Andrzej Gołota. Pech w Seulu

Andrzej Gołota w latach 80. fot. domena publiczna

Luty 1987. W Polsce panuje klimat politycznej odwilży. W sporcie zaś amatorstwo – to znane z czasów PRL – ma swoje ostatnie miesiące. Nad Wisłą ukształtowano jeszcze wtedy kilku dobrych sportowców. Dziś o jednym z nich…

„Trybuna Robotnicza” z 16 lutego 1987 roku, w swoim poniedziałkowym wydaniu, na ostatniej stronie, opisuje kolejny etap budowania kariery młodziutkiego ciężkiego z Warszawy. Nazywa się Andrzej Gołota. Ma wtedy dziewiętnaście lat i jest wychowankiem stołecznej Legii. Oczkiem w głowie trenera Janusza Gortata.

W prasie sportowej tamtego okresu jego nazwisko zaczyna pojawiać się regularnie. Nie pisze się o nim jeszcze „Andrew”. Nikt nie myśli o Las Vegas. Raczej mówi się o młodym, perspektywicznym pięściarzu, który ma przywrócić polskiej wadze ciężkiej blask po erze Lucjana Treli czy Grzegorza Skrzecza.

Polska jakość

Dla Andrzeja rampa startowa została ustawiona kilka lat wcześniej. Kiedy jako nastolatek trafił do hali przy ulicy Myśliwieckiej, był wyrośniętym, lecz nieco nieśmiałym chłopcem. Janusz Gortat, dwukrotny medalista olimpijski, niemal z miejsca dostrzegł, że ma do czynienia z materiałem na mistrza. Gołota posiadał coś, co w boksie amatorskim zdarza się rzadko: naturalną siłę fizyczną połączoną z niezwykłą, jak na te warunki fizyczne, szybkością i techniką. W przeciwieństwie do wielu „ciężkich”, którzy w tamtych czasach bazowali na przepychaniu się w ringu, Andrzej bił czysto, tworzył kombinacje i potrafił kontrować. Trener rozpoczął szlifowanie talentu. Wiele lat później podopieczny powie o nim, że wiele mu zawdzięcza. Że na treningach ten starszy facet nawet potrafił go „zlać”.

Andrzej Gołota-John Ruiz
Andrzej Gołota-John Ruiz

W 1985 roku, podczas mistrzostw świata juniorów w Bukareszcie, świat pierwszy raz i bardzo wyraźnie usłyszał jego nazwisko. Gołota zdobył w Rumunii srebrny medal. Przegrał w finale z Feliksem Savónem – kubańską legendą, maszyną do wygrywania, trzykrotnymi mistrzem olimpijskim. Ta porażka nie była jednak wstydliwa. Była raczej potwierdzeniem talentu i sportowej jakości polskiego nastolatka…

W systemie sportowym PRL sukcesy juniorów przekuwały się natychmiast na status „etatowego” sportowca. Andrzej został de facto zawodowcem w amatorskich szatach – nie on pierwszy, nie ostatni. Tak funkcjonował sport krajach bloki komunistycznego. Jako zawodnik Legii był formalnie żołnierzem, co w realiach Polski Ludowej zapewniało względną stabilizację finansową i warunki do treningu.

|Czytaj też: Andrzej Gołota-John Ruiz. Do trzech razy sztuka?

Operacja Seul

Andrzej wygrał mistrzostwa Polski cztery razy z rzędu. Od 1987 do 1989 roku zwyciężał w kategorii ciężkiej, rok później – w superciężkiej. Często kończył rywali przed czasem. W ringu amatorskim narzucał tempo, którego rywale nie potrafili wytrzymać. Mimo tego trenerzy zauważali, że ten utalentowany chłopak jest nieco „trudny”. Może nieprzewidywalny. Potrafił zdominować rywala w pierwszej rundzie, by w drugiej, po jednym celnym ciosie przeciwnika, zacząć walczyć chaotycznie. To wtedy narodziła się ta specyficzna nerwowość, która dekadę później nie pomoże mu na zawodowych ringach.

Przygotowania do igrzysk olimpijskich w Seulu w 1988 roku był momentem szczytowym tej amatorskiej drogi. Polska ekipa bokserska leciała do Korei Południowej z dużymi nadziejami. Gołota był ich centralnym punktem. Miał wówczas 20 lat, ważył blisko 100 kilogramów i był w życiowej formie fizycznej. W Seulu Andrzej szedł jak taran. W pierwszej walce pokonał przez nokaut w drugiej rundzie Bułgara Swilena Rusinowa – zawodnika niezwykle twardego, późniejszego medalistę mistrzostw świata. Potem przyszło zwycięstwo nad Haroldem Obungą z Kenii, dzięki czemu był już w strefie medalowej. Miał zapewniony brąz, ale apetyty w kraju były większe.

