fale pod wiatrem, zapowiadającym zbliżanie się orkanu. W tem nagle zagrzmiał strzał działowy. Tłumy zaparły oddech, oniemiały na chwilę… Następca tronu z królem Aleksandrem I., sędziowie i liktorowie podbiegli do mety a w powietrzu rozeszły się głosy; Przyszedł! Przyszedł! — Grek zwyciężył — Grecya zwyciężyła! Zwycięzcy nie widziano — tylko po biało-niebieskim stroju poznano Greka. Tłumy ogarnął po prostu szał radości i tryumfu, a od okrzyków bijących naraz ze stutysięcy piersi zadrżała ziemia, jak gdyby od całej kaskady grzmotów raz poraź wstrząsających powietrze. Równocześnie podrzucano kapelusze, wznoszono ręce jakby niebu dziękując, w powietrzu pływały różnobarwne fale chustek”.

Na ostatnich dwustu metrach doszło do sceny, która przeszła do ikonografii sportu, ale… znów jest mocno niejednolita. Według części przekazów do biegnącego dołączyli Konstantyn i Jerzy, według innych Jerzy i Michał, a jeszcze według innych chwilę później pojawił się także Mikołaj. Rozbieżność ta jest tu znacząca, bo pokazuje, jak prędko fakty zaczynały ustępować miejsca legendzie. Pewne było jedno: synowie króla zerwali się z miejsc, złamali protokół i pobiegli obok zwycięzcy. Stadion eksplodował. Skromny człowiek z Marusi, dotąd prawie nieznany, nagle stał się twarzą całych igrzysk. Czas jaki mu zapisano? Najczęściej podaje się 2.58.50, choć trafiały się też inne wersje. Znowu ta niejednolitość…
Dwie chwile w życiu
Na drugiego zawodnika czekano aż siedem minut. Był nim Charilaos Vasilakos. Trzeci na mecie pojawił się Spiridon Belokas, ale szybko wyszło na jaw, że część trasy przejechał powozem. Został zdyskwalifikowany, a na podium awansował węgierski faworyt, Gyula Kellner.
Po zbiorowej ekstazie w Atenach każdy chciał zobaczyć nowego greckiego herosa. W tym momencie rozpoczyna się też cała sekwencja zdań, które zaczyna jedno słowo – „ponoć”. Ponoć na miejscu dostał złoty zegarek, ponoć żona ambasadora Rosji podarowała mu srebrny flakon z koniakiem i ponoć otrzymał pieniądze. Ponoć, ponoć, ponoć…
„Gazeta Lwowska” opowieści te jeszcze ubogaciła (pisownia oryginalna):
„Ale nietylko bogacze uczcili darami zwycięzcę: pewien mleczarz zobowiązał się dostarczać mu bezpłatnie mleka co dnia przez całe życie, kawiarz kawy; wogóle wszelkie potrzeby życia ma on już zaopatrzone, ba jakiś cyrulik będzie go do końca życia golić bezpłatnie”.
A Spirydon Luis nie miał w sobie nic, a nic z gwiazdy. Nie był wielkim mistrzem, który latami budował swoją pozycję. Wcześniej nie wygrywał wielkich biegów. W dokumentach pojawiał się jako syn rozwoziciela wody, pasterz, wieśniak, człowiek słabo wykształcony, niemal niepiśmienny, chłopak z Marusi, który w jednej chwili stał się bohaterem narodowym. Miał narzeczoną, więc nie potrzebował tych legendarnych ofert małżeńskich. Poza nagrodami regulaminowymi otrzymał podobno tylko złoty zegarek od wielkiego księcia i antyczną wazę. Tak przynajmniej twierdził wiele lat później w wywiadach.

Po igrzyskach zniknął z wielkiego sportu. Zajął się pracą na roli, a później został policjantem. W 1926 roku trafił do aresztu pod zarzutem fałszowania dokumentów wojskowych i spędził za kratami prawie rok, zanim go uniewinniono. Dla kraju, który kiedyś oklaskiwał go gromkimi brawami stał się ledwie wspomnieniem. Poza Grecją zapomniano o nim jeszcze szybciej. Dopiero igrzyska w Berlinie w 1936 roku przywróciły go na chwilę. Niemieccy organizatorzy zaprosili go jako gościa honorowego. Znów na stał się figurą. I znów tylko na moment… Umarł w 1940 roku, na kilka tygodni przed niemiecką inwazją na Grecję.
Olimpijski maraton w 1896 roku był biegiem nietuzinkowym. I to nie tylko dlatego, że był pierwszy…
