Zniknęła tak szybko, jak wspięła się na sportowy szczyt. Agata Wróbel to wciąż najbardziej utytułowana polska sztangistka w historii. Teraz po raz pierwszy szczerze opowiada o wszystkim, co spotkało ją w życiu: poniżaniu przez rówieśników i nauczycieli, przemocy domowej, ostrym reżimie treningowym, dopingu, zniknięciu ze świata sportu, utracie wzroku oraz czucia w rękach i nogach. „Ciężar życia” to autobiografia, w której nie ma tematów tabu i która pozwala zrozumieć, dlaczego dziś dwukrotna medalistka olimpijska walczy o przetrwanie. Premiera książki napisanej z dziennikarzem Mateuszem Skwierawskim została zaplanowana na 20.08, a 28 sierpnia o godz. 18.00 w Muzeum Sportu i Turystki w Warszawie okazja do spotkania z autorami.
Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa SQN i jest dostępna na:
https://bit.ly/historia-agatawrobel
Agata Wróbel, książka. Fragment:
Moja kariera wyglądała trochę jak praca w korporacji. Trenowałam po to, by zdobywać medale. Żyłam od treningu do zawodów, a miejsce na podium było przez trenerów traktowane jak odbicie karty w biurze. Prawdziwą satysfakcję czułam ledwie kilka razy. Na przykład w Warszawie. To złoto smakowało wyjątkowo. Pokonać Chinkę nie zdarza się często – a jeszcze przed własną publicznością? Piękna sprawa. Igrzyska też były czymś wspaniałym. Wpadłam jednak w rutynę: odhaczałam starty, zmieniałam sale do ćwiczeń i pomosty. Żyłam w takim kołowrotku przez dziesięć lat i w końcu powiedziałam „dość”.
Myślę, że każdy ma w życiu taki moment, że chce po prostu czegoś nowego z powodu zmęczenia albo wypalenia zawodowego. Ja czułam to wszystko naraz. Dodatkowo byłam zmęczona ciągłą walką z cukrzycą i kontuzjami. Czułam się jak wysłużona maszyna, w której nieustannie trzeba wymieniać części. Byłam obolała, przemęczona fizycznie i wyeksploatowana po latach treningów. Moje ciało zaczęło się zużywać. Psychika też. Mieszkałam w pracy. Na początku było to bardzo wygodne, bo na terenie ośrodka miałam wszystko pod ręką. Później wiele kwestii zaczęło mi przeszkadzać. Dopadła mnie monotonia. Trudno było mi docisnąć gaz, szukać motywacji w tym samym sosie. Byłam trybem w jakiejś machinie, zaprogramowana jak robocik. Należałam do Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów, pozbawiono mnie osobowości. Potrzebowałam jakiegokolwiek nowego bodźca.
Nic dziwnego, że przestałam to znosić, że nie potrafiłam się już zmotywować. Moje ciało było w ruinie, jak dom po huraganie. Wpadałam w małe depresje. Mało kto o tym wiedział, bo rzadko się uzewnętrzniałam. Przytłaczały mnie niepowodzenia w sporcie i w życiu. Wracały demony z przeszłości, kompleksy dotyczące wyglądu, wagi. Nieraz ktoś rzucał mi w twarz jakieś paskudne słowa, nieraz słyszałam, że jestem „wielka i brzydka”. Uśmiechałam się, ale w środku czułam smutek. Po takich doświadczeniach momentalnie odechciewało mi się kontaktu z ludźmi.

Znalazłam sposób na tłumienie bólu. Cięłam się. Żyletką, nożem. Sznyty na ciele łatwo ukryć. Na przykład owijałam je bandażami. Trochę ich miałam, wiązałam bandaże na nadgarstkach, kolanach, udach. Nie wszystkie dziewczyny z ośrodka wiedziały o moich rozterkach. Na co dzień przecież normalnie rozmawiałam, trenowałam. Nie byłam jedyna. Koleżanka z kadry też się cięła. Zawsze wybierała uda, bo pod lycrą nic nie widać. Jak ktoś cierpi, to szuka innego bólu, żeby zabić ten główny, większy. To taki tłumik, który pomaga zapomnieć o problemach. Nie chciałam ze sobą skończyć. Cięłam się tak, żeby rany nie zagrażały mojemu życiu. Miały mi jedynie pomóc. I pomagały. Niestety tylko na chwilę.
Po igrzyskach w Atenach miałam długą przerwę i nie startowałam w poważniejszych zawodach przez jakiś rok. Było ze mną trochę jak ze starym samochodem, który jeździ, dopóki nie przytrafi się pierwsza usterka. Coś się jednak w końcu psuje, a później idzie już lawinowo. Moja deska rozdzielcza paliła się na czerwono. Świeciły się ikonki: łokieć, nadgarstek, biodro. Zdrowie mi się sypało. Po igrzyskach w 2004 roku wystartowałam w zawodach raptem kilka razy. W Atenach trochę zapomniałam o bólu, adrenalina zrobiła swoje, bo bardzo chciałam tam wystąpić, ale gdy olimpijskie emocje ze mnie zeszły, to opadłam z sił ze zdwojoną mocą.
