Nie wygrają, po prostu wezmą udział. Piętnastu afrykańskich sportowców wystartuje w tegorocznych zimowych igrzyskach olimpijskich w Mediolanie. Idą śladami Lamine Guèye, senegalskiego narciarza zjazdowego, który uporem i pasją zapracował na wyjazd do Sarajewa w 1984 roku. I nie tylko…
Miał osiem lat, kiedy mama i babcia wysłały go do Szwajcarii, by nieco go uspokoić. Od dziecka był bowiem żywy, pomysłowy i trochę nieprzewidywalny. Ale w 1968, gdy opuszczał dom, musiał też poradzić sobie ze stratą dziadka, prominentnego polityka. Kilka lat później Lamine Guèye został pierwszym afrykańskim narciarzem, który wziął udział w zimowych igrzyskach olimpijskich. Senegalskim odpowiednikiem „Orła” Edwardsa. Bo wyniki były dlań sprawą drugorzędną.
|Czytaj też: Marc Girardelli. Za głosem… ojca
Sam na arenie
Dzień, w którym znalazł się w Szwajcarii był przełomowy. Utorował jego myślenie o przyszłości. Wszystko przez śnieg i narty, które zobaczył pierwszy raz w życiu. Jeśli w sporcie możemy mówić o miłości od pierwszego wejrzenia, to relacja Guèye z deskami była właśnie taką. Od wyjazdu do Europy, przez kolejne lata, starał się zrobić wszystko, aby wziąć udział w zimowych igrzyskach olimpijskich. W 1979 roku założył nawet Senegalską Federację Narciarską. Naszkicował jej statut w trzech językach. Nie omieszkał też trochę skłamać, mówiąc, że związek zrzesza 47 senegalskich narciarzy, choć tak naprawdę był tylko on. Czas mijał. Mimo aprobaty prezydenta Senegalu, Léopolda Sédara Senghora, w igrzyskach Lake Placid w 1980 roku jeszcze nie wystartował.
Dopiero cztery lata później, w Sarajewie, w końcu dopiął swego. O ceremonii otwarcia mówił:
„Jestem zupełnie sam. Kiedy wchodzę na arenę, wciśnięty pomiędzy Amerykanów i Sowietów, z całych sił chwytam flagę Senegalu. Przede mną wznosi się stadion i zaczyna krzyczeć „Senegal! Senegal!”. Rozpłakałam się, to kulminacja snu. Chciałem, żeby mój ojciec i dziadek mnie zobaczyli”.
Potem ciepło przyjęto go na trasach. Z wynikami bywało różnie: w zjeździe był 51, w slalomie gigancie – 57. Po igrzyskach zawiesił karierę. Działał na rynkach finansowych i handlu. Próbował swoich sił w aktorstwie. Gdy w 1988 roku w Calgary zobaczył „Orła” z Wysp Brytyjskich i jamajskich bobsleistów, sentymenty odżyły. Odkurzył narty i rozpoczął przygotowania do igrzysk w 1992 roku.
|Czytaj też: Jan Mysłajek. Nie wiek, lecz pasja – na nartach przez życie (reportaż)
Japońskie starania
W Albertville był 45 w zjeździe. Formalnie było to ostatnie miejsce okraszone aż 22-sekundową stratą do zwycięzcy. Ale Senegalczyk był zadowolony. Dotarł do mety, czego nie mogli powiedzieć wielcy narciarstwa: Leonhard Stock – mistrz olimpijski z 1980 roku, czy Marc Girardelli – pięciokrotny zdobywca Pucharu Świata.
Rok później chciał wystartować na mistrzostwach świata w japońskim Morioka-Shizukuishi. Brakowało mu pieniędzy, więc słał listy do senegalskich polityków z prośbą o wsparcie. Odpowiedzi nie przychodziły. Z pomocą przyszli mu organizatorzy, którzy załatwili bilety lotnicze i stosowne pozwolenia.
„Nie wiem, co robić: pracować fizycznie na rzecz naszej federacji, trenować czy szukać sponsorów. Jestem chyba jedynym narciarzem bez trenera. Oj, przydałby mi się tydzień odpoczynku. Poszedłbym do doktora na zastrzyki, przewietrzyłbym umysł, a przede wszystkim przestał o tym tak dużo myśleć. Nie mogę usnąć wieczorem, ponieważ myślę o Morioka, potem rano budzę zmęczony. Cały dzień dumam — pojadę, nie pojadę, pojadę, nie pojadę. To naprawdę niełatwe” – mówił na początku 1993 roku.
Koniec końców wyjechał. W Japonii zajął 42. miejsce w zjeździe.
|Czytaj też: Ingemar Stenmark — małomówny król nart
Afera w Sierra Nevadzie
Lamine Guèye wystartował jeszcze w Lillehammer. Olimpijskich zmagań nie ukończył. Nie zmienia to faktu, że pomimo zajmowanych miejsc i dużo wolniejszych przejazdów wyróżniał się na tle rywali. Wiedział, czym są prawdziwy duch olimpizmu i czysta, sportowa pasja.

W 1996 roku był na mistrzostwach w Sierra Nevadzie był „bohaterem” wydarzeń, które nabrały wymiaru politycznego. W trakcie ceremonii otwarcia towarzyszył mu Bebo Storti – włoski komik, który posmarował twarz pastą i udawał trenera Senegalczyka. Publiczność zareagowała entuzjastycznie, ale oficjele już nie. Dowcipnisiom zagrożono poważnymi konsekwencjami, włącznie z dyskwalifikacją i notami dyplomatycznymi do Senegalu.
Lamine znów pojechał. Zajął 71. miejsce w zjeździe, 79. w supergigancie, 44. w slalomie gigancie, 32. w slalomie specjalnym i 44. w kombinacji. Później zakończył karierę i skupił się na walce o równe traktowanie sportowców z krajów nie kojarzonych z zimą, którym MKOl mocno ograniczył możliwość kwalifikacji olimpijskiej…
