Trudno o nim pisać, nie zaznaczając najpierw, jak mocno jest zapomniany. Niegdyś wielki talent, później świetny zawodnik i trener. Dziś sparaliżowany i przykuty do wózka starszy człowiek. Nigdy tego nie robiłem. Na tej stronie opisywałem historie sportowców, wydarzeń, czasem sprzętu lub obiektów. Były filmy, konkursy. Nigdy jednak nie prosiłem o pomoc. Dziś jest ten pierwszy raz. Jakiś czas temu w skrzynce odbiorczej pojawiła się wiadomość z prośbą o wsparcie ciężko chorego, byłego sportowca. Był nim Edward Fender – wicemistrz świata w saneczkarstwie z 1963 roku.

 

 

Pamiętny sześćdziesiąty trzeci

 

Imst – miasto powiatowe w zachodniej Austrii. Rok 1963. Para Fender-Pawełkiewicz mknęła w kierunku mety. Trwały mistrzostwa świata w saneczkarstwie. Zawodnicy LZS Mikuszowice – wbrew logice i niekiedy zdrowemu rozsądkowi – finiszowali z drugim czasem. Srebrny medal stał się faktem. Ci, którzy znali obu sportowców wiedzieli, że sukces ten nie jest dziełem przypadku. Mieczysław Pawełkiewicz i Edward Fender rozumieli się od pierwszego wspólnego ślizgu. W środowisku przylgnęła do nich łatka tych, którzy nie mają w zwyczaju zwalniać. Wtedy, w 1963 roku, taki styl pomógł bowiem lodowy tor w Imst był szybki i trudny. Bardziej niż technika i sprzęt, liczyły się brawura i odwaga. Tych Polakom nie zabrakło. Warto zaznaczyć, że mistrzostwo świata zdobyła wówczas inna biało-czerwona para: Ryszard Pędrak-Janowicz i Lucjan Kudzia, a brązowy medal w damskich jedynkach wywalczyła Janina Susczewska. Polska była wówczas potęgą. Jakby na przekór szarej, saneczkarskiej codzienności.

Edward Fender na torze

Edward Fender na torze źródło własne

Edward Fender urodził się w Bielsku (właściwie to w Bielitz, trwała przecież II wojna światowa), w 1943 roku. W młodości jeździł na nartach i grał w siatkówkę. Sport nie był mu obojętny, nie powinien zatem dziwić fakt, że przyjął propozycję brata Józka, notabene wybornego konstruktora sanek , który namawiał go do jazdy. Pierwsze ślizgi dały mu sporo frajdy. Na zboczach Koziej Góry w Bielsku-Białej rozpoczął treningi. Tamtejszy tor, swego czasu jeden z najdłuższych w Europie, pozwolił mu szlifować talent. A ten był niezwykły: Edward jeszcze jako junior został mistrzem Polski w saneczkarskich dwójkach. Ktoś mógłby mu zarzucić, że to jego doświadczony partner „zrobił robotę”. Ale to nieprawda. Edek szybko chciał sprowadzić sceptyków na ziemię. Więcej! Młodym bielszczaninem z MKS-u  straszono starych,  saneczkarskich wyjadaczy. To się nazywało wejście smoka! Nie wszystkim jednak przebojowość Fendera przypadła do gustu. Na tamtej imprezie szybko poznał, jak srogi może być sport. W konkurencji jedynek uzyskał rewelacyjny wynik, który dałby mu pewnie mistrzostwo kraju, gdyby nie kontrowersyjna decyzja „sędziów-niedowiarków”. Panowie operujący ręcznym stoperem zorganizowali Fenderowi  powtórny ślizg, gdyż nie mogli uwierzyć, że taki młokos, może wykręcić tak doskonały czas. Przed drugą próbą zabrał ciężkie sanki na plecy i ruszył w dwukilometrową podróż na linię startu. Zmęczony i podłamany psychicznie saneczkarz ruszył. Jechał szybko, ale wystarczyło to „tylko” na brązowy medal. Kilka minut po dekoracji podszedł do jednego z arbitrów i zapytał dlaczego w protokołach nie zapisano wyniku z pierwszego ślizgu. Mężczyzna oznajmił mu, że przecież nie mógł pokonać mistrza świata – Jerzego Wojnara. Był na to zbyt młody, a jego czas miał dopiero nadejść. Od tamtej pory często buntował się, twierdząc, że jego wiek ni jak ma się do dyspozycji na torze. Uważał, że od wielu starszych saneczkarzy jest po prostu lepszy. Miał rację, ale za niesubordynację go zawieszono. Na miesiąc.