Zaczęły się operacje, rehabilitacje, później kombinowanie. I to już na treningach. Zanim wyszłam na salę, wiązałam paski na rękach, bandaże, robiłam dziesięć innych rzeczy, żeby jakoś pobudzić ciało do wysiłku – i dopiero wtedy brałam się do ćwiczeń.
|Czytaj też: Jak Henryk Trębicki zdobył olimpijski brąz
Spotkanie z Agatą Wróbel i Mateuszem Skwierawskim
28 sierpnia, godz. 18.00
Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie
ul. Wybrzeże Gdańskie 4
Na miejscu będzie możliwość wysłuchania rozmowy o książce, a także nabycia autobiografii „Agata Wróbel. Ciężar życia” z autografem.
Wstęp wolny
O książce:
W dzieciństwie przeżyła rzeczy, o których chciałaby zapomnieć. „Będziesz nikim” – słyszała wielokrotnie, nawet w domu rodzinnym. Te doświadczenia naznaczyły ją na zawsze. Mimo to już jako nastolatka stanęła na podium olimpijskim. Minęło ponad dwadzieścia lat od jej największych sukcesów i wciąż jest najbardziej utytułowaną polską sztangistką.
Agata Wróbel pojawiła się w polskim sporcie nagle, wyważyła drzwi, momentalnie stała się zawodniczką światowej klasy, mimo że wcześniej przerzucała tylko kamienie w rzece. Równie nieoczekiwanie zeszła ze sceny. Na swoich zasadach, po angielsku. Po prostu zniknęła.
Śmierć matki wywróciła jej życie do góry nogami. Straciła zapał, podupadła na zdrowiu. A sport wystawił jej ogromny rachunek: traci wzrok, czucie w rękach i nogach. Do tego wpadła w długi i depresję. Po latach życia w biedzie stara się wszystko uporządkować.
W spisanej przez Mateusza Skwierawskiego autobiografii wraca do pięknych sportowych chwil, szczerze rozlicza się ze sobą i opowiada otwarcie o rzeczach, które dotąd trzymała w ścisłej tajemnicy. Chce, by czytelnicy zrozumieli, co doprowadziło ją do obecnego stanu. Dźwiga życiowe ciężary, znacznie większe niż w czasie kariery. I walczy. Jeszcze nie upadła.
Książkę znajdziecie na: https://bit.ly/historia-agatawrobel
Książkę polecają:
Agata sprawiała wrażenie profesjonalnej, skupionej na starcie, ale jednocześnie zamkniętej w sobie. Jest twardą osobą, ale jak każdy z nas mierzyła się i mierzy ze swoimi słabościami. Sport uczy nas walczyć z przeciwnościami, ale czasem zmusza też do ukrywania emocji. Efekt bywa różny. Agata pokazuje w tej książce siebie i dowodzi, że mimo wszystkich życiowych ciężarów zawsze walczy do końca.
Otylia Jędrzejczak
Wstrząsająca opowieść, choć nie nadużywa się w niej wielkich słów. Agata Wróbel opisuje swoją drogę od dziecka wytykanego palcami przez olimpijskie medale do najtrudniejszej próby: zderzenia z normalnym życiem. Najsilniejszą Polkę przygniatały sprawy najprostsze i jak to w sporcie bywa, brakowało obok ludzi, którzy by to dostrzegli w porę.
Paweł Wilkowicz
Mateusz otworzył jedną z najbardziej zamkniętych postaci polskiego sportu. To mocna historia, mocna i bardzo smutna. Ciężary, jakie Agata dźwigała na zawodach, były niczym w porównaniu z tymi, jakie na jej barki wkładało życie.
Michał Kołodziejczyk, dyrektor redakcji CANAL+ Sport

Agata Wróbel przez lata milczała, a ci, którzy próbowali ją opisać, szukali sensacji. Mateusz Skwierawski zrobił coś odwrotnego: przyszedł, by wysłuchać. Dzięki temu powstała książka głęboka, szczera i poruszająca – o cenie chwały i samotności po medalu.
Paweł Kapusta, redaktor naczelny Wirtualnej Polski
Wybitna sztangistka dźwigała ciężary całe życie. Nie tylko na pomoście. Życiorys Agaty Wróbel to historia biedy, cierpienia, kompleksów, bólu, ale tez radości i triumfu. A to wszystko w absolutnie porywającej autobiografii, zdecydowanie jednej z najlepszych sportowych książek, jakie pojawiły się na polskim rynku.
Marek Wawrzynowski, Przegląd Sportowy Onet, autor książki Wielki Widzew

