W 1968 roku młody Andrzej Bachleda Curuś dokonał rzeczy, które w polskim narciarstwie wydawały się niemożliwe — zajął szóste miejsce w olimpijskim slalomie, walcząc w warunkach, które złamały wielu faworytów. Kilka tygodni później udowodnił jednak, że jego największą siłą nie były tylko umiejętności, lecz sportowa uczciwość.
W 1968 roku w Grenoble nazwisko Andrzeja Bachledy Curusia wywoływało poruszenie. Gdy spiker wyczytał je z francuskim akcentem, można było wyczuć szmer. 21-letni wówczas Polak zajął szóste miejsce w slalomie specjalnym. Wynik ten, patrząc na stan rodzimych konkurencji alpejskich, brzmiał jak z innej planety. „Gratulujemy jednego z największych sukcesów w historii naszego narciarstwa!” – pisano w depeszach do narciarza. A „Przegląd Sportowy”, dzień później i na pierwszej stronie, oceniał:
„Nie wierzyliśmy, że kiedykolwiek nasz reprezentant zdoła zagrozić najwybitniejszym zjazdowcom Francji, Austrii i innych krajów alpejskich. Andrzej Bachleda, zawodnik, którego udział w Igrzyskach Olimpijskich przesądzony został niemal w ostatniej chwili, wywalczył sukces o największym ciężarze gatunkowym, sukces, który wywołał największe echo i uznanie w fachowych kołach narciarskich”.
Olimpijski sukces mimo ekstremalnych warunków
W sobotę 17 lutego 1968 roku warunki pogodowe były koszmarne. Nad trasą olimpijską wisiała mgła. Do tego uderzający w twarz śnieg i silny wiatr. Andrzej wspominał, że „zaraz po starcie nie widać było nawet najbliższej bramki”. Jean-Claude Killy – narciarz wybitny i wyposażony niczym kosmonauta, w trzydzieści par nart i zespół mierzący temperaturę śniegu – jechał po kolejny tytuł mistrzowski. Polak startował w przemoczonych butach, które po każdym przejeździe robiły się coraz miększe i cięższe. To była różnica dwóch światów.
A jednak jechał.

W pierwszym przejeździe: w gęstej mgle, przy oblodzonych tyczkach, między oślepiającymi reflektorami kamer TV, pojechał nie tylko czysto, lecz przede wszystkim szybko. Jego rytm był pewny i dynamiczny. Kilku faworytów zostało w tyle. W drugiej próbie musiał utrzymać nerwy na wodzy. Aura jeszcze bardziej dawała się we znaki. Ale… Andrzej Bachleda Curuś znów sunął wyśmienicie! Gdy z powodzeniem minął trudną bramkę, która zniszczyła marzenia niejednego konkurenta, było wiadomo, że zajmie miejsce w czołówce.
Ostatecznie był szósty. Patrząc szeroko na polskie narciarstwo, to wynik ten był wybitny! Kilka tygodni później udowodnił jeszcze, że oprócz wartości stricte sportowej daje kibicom moralny przykład.
|Czytaj też: Była godzina policyjna w Szwecji… Ingemar Stenmark kończy 69 lat
Błąd na trasie i moralna próba charakteru
Aspen. Marzec 1968 rok. Zakopiańczyk rusza na trasę slalomu specjalnego zaliczanego do klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Mknie cudownie. Bezbłędnie. Do drugiej próby podchodzi jako jeden z faworytów. Pierwszą część przejeżdża dobrze. Nagle, w ułamku sekundy zły manewr niweczy wcześniejszy wysiłek. Andrzej ominął jedną bramkę! Dojechał co prawda do mety, ale zdawał sobie sprawę, że jego szansa na dobrą lokatę prysła.
Niepocieszony zdejmuje narty i udaje się w kierunku szatni. Po drodze zaczyna zauważać dziwne zachowania ludzi. Uśmiechają się, gratulują i poklepują po ramieniu. Mógł pomyśleć, że stał się ofiarą jakiegoś żartu. Tyle, że gdy spojrzał na tablicę z wynikami zdał sobie sprawę skąd to poruszenie. Obok jego nazwiska wyświetliła się aktualna pozycja. Był czwarty.
„To pewne, że sędziowie nie zauważyli minięcia bramki” – w głowie 21-letniego narciarza wszczęła się prawdziwa wojna dobra ze złem. Z jednej strony mógł pozbierać sprzęt, uśmiechnąć się, przyjąć gratulacje i dopisać do swojego pucharowego dorobku 11 punktów. Z drugiej jednak, kłamstwo ma krótkie nogi i zapewne ktoś prędzej czy później odkryłby ten jego błąd…
|Czytaj też: Bill Johnson – amerykański narciarz, mistrz olimpijski w zjeździe z 1984 roku. Zmarł 21 stycznia
Gest fair play, który zachwycił świat
Bachleda-Curuś przeprosił otaczających go ludzi i szybko podszedł do stanowiska sędziowskiego. Tam opowiedział o całym wydarzeniu. Zdawał sobie sprawę, że zostanie zdyskwalifikowany. Ale tak przynajmniej było uczciwie. Arbitrzy nie mieli innego wyjścia i anulowali wynik Polaka. Później jednak, z prędkością błyskawicy, roznieśli wieść o tym jak honorowo się zachował. To było coś, co pozwoliło uwierzyć, że sport to coś więcej niż wyniki i medale.

Międzynarodowa prasa zamiast pisać o jego wyczynie na stoku, ze szczegółami opisała jego postawę. Wzorową postawę. Doceniło go również UNESCO, przyznając nagrodę Fair Play.
Cóż, sport to nie tylko liczby i medale…