 

Rok 1963 to nie tylko srebrny medal mistrzostw świata. Dwudziestoletni zawodnik, pierwszy raz zetknął się wtedy z wielką polityką w sporcie. Rzecz miała miejsce w Krynicy, gdzie polscy saneczkarze przyjęli Amerykanów.

 

„ Trenowaliśmy w Krynicy. Po jakimś czasie dołączyli do nas amerykańscy – jak się nam wydawało – zawodnicy. Nie pamiętam ilu ich było, ale każdemu Służba Bezpieczeństwa przypisała osobnego agenta. Łazili za nimi wszędzie. Skąd to wiem? A no poznałem tam jedną dziewczynę. Wydawała mi się starsza, ale pewności nie miałem. Swoimi wątpliwościami podzieliłem się z towarzyszącym nam facetem. Myślałem, że to może związek go przysłał i będzie coś więcej wiedział. No i faktycznie, wiedzę to on miał! Zabrał mnie do swojego pokoju i wyciągnął jej paszport. Pokazał mi jej datę urodzenia, ale nie zaspokoił mojej ciekawości. On ją wtedy spotęgował! Zapytałem go, skąd do licha ma te dokumenty? On mi na to, że się nią opiekuje, że każdy Jankes ma opiekuna. Zrozumiałem co jest grane. Wyszedłem z pokoju i trzasnąłem drzwiami. Chociażbym chciał, to nigdy nie poszedłbym z tą Amerykanką na randkę we dwoje. No nie dało się! Przyzwoitka z SB ciągle czaiła się za plecami. Nie zmienia to jednak faktu, że goście z USA byli naprawdę w porządku. Polubiliśmy się. Wymieniliśmy adresy. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że to byli żołnierze stacjonujący w RFN. Ale najlepsze było to, że rok później spotkaliśmy ich w Innsbrucku. Po wymianie przyjacielskich uścisków poszliśmy do knajpy. Tam – wiadomo – wlewało się do gardła. Były rozmowy, żarty, ale z czasem w czubie było też sporo procentów. No i Jankesom odwaliło. Poczuli się jak u siebie w domu i ruszyli na przejażdżkę po mieście. Ta zakończyła się bójką z austriackimi policjantami i aresztowaniem. Twarze towarzyszy z USA zdobiły nazajutrz okładki gazet. Oj, dobrze, że z nimi nie pojechałem”.

Tor saneczkowy w Krynicy. Lata 50-te

Tor saneczkowy w Krynicy. Lata 50-te XX wieku. źródło: https://fotopolska.eu/


 

 

 

Innsbruck 1964: jedyne igrzyska

 

Igrzyska to impreza, o której marzą sportowcy na całym świecie. Po latach z nostalgią i dumą wspominają. Jak to wyglądało w przypadku naszego bohatera?

 

„ Po latach twierdzę, że w przygotowaniach do tamtej, ubogiej w śnieg imprezy, popełniono kilka błędów. No bo weźmy samo podejście do igrzysk. Wśród saneczkarzy nie miały one należytej im renomy. W 1964 roku dopiero debiutowaliśmy i w zasadzie nikt nie wiedział czego się spodziewać. Niepewność dała się we znaki również związkowym decydentom. Zamiast pozwolić nam trenować w Polsce, chociażby w Krynicy, gdzie był porządny tor, wysłano nas do Austrii już miesiąc przed imprezą. Miesiąc! Kilkunastu młodych, ciekawych świata gości, pozostawionych pięćset kilometrów od domów. Możecie tylko domyślać się, co tam się wyprawiało. Nie do końca profesjonalnie zabijaliśmy nudę – że tak to kształtnie ujmę. Z resztą wcześniej nieco już o tym napomknąłem”.

 

Edward Fender tamtą imprezę chciał też wymazać z pamięci z innych względów, o czym wspomniał w wywiadzie dla sport.onet.pl:

 

Rok później pojechał pan do Innsbrucka na igrzyska olimpijskie. Spełnienie marzeń?

Gdzie tam… Najchętniej w ogóle bym o tym zapomniał. Kilka tygodni przed igrzyskami zniknęły sanki, które dostałem od związku. Pytam kierownika „Gdzie są”, a on „A co się pytasz?”. I tak bym na nich nie startował, bo miałem lepsze, prywatne, ale wiedziałem, że będą mnie z nich rozliczać. Przyjeżdżam do Innsbrucka, a tam na moich sankach startuje Anglik. Okazało się, że ktoś z naszej ekipy podprowadził te sanki i sprzedał za 300 dolarów. Jak można zrobić coś takiego zawodnikowi tuż przed ważnym startem?

