Vivian Woodward – boiskowy gentleman i żołnierz. Najsławniejszy piłkarz Anglii sprzed ery gwiazd

Vivian Woodward fot. domena publiczna

Kiedy w styczniu 1948 roku pewien dziennikarz zobaczył na londyńskim targowisku mężczyznę przerzucającego puste koszyki na pakę ciężarówki, nie spodziewał się, że patrzy na jedną z największych ikon w historii angielskiego futbolu. Ubrany w robocze łachmany, skupiony pracy facet wyglądał jak setki innych ludzi układających sobie życie w powojennej rzeczywistości. A jednak, reporter rozpoznał tę twarz. To był to Vivian Woodward – człowiek, który kilkadziesiąt lat wcześniej był bohaterem angielskiego futbolu. Symbolem jej złotej, amatorskiej epoki. I prawdopodobnie jednym z najlepszych napastników, jakich widziały Wyspy Brytyjskie.

Gwiazda ery amatorów

Vivian John Woodward urodził się 3 czerwca 1879 roku w Kennington. Gdy dorastał, piłka nożna była już popularna, ale wciąż daleka od dzisiejszych realiów. Istniał wyraźny podział między graczami zawodowymi a amatorami. I w pewnych kręgach to właśnie amatorzy cieszyli się największym prestiżem. Woodward stał się ich uosobieniem.

Źródła z epoki są zgodne. Był piłkarzem kompletnym. Dysponował bardzo silnym i niespodziewanym strzałem, świetną techniką, ale przede wszystkim inteligencją boiskową. Mówiono nawet, że „myśli błyskawicznie”. W czasach, gdy taktyka dopiero raczkowała, on – jak mało kto – potrafił czytać grę. Cofał się po piłkę, inicjował akcje i przewidywał ruchy rywali, mimo że grał jako napastnik. A na tej pozycji, takie zachowania, nie były wówczas oczywistością. Paul Hayward w książce „W poszukiwaniu zaginionej chwały” pisał o nim:

„Zwolennicy futbolu amatorskiego nieustannie uznają go za przykład piłkarza, który potrafił grać równie dobrze jak zawodowcy. Nie zmienia to faktu, że drobna budowa, a może także „odmienność” na boisku czyniły go celem przeciwników”.

|Czytaj też: W poszukiwaniu zaginionej chwały – 150 lat historii reprezentacji Anglii w jednej wielkiej księdze!

Rekordzista reprezentacji

W pierwszych dekadach XX wieku dowód na jego absolutną klasę dają liczby. Vivian Woodward rozegrał łącznie blisko 60 meczów w różnych reprezentacjach Anglii: w drużynie amatorskiej, w reprezentacji Ligi oraz we „właściwej” kadrze narodowej. Warto przypomnieć, że ówczesny kalendarz międzynarodowych gier nie był aż tak bogaty, jak ten obecny.

W barwach Anglii zdobywał bramki regularnie i często w najważniejszych meczach. Uczestniczył m.in. w turniejach olimpijskich – w 1908 i 1912 roku – zdobywając złote medale z drużyną Wielkiej Brytanii. Igrzyska olimpijskie miały wówczas charakter stricte amatorski, a Brytyjczycy, z Woodwardem jako kapitanem, zdominowali rywali.

Rok 1908. Anglicy wygrywają z Belgami 8:1. Vivian Woodward leży na boisku fot. domena publiczna
Rok 1908. Anglicy wygrywają z Belgami 8:1. Vivian Woodward leży na boisku fot. domena publiczna

Warto dodać, że Vivian grał również w kilku znanych klubach ligowych, m.in. w Tottenhamie Hotspur i Chelsea. Ale zawsze pozostawał wierny statusowi amatora. Pod tym względem na pewno był idealistą. Równie konsekwentnie podchodził do pewnego przedmeczowego rytuału. Okazuje się bowiem, że zdaniem wspomnianego Haywarda, nie rozpoczynał on rozgrzewki do momentu, aż był pewien, że jego matka ma wygodne miejsce siedzące na trybunach…

|Czytaj też: Jak wychować „nowego Lewandowskiego”? Wiedzą Kielce, Świdnik i… szkoła podbeskidzka

Wojna, która wszystko zmieniła

Pierwsza wojna światowa brutalnie przerwała tę jego codzienność. Podobnie jak wielu piłkarzy, wstąpił do armii. Trafił do słynnego „Football Battalion” – oddziału, w którym służyli zawodnicy i działacze piłkarscy.

