Niemiec Dieter Thoma miał 20 lat, gdy nazwano go objawieniem Pucharu Świata. Los był jednak przewrotny i świetne występy zostały zastopowane…
Sezon Pucharu Świata w skokach narciarskich 1989/1990 bohaterów miał kilku. Jednym z nich był rudawy Niemiec. Nazywał się Dieter Thoma. Liczył dwadzieścia wiosen i już rok wcześniej pokazywał się z dobrej strony. Określano go „objawieniem”.
Gdy wygrał Turniej Czterech Skoczni, w Niemczech mówiono o nim niemal jak o zbawcy dyscypliny. Sam Thoma reagował na sukces z mieszanką radości i niepokoju. Już po jego zakończeniu, mówił w biurze prasowym:
„Test to ogromny sukces, sam nie wiem, jak go udźwignę. Oceniam go jako największy triumf w dotychczasowej karierze, teraz muszę pilnować Pucharu Świata, w którym prowadzę i sposobić się do dalekich lotów na mamucie w Vickersund, gdzie odbędą mistrzostwa świata”.
Pechowy upadek
Kariera Thomy rozwijała się błyskawicznie, ale nie była pozbawiona dramatycznych momentów. Po kolejnym zwycięstwie, odniesionym w wielkim stylu w Harrachovie, już następnego dnia w Libercu zaliczył fatalny upadek. Trafił do szpitala i spędził tam wiele tygodni. Był to dla niego czas przymusowej przerwy, ale też moment refleksji nad drogą, którą przeszedł i nad tym, jak szybko wszystko się wydarzyło. Miał dwadzieścia lat, a już zdążył znaleźć się na samym szczycie i boleśnie przekonać się, jak krucha potrafi być forma sportowca. Musiał opuścić kilka konkursów, co znacznie ograniczyło mu możliwość walki o triumf w końcowej klasyfikacji Pucharu Świata. Ale wrócił gdzieindziej…
Pod koniec lutego 1990 w Vickersund był najlepszy. W mistrzostwach świata w lotach pokonał tuzy skoków, Mattiego Nykänena i Jensa Weißfloga. Miał też nieco szczęścia, bo w pierwszym z trzech skoków wylądował krótko, ledwie na 135. metrze. Tyle że wedle przepisów w ostatecznym rozrachunku liczyły się tylko dwie najlepsze próby. A te Dieter miał udane – 171 i 165 metrów dały mu tytuł. Warto dodać, że było to złoto zdobyte jeszcze w stylu klasycznym.
|Czytaj też: Rewolucjonista. Jak Jan Bokloev zmienił skoki narciarskie [Podcast]
Rodzinna tradycja
Narciarskie korzenie Dietera Thomy sięgają Schwarzwaldu. Początkowo fascynowało go narciarstwo zjazdowe i to w nim widział swoją przyszłość. Szybka jazda, ryzyko, adrenalina – to go pociągało najbardziej. Poważny upadek na trasie zjazdowej przekreślił jednak marzenia o karierze alpejczyka. Skoki pozostały jedyną drogą i właśnie wtedy okazało się, że Thoma ma niezwykły dar wybicia z progu. Jego ojciec Franz, prowadzący wraz z żoną szkołę narciarską w Hinterzarten, zbudował mu pierwszą skocznię. W rodzinie sport zimowy był codziennością – wszystkie dzieci jeździły na nartach. Ale to Dieter wyróżniał się talentem.

Ogromną rolę odegrała także tradycja rodzinna. Wujek Dietera, Georg Thoma, był legendą kombinacji norweskiej, mistrzem olimpijskim i świata. Młody skoczek z uwagą słuchał jego opowieści i był w niego zapatrzony jak w obrazek. Pierwsze sukcesy przyszły szybko: złoty medal drużynowych mistrzostw świata juniorów, potem kolejne medale i coraz lepsze miejsca w Pucharze Świata. Były też chwile słabsze, jak „dołek” formy podczas mistrzostw świata w Lahti, gdy mimo wysokiej pozycji w klasyfikacji generalnej nie potrafił spełnić oczekiwań.
Przełom nastąpił wraz ze zmianami w sztabie szkoleniowym. Pod okiem młodego trenera Rudiego Tuscha i jego asystenta Waltera Hofera wyniki młodziana zaczęły systematycznie się poprawiać. Do momentu feralnego upadku w Libercu.
W ostatnim weekendzie sezonu, w Planicy, miał znów pokazać, że mimo młodego wieku i bolesnych doświadczeń, należy do ścisłej światowej czołówki i dopiero zaczyna pisać swoją sportową historię. W drugim dniu znów pojawił się na podium. Był drugi, za Ari-Pekką Nikkolą, triumfatorem klasyfikacji generalnej. Ciekawe, co by było, gdyby… nie ten pechowy upadek.
|Czytaj też: Raz smutek, raz szczęście. Łzy mistrza olimpijskiego
„Dla nich skaczę”
Kolejny sezon Niemca był solidny. A potem przyszły lata chude. Styl w skokach się zmienił, a przyzwyczajony do prowadzenia nart równolegle Thoma, długo mocował się z nową techniką. I „odpalił” w konkursie olimpijskim na normalnej skoczni w Lillehammer. Po pierwszej serii był 7. Ale w drugim skoku wylądował bardzo daleko. 102,5 metra pozwoliło wskoczyć mu na najniższy stopień podium.
W sumie Dieter zdobył dziesięć medali na mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich. W sezonie 1996/97 zajął drugie miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Dołożył złoto olimpijskie w drużynie, w Nagano. Swoją drogą, zawsze był podporą zespołu. Karierę kończył w Sylwestra 1999 roku, skacząc w nowe tysiąclecie.
Zapytany kiedyś o motywację do skakania Dieter odpowiedział:
„Wspaniałe to uczucie, kiedy człowiek jest w wysokiej formie i potrafi porwać publiczność. Lubię ten szemrzący tłum; dopinguje w czasie lotu, nagradza po wylądowaniu, dodaje otuchy. Dla tych ludzi skoczę…”.
I pewnie dlatego niemieccy kibice tak szczerze go lubili.