Jak poszło Anglikowi na kradzionych sankach?

Rękę złamał. To był klarnet, nie potrafił jeździć. Mr Barclay, producent whisky. Przez cały czas chodził nawalony. Warto wiedzieć, że w 1964 roku na sankach potrafili jeździć Niemcy, Austriacy, Polacy i trochę Włosi, reszta to byli statyści. Na kradzieży wiele nie straciłem, bo ten Anglik przywiózł swoje sanki, tylko nie potrafił ich zmontować. Ciepnął gdzieś w kąt, gdzie znalazł je mój brat, świetny mechanik od sanek. To były RFN-owskie nówki! W ten sposób wymieniliśmy się sankami, bo ja w końcu wystartowałem na tych znalezionych…[1]

 

Ostatecznie rywalizacji olimpijskiej w jedynkach nie ukończył. W parze z Mieczysławem Pawełkiewiczem zajął siódme miejsce.

 

 

Tor w Mikuszowicach autor filmu: airgorgol

 


 

 

 

Saneczkarstwo – sport różnych tragedii

 

Polskie saneczkarstwo w latach sześćdziesiątych – mówiąc łagodnie – nie było fachowe. Zacznijmy od tego, że zawodnicy nie koncentrowali się tylko i wyłącznie na sporcie. Edward, z zawodu mechanik samochodowy, najpierw musiał poluzować dziesiątki śrub, zbrudzić ręce ciężko zmywalnym smarem, naprawić uszkodzoną chłodnicę, a dopiero później myślał o zawodach. Na treningi dojeżdżał po pracy. Nierzadko wykończony. Gdy w końcu został stałym członkiem biało-czerwonej kadry, z finansową pomocą przyszedł związek. On i pozostali reprezentanci, okazując odpowiednie zaświadczenia, przedstawiali działaczom kwotę, którą stracili startując w zawodach. Owe starty wiązały się oczywiście z nieobecnością w pracy. Związek wszystko wyrównywał, ale załatwienie tej sprawy wymagało solidnego poświęcenia. Gdy saneczkarzowi „zgadzało się” zaplecze finansowe, mógł ruszyć na trening. Tutaj, a jakże by inaczej, również napotykał ograniczenia. Ot chociażby brak szkoleniowców – takich pełną gębą. Trenerami nazywano wówczas organizatorów zajęć lub starszych stażem zawodników. Saneczkarze potrzebną wiedzę zdobywali sami. Najczęściej w trakcie obserwacji. A obserwowali wszystko i wszystkich: konkurentów, kumpli w czasie treningów i zawodów, sprzęt, sposoby jego konserwacji. Pomiędzy polskimi saneczkarzami niemal bez przerwy trwały dyskusje: ktoś komuś podpowiadał, a innym razem robił wyrzuty. Nikt się jednak nie obrażał. Taka trudna organizacyjnie sytuacja i świadomość, że koledzy z toru pójdą za sobą w ogień (choć bardziej pasuje tu w lód), sprawiała, że rodziły się bliższe relacje. Niekiedy przyjaźnie. Jedna z nich dość prędko i tragicznie została zakończona.

 

Po latach startów, które nie przyniosły sportowych sukcesów i często kończyły się kontuzjami, Fender musiał zestawić swoją karierę i sukcesy z zagrożeniem jakie niósł uprawiany przez niego sport. W sytuacji tej postawiły go wydarzenia z 1969 roku, z niemieckiego Schönau am Königssee, gdzie odbywały się mistrzostwa świata. W konkurencji jedynek startowało kilku Polaków. Wśród nich znalazł się dobry kolega Edwarda – Stanisław Paczka. Był 1 lutego, gdy 24-letni wówczas Staszek pędził po niezwykle szybkim i pełnym trudnych wiraży torze. Na jednym z nich, przy prędkości grubo powyżej 100 km/h, siła odśrodkowa wyrzuciła go poza trasę. To nie mogło skończyć się dobrze. Młody saneczkarz uderzył głową w drzewo. Zginął na miejscu. Jego koledzy z kadry bardzo przeżyli tamtą śmierć. Na znak żałoby wycofali się z dalszej rywalizacji. Srebrny medalista mistrzostw świata z 1963 roku tak opisuje tamte, trudne chwile:

 

