Jimmy Connors wprowadził do tenisa emocje. Jedni mówili o nim, że jest geniuszem kortu. Inni, że krnąbrnym buntownikiem, albo szaleńcem. Był lubiany i nielubiany. Dzielił trybuny. I o ile w kwestii odbioru jego osobowości czy zachowania na placu gry można było mieć różne zdanie, to – biorąc pod uwagę wykręcone liczby i zdobyte tytuły – bronił się.
Urodził się w 1952 roku w East St. Louis. Z tenisem związał się dzięki matce Glorii i babci Berthy, które już na początku sportowej drogi zadbały, by mały Jimmy nauczył się wszystkiego, co w tenisie najważniejsze. On dołożył do tego niespożytą energię i charakter wojownika.
Connors nie przypominał eleganckich tenisowych dżentelmenów. Zamiast grzeczności i kurtuazji wybierał intensywność, czasem wręcz pyskówkę. Kiedy wychodził na kort, czuć było napięcie, jakby szykowała się bitwa, a nie mecz. Publiczność kochała tę szczerość. Ludzie tenisa? Różnie! Część krytykowała. Ale nie brakowało i takich, którzy podziwiali. Andre Agassi mówił:
“Mogę tylko podziwiać Connorsa za to, że pozostał sobą. Nigdy się nie zmienił. Wszyscy powinniśmy być tak samo wierni sobie, tak samo konsekwentni”.
|Czytaj też: Monica Seles – atak, który wstrząsnął światem tenisa
Jimmy Connors – mistrz i showman
Lata 70. były jego złotym okresem. W 1974 roku osiągnął coś niemal nieprawdopodobnego, wygrywając trzy turnieje wielkoszlemowe: Australian Open, Wimbledon i US Open. Zabrakło mu jedynie tytułu na Roland Garros, z którego został wykluczony w kontrowersyjnych dość okolicznościach. Mówiło się, że gdyby dostał szansę, sięgnąłby po klasyczny Wielki Szlem.
Connors spędził 268 tygodni jako numer jeden rankingu ATP. To był absolutny rekord. Jego gra opierała się na potężnym forhendzie i kontratakach z linii końcowej. W erze, gdy wielu zawodników preferowało atak przy siatce, on postawił na twardą defensywę i nieustanne bieganie. To dzięki niemu tenis nabrał nowego rytmu, a wymiany stały się dłuższe i bardziej emocjonujące.

“Jimbo”, bo tak go nazywano, był nie tylko mistrzem rakiety. Był showmanem. Każdy jego gest: uniesiona pięść, głębokie spojrzenia w oczy przeciwników, krzyk po wygranej piłce, elektryzował trybuny. Nie bał się prowokować rywali ani wdawać się w słowne utarczki z sędziami. Raz, w półfinale US Open z 1977 roku, rozegranym pomiędzy Connorsem a Barazzuttim, posłał piłkę w głąb kortu. Włoski rywal stwierdził, że jest aut. Ale sędzia pokazał co innego. Barazzutti zasugerował, że na ziemnym korcie można przecież sprawdzić ślad. Prosił, by sędzia przyjrzał mu się z bliska. I wtedy Jimmy ruszył na stronę rywala, podbiegł do miejsca gdzie lądowała piłka i… butem rozmazał miejsce jej kontaktu z kortem. Rywal był w szoku. “Jimbo” otrzymał upomnienie i potem przegrał mecz.
|Czytaj też: Polki w finałach Wimbledonu. Czy Świątek przełamie barierę?
„Jestem zmęczony”
Nie brakowało też dramatycznych historii. Connors słynął z tego, że nigdy się nie poddawał. Nie raz, nie dwa w głowach kibiców już praktycznie przegrał, ale nagle potrafił odwrócić losy spotkania. Najlepszym przykładem był jego niezwykły występ na US Open w 1991 roku. Miał wtedy prawie 39 lat. Dwa lata wcześniej przeszedł poważną operację. W turnieju startował od eliminacji, od pierwszej rundy. Świat uznał go za emeryta, który próbuje oszukać kalendarz.
Tymczasem Jimmy rozgrzał nowojorską publiczność do czerwoności, spektakularnie wygrywając kolejne mecze. Dotarł aż do półfinału, a jego powrót do wielkiej formy przeszedł do historii jako “Connors’ Run”. Dla wielu kibiców to właśnie wtedy, w późnym etapie kariery, udowodnił, że jest graczem wybitnym. Po meczu półfinałowym powiedział do trybun, które stały za nim murem:
“Bardzo państwa przepraszam, jestem już zmęczony, mam do tego prawo, na tak zwany dzień dzisiejszy”.
Karierę zakończył w roku 1996. W sumie zdobył 109 tytułów singlowych. Ten rekord przetrwał dekady. Wygrał osiem turniejów wielkoszlemowych i do dziś pozostaje jednym z najbardziej utytułowanych tenisistów w historii. Ale jego wpływ to nie tylko liczby. Connors pokazał, że tenis może być rozrywką dla mas, zaś zawodnik kimś na kształt gwiazdy rocka. Był kontrowersyjny. Zdarzały mu się wybuchy złości, konflikty z organizatorami czy głośne romanse, które rozpalały prasę bulwarową. Ale… to była część jego legendy. Bo Jimmy Connors nigdy nie był nudnym mistrzem.
Pozostać sobą… do końca
Dziś, gdy mowa o wielkich tenisa tamtych lat, jego nazwisko pojawia się obok Bjorna Borga, Johna McEnroe czy Ivana Lendla. Toczył z nimi pojedynki, które wspomina się z sentymentem. Z Borgiem serwowali starcia kontrastów: spokój i opanowanie Szweda kontra ogień i żywioł Connorsa. Z McEnroe były potyczki, które raczej przypominały teatr, pełne napięć, gestów i słów. A z Lendlem? Starcia pokoleń, młodości i doświadczenia. O tym ostatnim mówił tak:
“W dużej mierze stał się numerem jeden przez porzucenie. Zobacz, Borg odszedł, ja się zestarzałem, a McEnroe’owi… mózg otępiał! Ktoś musiał być numerem jeden. Lendl wiedział, jak czekać i miał szczęście”.
Po zakończeniu kariery Connors nie zniknął z pola widzenia. Próbował sił jako trener, komentator. Napisał autobiografię, w której bez cenzury opisał swoje życie. Szczerze, z blaskami i cieniami. Do dziś pozostaje postacią barwną, niejednoznaczną, ale przede wszystkim fascynującą.
Nadal pozostał też sobą. Mówił, co myślał. Nie przejmował się konsekwencjami, ani nie zwracał uwagi, z kim lub o kim mówi. Pewnego dnia, będąc już na emeryturze, siedział przez kilka minut w szatni z zawodnikami ze światowej czołówki. W pomieszczeniu panowała absolutna cisza. W końcu wstał i zażenowany “atmosferą” rzucił w ich kierunku:
“Dziękuję! Miło się gaworzyło!”.
I trzasnął drzwiami.
A wielki rywal John McEnroe powiedział, jakby oddając mu szacunek:
“Chciałbym kochać tenis tak samo, jak Connors”.
Jimmy Connors kończy dziś 73 lata.