W trakcie służby otrzymał specjalne pozwolenie na grę dla Chelsea, na Old Trafford w finale Pucharu Anglii. Działacze „Niebieskich” chcieli sprowadzić go na ten mecz, ponieważ inny gracz, Bob Thomson, był kontuzjowany. Tyle że Thomson wyzdrowiał. Woodward odmówił więc gry, uważając za niemoralne pozbawienie kolegi szansy na grę w finale. Tym bardziej, że on sam, w tamtej kampanii, nie zagrał w żadnym meczu pucharowym. To się nazywa honorowe podejście!

W 1916 roku walczył na froncie we Flandrii, gdzie został ciężko ranny w nogę. Nigdy nie wrócił do pełni zdrowia. Tym samym musiał zakończyć sportową karierę. Nie było hucznego pożegnania na stadionie ani oficjalnego benefisu. Po prostu, jeden z najlepszych piłkarzy swoich czasów… zniknął z boisk. Wojna zabrała mu możliwość gry, a wraz z nią dawną pozycję w świecie sportu.

Cisza po chwale

Po zakończeniu kariery Woodward konsekwentnie trzymał się z dala od futbolu. Nie został trenerem, działaczem ani ekspertem prasowym. Przeniósł się na wieś i zajął się spokojnym życiem. Dla młodszych kibiców przestał istnieć. Jego nazwisko funkcjonowało głównie w kronikach i wspomnieniach starszego pokolenia.

Vivian Woodward w 1912 roku fot. domena publiczna
Vivian Woodward w 1912 roku fot. domena publiczna

Dlatego scena z 1948 roku, z Londynu, opisana w „Przeglądzie Sportowym”, robi takie wrażenie. Legendarny piłkarz zapytany o futbol lat 40. odpowiada szczerze:

„Cóż ja mogę teraz powiedzieć, przecież tak daleko żyję od piłki nożnej?”.

I nie ma w tym zdaniu goryczy ani pretensji. Widać raczej spokój człowieka, który zamknął pewien rozdział życia i nie próbuje go na siłę otwierać.

Powrót na trybuny

Los sprawił jednak, że futbol jeszcze raz zapukał do jego drzwi. W 1947 roku Vivian otrzymał list z Colchester United – klubu, w którym debiutował wiele lat wcześniej. Zaproszono go na mecz Pucharu Anglii przeciwko Bradford City. Nie jako eksperta czy gościa honorowego, lecz jako symbol, maskotkę szczęścia. Miał wtedy 55 lat.

Były piłkarz przyjął zaproszenie i po wielu latach znów usiadł na trybunach. Colchester wygrał 3:2, sprawiając kolejną sensację, bo zespół zdołał wcześniej wyeliminować choćby słynny Arsenal. Wszystko na oczach dawnego idola.

Gentleman futbolu

Vivian Woodward zmarł w styczniu 1954 roku. Nie doczekał ery telewizji i globalnych transmisji. Albo kontraktów liczonych w milionach. Ale jego znaczenie dla angielskiego futbolu pozostaje ogromne. Był jednym z ostatnich wielkich bohaterów amatorskiej epoki, piłkarzem, który łączył klasę sportową z etosem dżentelmena. Ba, latami nikt nie potrafił zepchnąć go z fotela najskuteczniejszego strzelca w historii reprezentacji (75 goli). Udało się dopiero Harry’emu Kaneowi w październiku 2025 roku.

Od zapomnienia uchronił go Norman Jacobs, pisarz i historyk, którego zauroczyła historia opowiedziana przez Norę Timmens, siostrzenicę Woodwarda. Dzięki jego pracy w 2005 roku ukazała się książka „Vivian Woodward: Football’s Gentleman”.

0 0 Głosy
Ocena artykułu

Zobacz podobne:

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najczęściej oceniane
Informacje zwrotne w linii
Zobacz wszystkie komentarze