„ Przed tym feralnym Königssee nikt, absolutnie nikt, nie powiadomił nas, że Niemcy przebudowali tor, tworząc prawdziwego lodowego kolosa. My tu w Polsce trenowaliśmy na zupełnie innych obiektach. Na innym typie sanek. Po przyjeździe do RFN stanęliśmy jak wryci. Po pierwszych ślizgach, do których przystąpiłem z kontuzją żebra, podszedłem do Janusza Wojtyńskiego  i odmówiłem startu w zawodach. W czasie treningowej jazdy oddychanie sprawiało mi straszny ból, do tego doszła piekielna prędkość. Traciłem świadomość. Naprawdę. Były momenty, że nie kontrolowałem sytuacji. Staszek pojechał. Poprosił mnie wcześniej, żebym na jednym z wiraży przypatrzył się jego próbie. Chciał coś skorygować, bo nie ukrywał, że celuje w medal. Prędko sunął po tym torze. Na jednym z zakrętów wyleciał i wpadł na drzewo. Uderzył głową. Zginął na miejscu. Ta śmierć nami wstrząsnęła. Kiedy odchodzi członek saneczkarskiej rodziny jak Staszek, czy rok wcześniej Czesiek Ryłko, albo Paweł Ryba w Mikuszowicach, w 1985 roku człowiek zastanawia się, jaki to ma sens. Uwierzcie mi, zobaczyć na własne oczy śmierć kolegi, takiego pasjonata… brakuje mi słów, żeby to opisać. Ja z tymi obrazkami musiałem żyć. Jako saneczkarz i jako człowiek.”

 

 

Śmierć Stanisława Paczki autor filmu: Ted Tedowski

 


 

 

 

Trener, zawodnik i budowniczy

 

Edward stanął na rozdrożu. Jeśli ktoś raz poczuł smak sportowej rywalizacji, wie jak trudno ot tak ją rzucić. Z drugiej strony jeden błąd mógł ją definitywnie zakończyć. Fender mimo, zwątpienia pozostał czynnym zawodnikiem. Jeździł jeszcze długie lata. Był takim saneczkarskim odpowiednikiem „grającego trenera”. Do 1984 roku rywalizował, chociaż wcześniej został odsunięty od reprezentacji. Odnosił też kilka sukcesów. Równocześnie przekazywał swoją ogromną wiedzę i doświadczenie młodszym pokoleniom. Został też budowniczym. Razem z kolegą Janem Tomerą i grupą znajomych, w 1977 roku rozpoczął budowę naturalnego toru saneczkowego w Szczyrku. Obiekt powstały nieopodal Przełęczy Karkoszczonka, w dzielnicy Biła, tworzono metodami chałupniczymi. Sporo materiałów i usług załatwiało się po znajomości. Ale było warto – zawodnicy ślizgali się na nim prawie trzy dekady. W 1977 roku rozpoczął pracę z kadrą narodową saneczkarzy na torach naturalnych. Pracę zakończył w 1983 roku. Jedna z podopiecznych tak go wspomina:

 

„Edward Fender był moim trenerem w BBTS-ie Włókniarz Bielsko-Biała. To był człowiek oddany temu, co robi. Dobry i pomocny. Potrafił też być wymagający. Pamiętam jak długo jeździł. Miał chyba czterdziestkę na karku, a sanki nadal go bawiły. Prawdziwy, sportowy pasjonata.”

Tor saneczkowy w Szczyrku

Tor saneczkowy w Szczyrku źródło: jastrzab.szczyrk.pl

Saneczkarstwo, jak wiele innych, popularnych niegdyś dyscyplin sportowych nie odnalazło się w polskiej, pokomunistycznej rzeczywistości. Naturalne tory zostały zamknięte lub zniszczone, sekcje rozwiązane. Ludzie też poodchodzili.  Choć kilka lat wcześniej nikt nie rozważał takiej ewentualności. Ba! W 1981 roku ludzie z Okręgowego Związku Sportów Saneczkowych z Bielska-Białej planowali budowę nowoczesnego, lodowego toru. Koszt inwestycji oscylował w okolicy ówczesnych 20 milionów złotych. Tyle, że na koncepcji się skończyło. W latach osiemdziesiątych i później, wiele dyscyplin trafiło do lamusa. Edward Fender przyczyn tego zjawiska upatruje głównie w pieniądzach. Ściślej mówiąc – w ich braku:

 