„Pechowa walka”

Półfinałowa walka z Koreańczykiem Baik Hyun-manem do dziś pozostaje jedną z najbardziej zagadkowych i bolesnych w jego karierze. Polak zaczął dobrze. Bano się, że sędziowie – co było zmorą igrzysk w Seulu – będą sprzyjać zawodnikom gospodarzy. Jednak to nie rozjemcy przerwali tamtą walkę. Andrzej, po otrzymaniu kilku ciosów, zaczął sygnalizować kontuzję łuku brwiowego. Walka została zakończona. Nazajutrz „Gazeta Krakowska” tak relacjonowała przebieg pojedynku:

„Polakowi po jednym z ciosów rywala pękła powieka i lekarz przerwał walkę. Pierwsze starcie Gołota przegrał, był nawet liczony, w drugim kilka razy celnie trafił, wyda­wało się, że przełamał rywala i w tym właśnie momencie, gdy zadawał cios za ciosem zdarzyło się nieszczęście. Pierwsze zdania Gołoty nie nadają się do przytoczenia. Ale złość i rozpacz młodego boksera były naprawdę wielkie. Nawet gdy wydawało się. że ochłonął, w drodze do ambulatorium powiedział zduszonym głosem: >>Przeklęty pech, czułem, że rywal słabnie, przełamałem go i wszystko było na dobrej drodze. Długo nie zapomnę tej pechowej porażki”.

Na podium Polak wszedł w ciemnych, przeciwsłonecznych okularach. Maskowały raczej uraz, nie smutek. Choć, kto wie?

Polska wróciła z Seulu z czterema brązowymi medalami w boskie. Oprócz Gołoty cenne krążki przywieźli: Jan Dydak, Henryk Petrich i Janusz Zarenkiewicz. Uznano to za sukces, ale w przypadku Andrzeja pozostał pewnie niedosyt. Bo miał papiery na złoto…

|Czytaj też: Włosi mieli swojego Andrzeja Gołotę. Nazywał się Nino Benvenuti

Rok 1989 to czas, w którym Andrzej Gołota osiąga w Polsce status gwiazdy, ale jednocześnie zaczyna dusić się w ciasnych ramach systemu. W kraju zachodzą gwałtowne zmiany polityczne. Granice zaczynają się otwierać. Gołota wygrywa kolejne zawody, w tym prestiżowy Turniej im. Feliksa Stamma, ale jego głowa jest już gdzie indziej. Chce wyjechać.

Do końca 1989 roku w boksie amatorskim stoczył 114 walk (99 wygrał, 2 zremisował i 13 przegrał). Imponujący to bilans, stawiający go w ścisłej czołówce najlepszych polskich ciężkich w historii. Gdy w 1990 roku wyjeżdżał do USA, nie brał ze sobą walizki pieniędzy. Za Atlantyk zabrał za to opinię utalentowanego, choć nieco nieobliczalnego chłopaka, który na amatorskich ringach PRL-u… nie miał już kogo bić.

To był koniec pewnej epoki. Polska Ludowa znikała, a wraz z nią znikał boks amatorski, jaki znano – oparty na etatach w klubach milicyjnych i wojskowych klubach. Andrzej Gołota, jakkolwiek to nie zabrzmi, był jednym z ostatnich produktów tamtych czasów. Pięknych, medalodajnych i… minionych. Amatorski boks w Polsce miał bowiem ogromne problemy z adaptacją w nowych, kapitalistycznych czasach.

A potem dla Andrzeja, już po przemianach, miliony ludzi nad Wisłą wstawały późną nocą, by na kolorowych zachodnich telewizorach zobaczyć, jak walczy w królewskiej kategorii. Kto wie, czy nie w najlepszej jej dekadzie w historii. Niektórzy pojedynki te nagrywali na kasety VHS i dziś traktują jak pamiątkę niezwykłą. Tak niezwykłą, jak bohater tej opowieści.

Dziś Andrzej Gołota kończy dziś 58 lat.

0 0 Głosy
Ocena artykułu

Zobacz podobne:

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najczęściej oceniane
Informacje zwrotne w linii
Zobacz wszystkie komentarze