Mistrzostwa Polski w skokach narciarskich w 1965 roku miały swojego bohatera. Andrzej Sztolf wspiął się wówczas na najwyższy poziom sportowy…
Nad zeskokiem zakopiańskiej Wielkiej Krokwi – słońce. Pogoda była przepiękna. W niedzielne popołudnie 21 lutego 1965 roku oczy całego narciarskiego Zakopanego wpatrzone były w Andrzeja Sztolfa. Dzień wcześniej wygrał już konkurs na Średniej Krokwi, ale teraz stawka była jeszcze większa. Drugie mistrzostwo kraju i tytuł absolutnie najlepszego skoczka w kraju.
Warunki były niemal idealne. Mróz lekko trzymał, a wiatr nie szalał, co pozwalało mieć nadzieję, że zawody przebiegną w równych dla wszystkich warunkach. Andrzej Sztolf miał komfort, którego często skoczkowi brakuje: mógł ryzykować. Jedno złoto już miał, nic nie musiał udowadniać. Ale chciał…
|Czytaj też: Jak skoczek Jan Kula bił Josefa Bradla
Równo i spokojnie
Po dwóch seriach konkursu na prowadził Józef Przybyła z WKS w Zakopanem. Sztolf był trzeci, za Ryszardem Witkem i Piotrem Walą. Decydowała trzecia próba. Nerwy dały się we znaki niektórym zawodnikom. Dla przykładu Witke spóźnił wybicie, Wala skoczył pięknie, ale za krótko by zdobyć tytuł mistrzowski. Wtedy ruszył Andrzej… pewne wybicie, wysoki pułap lotu, nienaganna sylwetka i lądowanie na 93. metrze. Kibice nagrodzili tę próbę owacją.

Wciąż jednak czekano na skok Józefa Przybyły. Ten wyszedł z progu jak z katapulty. Uzyskał taką wysokość, że przez moment wydawało się, iż przekroczy magiczną barierę stu metrów. Ale zabrakło mu „na dole”. Ostatecznie sędziowie zmierzyli mu 94 metry – najdłuższy skok dnia. Tyle że w notach za styl to Andrzej był bezkonkurencyjny. Jego spokojne i wyważone lądowanie i czysty lot przeważyły nad nerwowym dojściem do telemarku rywala. Ostateczne wyniki? Sztolf: 91,5 m, 86,5 m i 93 m – 227,8 pkt; Przybyła: 92 m, 91,5 m i 94 m – 226,2 pkt. Drugie złoto powędrowało urodzonego w 1941 roku sportowca. To był jego najpiękniejszy czas w karierze.
Ale jeszcze dzień wcześniej bohaterem Średniej Krokwi był nie tylko Sztolf. Trzeba oddać, że wybornie spisywał się Piotr Wala z Bielska-Białej. To on w drugiej serii skoczył 73,5 metra, bijąc rekord obiektu o pół metra. Poprzedni należał do Ryszarda Witke i wynosił 73 m. Wala ostatecznie skończył na trzecim miejscu, bo mistrzowski tytuł Andrzej Sztolf zdobył czym więcej niż długością skoków. Skakał równo i niespotykanie spokojnie. Jego seria: 65,5–76,5–69,0 dała w sumie 232,5 pkt i pierwsze tytuł w karierze.
|Czytaj też: Antek! Taki muzykant nart ze Szczyrku… – wspomnienie Antoniego Łaciaka
Dni z życia Andrzeja
W cieniu zwycięzcy wyrastała już nowa generacja. Młodziutki Józef Kocjan z Wisły w obu konkursach wdarł się do ścisłej czołówki, sięgając po tytuł wicemistrza Polski na Średniej Krokwi. Działacze i dziennikarze mówili o nim, że „rośnie z niego kombinator, który może sporo zaznaczyć w Europie”. Obok niego świetnie zaprezentowali się też Stanisław Murzyniak z WKS-u i junior Wiktor Sobański ze Startu.
Całe mistrzostwa z 1965 były zresztą wielkim świętem narciarzy spod Giewontu. Na trasach biegowych zwyciężali: Weronika Budna na 10 km i Józef Rysula na 30 km, a drużynowo tytuł mistrza Polski powędrował do SNPTT Zakopane. Andrzej Sztolf podbił skocznie, biegacze – trasy pod Reglami. Zakopane znów było stolicą polskiego narciarstwa, jak przed laty…

Nowy mistrz pochodził ze sportowej rodziny. Rodzice, Łucja i Tadeusz, uczyli wychowania fizycznego w szkole. On sam zimą zakładał narty, a latem widywano go na treningach lekkoatletycznych. Startował w konkurencji skoku o tyczce. Pojechał na igrzyska olimpijskie w 1964 roku.
Dwa lata później na uniwersjadzie w Sestriere zdobył srebrny medal. Tamte zawody w ogóle pełne są ciekawostek. Skocznia w Claviere była nietypowa, bowiem rozbieg znajdował się na terenie Francji, a zeskok… we Włoszech. Polak skakał na niej świetnie, ale jeszcze lepszy był pewien Japończyk. Nazywał się Yukio Kasaya i sześć lat później został mistrzem olimpijskim. Andrzej do zawodów przystąpił z kontuzją, a przed zawodami wdał się w bójkę z milicjantem, za którą był sądzony. Zdobył też tytuł „Mistera Uniwersjady”. Sporo atrakcji, jak na kilka dni wyciętych z życia…