„ W czasach moich startów to państwo finansowało sport. Chociażby poprzez GKKFiT i niektóre resorty sportowcy lub trenerzy otrzymywali stypendia. Pamiętam, jak w 1981 roku zdobyłem tytuł mistrza Polski. Miałem wtedy 38 lat! Po zawodach podszedł do mnie znajomy i powiedział, że przyznano mi osiem tysięcy złotych stypendium. Czterdziestoletniemu zawodnikowi podarowano pieniądze na rozwój! Dodam jeszcze, że jako mechanik samochodowy w bielskiej „Bewelanie” zarabiałem sześć tysięcy.  Jeszcze częściej jednak było tak, że zdolni juniorzy zdobywali tytuły na krajowym podwórku i z marszu zarabiali więcej niż pracujący latami rodzice. Takie to były czasy. Później, po przemianach ustrojowych, nastąpiły też zmiany w całym systemie zarządzania sportem. Tej próby saneczkarstwo i wiele innych dyscyplin nie wytrzymało. Ale nie powinno to dziwić. Wszak kolejne rządy mocowały się z problemami gospodarczymi. Z inflacją. Brakowało kasy, a w sporcie to sprawa fundamentalna. Pasją i dobrymi chęciami nie zapłacisz przecież za sprzęt, wyjazd, trenera czy obiekt treningowy. Na początku lat dziewięćdziesiątych były ważniejsze potrzeby. I nie powinno to dziwić. Cieszę się jednak, że dziś sporo przedsiębiorców wspiera sportowców. Choć czasami ta studnia nie ma dna” .

 


 

Choroba, która wszystko zabrała

 

Może dlatego Edward Fender nie znalazł się na czołówkach gazet, gdy w 2006 roku rozpoczęła się jego walka z chorobą. Zaczęło się nagle. Pewnego dnia stracił czucie w palcu prawej nogi. Po jakimś czasie nie czuł całej kończyny. Kuśtykając odwiedzał lekarzy. Nikt nie wiedział co mu dolega. Koniec końców musiał usiąść na wózku inwalidzkim. Stracił czucie od pasa w dół. Rozpoczęła się długoletnia walka o powrót do sprawności. Walka, która trwa do dziś. Człowiek, który szczycił się swoją sprawnością i jeszcze jako pięćdziesięciolatek potrafił przejechać trzystukilometrową trasę na rowerze, musiał pogodzić się z faktem, że jest zależny od innych. Najgorsze jest jednak to, że do końca nie było wiadomo co dolega byłemu wicemistrzowi świata. Początkowo sądzono, że to chwilowy niedowład, spowodowany kontuzją odniesioną na torze, a który z czasem powinien ustąpić. Niestety pozytywne rokowania pękły jak bańka mydlana w zderzeniu z ostrą rzeczywistością. Po wizycie u specjalistów w Katowicach okazało się, że choruje na polineuroradikulopatię – chorobę układu nerwowego. Edward, pomimo przeogromnych trudności, przyjął swoją chorobę z pokorą. Podobnie postąpiła jego żona – Krystyna. Dziś oboje starają się walczyć. Choć jest coraz trudniej, czasem pojawiają się też różne myśli. I brak pieniędzy. Walka o powrót do zdrowia wiąże się bowiem ze sporymi kosztami. Małżeństwo Fednerów stać by raz w tygodniu  opłacić rehabilitację. To jednak za mało. Zabiegów powinno być więcej. Do tego trzeba kupić lekarstwa. Pani Krystyna zdaje sobie z tego sprawę, ale wie też, że mąż – jak na sportowca przystało – jest ambitny i honorowy. Nie skarży się i może przez to sporo osób o nim zapomniało. Ma jednak marzenie. Chciałby jeszcze raz w życiu przejść kilka kroków. Bez niczyjej pomocy.

Edward Fender obecnie

Edward Fender obecnie


 

Źródła:

 

[1] https://sport.onet.pl/zimowe/bobsleje-i-sanki/przez-mechanika-nie-zdobylem-medalu/mq5hk

 

A. Tajner: Legendy polskiego sportu

 


 

Byłemu olimpijczykowi saneczkarzowi, trenerowi i budowniczemu możemy wspólnie pomóc. Klikając przycisk „CHCESZ POMÓC? KLIKNIJ TUTAJ” zostaniemy przeniesieni na stronę fundacji, której jest podopiecznym. Możemy tam wpłacić dowolną kwotę, na pomoc w jego leczeniu, bądź dowiedzieć się,jak przekazać 1% podatku na rzecz saneczkarza.

 

DO DZIEŁA!

 

Tomek Sowa

Tomek Sowa

autor

Ciągle jeszcze młody, 30–letni twórca strony, na której jesteś. Mąż Aliny
i ojciec Antka i Franka, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

 

Podziel się: