Niektórzy twierdzą, że był to dzień, w którym Polka faktycznie rozpoczęła fenomenalną karierę. 22 sierpnia 2009 roku w finale konkursu rzutu młotem na berlińskich mistrzostwach świata zwyciężyła Anita Włodarczyk, ustanawiając przy okazji rekord świata (77,96 m).
Berlin na kilka sierpniowych dni stał się stolicą lekkoatletyki, a my – widzowie – mogliśmy śledzić mistrzostwa, które zapisały się w historii polskiego sportu grubą, złotą czcionką. Dwunaste już z kolei, dla nas wyjątkowe. Pełne emocji, wzlotów, ale i dramatów na ostatnich metrach, czy w ostatnich próbach.
Na berlińskim stadionie Mazurek Dąbrowskiego grany był dwukrotnie. I dwukrotnie chwile te zawdzięczaliśmy kobietom, które mimo bólu, mimo kontuzji, stanęły na wysokości zadania. Najpierw, 17 sierpnia, Anna Rogowska wzniosła się ponad poprzeczkę ustawioną na wysokości 4,75 m i została mistrzynią globu. Tuż za nią uplasowała się Monika Pyrek. Polki pokonały wielką faworytkę, Jelenę Isinbajewę, która nie zaliczyła żadnej wysokości.
|Czytaj też: Jurij Stiepanow. O jeden skok za wysoko…
Anita Włodarczyk i TEN rzut…
Sobota, konkurs rzutu młotem. Druga próba. Anita Włodarczyk wchodzi do koła i zakręca się tak, jakby w żyłach płynęła tylko energia stadionu. Młot długo szybował. Wylądował na 77 metrze i 96 centymetrze. Rekord świata! Stadion olimpijski zamarł, a potem eksplodował. Sama Anita skakała z radości tak niefortunnie, że skręciła kostkę. Do końca zawodów siedziała już z nogą obłożoną lodem. I obserwowała. Bo przecież rekord globu nie pada ot tak, codziennie. Na szóstą próbę wyszła jednak, by jako ostatnia, bo ciągle prowadząca w konkursie, zawodniczka oddać rzut symboliczny.
“Trudno zapanować nad radością w takim momencie. Zawsze uważam na siebie w kole, bo tam jest niebezpiecznie, ale trudno spodziewać się, że skręcę kostkę podskakując. Czułam jakieś niesamowite emocje. Wybuchłam, chciałam podbiec do trybun, do znajomych” – mówiła dziennikarzom.
Ale wiedzieliśmy już, że pewność bywa zgubna. W Berlinie boleśnie przekonali się o tym Tomasz Majewski i Piotr Małachowski. W pchnięciu kulą i rzucie dyskiem złoto wymknęło się im z rąk w ostatnich rzutach. Dlatego każde kolejne podejście rywalek Włodarczyk oglądało się z duszą na ramieniu. Niemka Betty Heidler, na sam koniec, rzuciła znakomicie, rekord kraju, 77,17 m. Blisko, ale nie wystarczająco. Złoto zostało w polskich rękach.
To był dopiero drugi złoty medal dla Polski na tych mistrzostwach, dziesiąty w historii całej imprezy. I znowu, dzieło kobiety. A że Berlin zapamięta tylko trzy rekordy świata: dwa biegowego fenomenu Usaina Bolta i ten jeden, nasz, biało-czerwony… tym większa chwała dla Anity Włodarczyk.
|Czytaj też: Złość, krew i spełnienie. 93. rocznica mistrzostwa olimpijskiego Janusza Kusocińskiego
Wybuch formy
Osiem medali, piąte miejsce w klasyfikacji medalowej Polaków. Do tamtej pory nigdy nie było tak dobrze. Jeszcze w 2001 roku w Edmonton cieszyliśmy się z pięciu krążków… Polska lekkoatletyka w 2009 roku miała twarz uśmiechniętej Rogowskiej, triumfującej Włodarczyk, ambitnej Żanety Glanc, która otarła się o podium, i młodego Sylwestra Bednarka, który szczęśliwie wszedł do finału skoku wzwyż, by tam poprawić rekord życiowy.
Po powrocie z Berlina bohaterowie mistrzostw nie od razu wrócili do codzienności. Najpierw czekał na nich Belweder. Prezydent Lech Kaczyński przyjął tam lekkoatletów. Wśród nich była i Anita Włodarczyk, jeszcze niedawno siedząca z obłożoną lodem kostką, a teraz stojąca w blasku fleszy i odbierająca Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski.
Sukces Włodarczyk nie przeszedł bez echa: wkrótce później sięgnęła po Złote Kolce, trofeum, które co roku trafia do najlepszych w polskiej lekkoatletyce. W tamtym sezonie nikt nie miał wątpliwości, że należą się właśnie jej.

Rok 2009 zamknęła jeszcze dwoma ważnymi wyróżnieniami. W prestiżowym Plebiscycie „Przeglądu Sportowego” zajęła drugie miejsce, ustępując tylko absolutnej legendzie, Justynie Kowalczyk. A na arenie międzynarodowej znalazła się w piątce najlepszych lekkoatletek Europy, według Europejskiego Stowarzyszenia Lekkoatletycznego.
Dla młociarki z Rawicza był to czas, w którym rozpoczynała swój złoty marsz. Trener Krzysztof Kaliszewski:
“Wtedy rozpoczęła się jej międzynarodowa kariera. Był wybuch formy. Niekończący się korowód sukcesów”.
