„Po co mam trenować, skoro już wiem, co mam robić na boisku?” – w tym jednym zdaniu zawarł całą swoją karierę. Miał trochę racji, bo na murawie strzelał jak na zawołanie. A poza nią? Trudno było go okiełznać…
Romario de Souza Faria przez lata funkcjonował w europejskich i brazylijskich mediach jako piłkarz wybitny, ale kłopotliwy. Nie dało się go ignorować. Wychowany na przedmieściach Rio de Janeiro Romário już za nastolatka wyróżniał się skutecznością. Nie imponował fizycznością, ale miał instynkt i spokój w polu karnym. Pierwsi dostrzegli to ludzie z Vasco da Gama, później selekcjoner reprezentacji olimpijskiej Brazylii, który zabrał go na igrzyska do Seulu. Tam został królem strzelców turnieju olimpijskiego. To wystarczyło, by rozdzwoniły się telefony.
|Czytaj też: Brazylijczyk Ronaldo: paryska tajemnica i wielki powrót
Dwa oblicza
Najkorzystniejszą ofertę przedstawiło holenderskie PSV. Romario znalazł w Eindhoven swoje miejsce na ziemi i seryjnie zdobywał bramki, zostając królem strzelców ligi i jednym z liderów zespołu. Gdy odchodził z klubu jego licznik zatrzymał się na 165 trafieniach w 167 meczach. Imponujący bilans! A odchodził do zespołu jeszcze większego, dziś wręcz kultowego.
Transfer do FC Barcelony w 1993 roku zapowiadał się jako sportowe małżeństwo idealne. Drużyna Johana Cruyffa potrzebowała egzekutora serwisowanego przez Guardiolę czy Bakero. Romario zaś chciał wielkiej sceny. Na murawie wszystko się zgadzało. Hat-trick w debiucie z Realem Sociedad, bramki zdobywane z pozornie niemożliwych pozycji i pełna kontrola pola karnego sprawiły, że szybko stał się gwiazdą ligi hiszpańskiej.

Jednocześnie niemal od początku narastał jego konflikt z trenerem. Johan Cruyff wymagał od swoich graczy dyscypliny i podporządkowania zespołowi. A Romario działał według własnych zasad. Spóźniał się, samowolnie wyjeżdżał do Brazylii i lekceważył treningi. Prędko stał się „pupilkiem” mediów, które seryjnie publikowały artykuły na jego temat. Klub karał go za to finansowo, ale sportowo wciąż był na niego skazany. Na boisku wyglądał na leniwca, ale gdy już futbolówka trafiła pod jego nogi… to stawał się bezwzględnym drapieżcą.
|Czytaj też: Zanim Pele został królem
Zesłaniec Boga?
Kulminacją kariery Brazylijczyka był mundial w 1994 roku. Najpierw jednak leniwy, acz zdolny piłkarz wprowadził swój kraj na piłkarskie salony. Awans na mistrzostwa nie był pewny. Ba, Brazylijczykom groziło nawet, że nie zagrają w turnieju. We wrześniu 1993 roku trzeba było pokonać Urugwaj u siebie, przy prawie stutysięcznej publice. A on przyjechał na zgrupowanie po ośmiu miesiącach. Z trenerem Carlosem Alberto Parreirą rozmawiać nie chciał, bo określił go per „primadonna”. Zastanawiano się, jak relacje spoza murawy wpłyną na dyspozycję napastnika. Ale topór wojenny zakopano.
Brazylia wygrała 2:0. A on strzelił oba gole.
„Romario to prawdziwy zabójca” – powiedział trener Brazylii. „Przyszedł w idealnym momencie… Bóg go zesłał” – dodał.
Canarinhos jechali do Stanów Zjednoczonych głodni sukcesów. Kibice w Kraju Kawy aż 24 lata czekali ta triumf na mistrzostwach. Do tego podchodzili z nieufnością do własnej drużyny. Romario stał się jej centralną postacią. Strzelał gole w fazie grupowej i pucharowej – w sumie pięć. Nie był efektowny, ale był bezwzględnie skuteczny. Turniej zakończył się bezbramkowym finałem z Włochami i zwycięstwem Brazylii po pamiętnych rzutach karnych. Romario otrzymał też tytuł najlepszego piłkarza mistrzostw, a ogólnoświatowa prasa zgodnie uznała, że to był „jego turniej”.
Mówił, co myślał
Po mundialu napięcia w klubie tylko się pogłębiły. Zaczęło się od przedłużonego urlopu. Romario po mistrzostwach postanowił wypocząć, co nie spodobało się Cruyffowi. Trener powiedział nawet, że jest lekkomyślnym i nieodpowiedzialnym człowiekiem. A on odpowiadał:
„Jestem egoistą. Nie lubię czekać, często się spóźniam. Prawdopodobnie całkiem słusznie zostanę ukarany przez Barcelonę. Z drugiej strony mistrzowi świata należą się w końcu wakacje. Kiedy znowu strzelę kilka goli, wszystko wróci do porządku”.
Po powrocie do Katalonii Cruyff wziął napastnika na dywanik. Skończyło się tylko karą finansową w wysokości 78-tysięcy dolarów.
To go nie uciszyło. Publicznie krytykował decyzje federacji. Nie bał się tknąć legend. O Pele mówił tak:
„Bóg pobłogosławił stopy tego człowieka, ale zapomniał o reszcie, szczególnie o ustach. Bo kiedy się wypowiada, wychodzą z nich same bzdury, a raczej samo gówno”.
W klubach sytuacja wyglądała podobnie. Wracał do Brazylii, znów wyjeżdżał, ale jego forma strzelecka rzadko spadała, za to cierpliwość otoczenia – owszem.
„Nie będzie kogoś takiego jak Romario”
Równolegle narastały sprawy pozaboiskowe. Media szeroko opisywały konflikty rodzinne, sprawy alimentacyjne i proces o ojcostwo zakończony testem DNA. Jego bułgarski kolega, Christo Stoiczkow, mówił, że łączy ich futbol i seks. Bo Romário nie ukrywał swojego stylu życia, nocnych wyjść, romansów z kobietami i niechęci do wizerunku „piłkarza idealnego”. W wywiadach bywał bezpośredni, aż do granic prowokacji. Podkreślał, że nie zamierza udawać kogoś, kim nie jest.
Jedni właśnie za taką postawę go ubóstwiali, drudzy wręcz odwrotnie.
Nie zmienia to faktu, że na boisku się bronił. Po odejściu z FC Barcelony trafił do Flamengo, potem była Valencia i inne kluby. Lawirował pomiędzy nimi, ciągle strzelając sporo goli.
Osiągnął też osobiście wyliczony próg tysiącznego gola. Zrobił to 20 maja 2007 roku, w wieku 41 lat, grając dla Vasco da Gama. Choć liczba ta jest kontrowersyjna, ponieważ obejmuje mecze towarzyskie, młodzieżowe i nieoficjalne, to on sam twierdził, że tyle właśnie trafień zaliczył. Kto mu zabroni liczyć po swojemu? A potem powiedział:
„Przebiją mnie, to oczywiste. Uda im się strzelić po tysiąc goli, ale nigdy już nie będzie kogoś takiego jak Romario”.
Dziś ten niepospolity gracz kończy 60. lat.
