Fair play. Postawa, którą można skraść serca milionów. W historii sportu – na szczęście – znajdziemy wiele przykładów pięknego, ludzkiego zachowania. Dziś przeczytasz o trenerze, który pomógł rywalowi. Poznasz Ryszarda Szurkowskiego z nieco innej strony, a także dowiesz się jak dwóch przyjaciół zagrało na nosie Hitlerowi.

Trener z klasą

 „To igrzyska. Chciałem, by z godnością minął linię mety” – tak trener kanadyjskich biegaczy Justin Wadsworth, opisał swoje zachowanie.

Soczi, rok 2014. Półfinałowy sprint mężczyzn. Rosjanin Anton Gafarov w czasie zjazdu przewraca się i łamie nartę. Wszystko obserwuje rzeczony szkoleniowiec z Kanady, który widząc walczącego nie tylko ze sobą, ale i ze sprzętem Rosjanina, postanawia mu pomóc… Sport. W czystej postaci.


 

Sztuką jest się przyznać 

Polacy również potrafili porządnie się zachować. Pierwszy Polak, którego UNESCO uhonorowało nagrodą „Fair Play”, człowiek, który udowodnił, że w sporcie nie można osiągać wyników za wszelką cenę. Nazywał się  Andrzej Bachleda-Curuś i jeździł na nartach.

Wszystko działo się w Aspen. Był marzec, 1968 roku. Zakopiańczyk ruszył na trasę slalomu specjalnego zaliczanego do klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Mknął cudownie. Bezbłędnie. Do drugiej próby podchodził jako jeden z faworytów. Pierwszą część przejeżdża dobrze. Nagle, w ułamku sekundy zły manewr zniweczył wcześniejszy wysiłek. Andrzej ominął jedną bramkę. Dojechał co prawda do mety, ale zdawał sobie sprawę, że jego szansa na dobrą lokatę prysła. Niepocieszony zdjął narty i udał się w kierunku szatni.

 Coś jednak było nie tak. Po drodze zaczyna zauważać dziwne zachowania ludzi. Uśmiechają się, gratulują i poklepują po ramieniu. Mógł pomyśleć, że stał się ofiarą jakiegoś żartu. Tyle, że gdy spojrzał na tablicę z wynikami zdał sobie sprawę skąd to poruszenie. Obok jego nazwiska wyświetliła się aktualna pozycja. Był czwarty.

Andrzej Bachleda-Curuś źródło: Podhalański Serwis Informacyjny WATRA

Andrzej Bachleda-Curuś źródło: Podhalański Serwis Informacyjny WATRA

„To pewne, że sędziowie nie zauważyli minięcia bramki” – w głowie 21-letniego narciarza rozegrała się  prawdziwa batalia dobra ze złem. Z jednej strony mógł pozbierać sprzęt, uśmiechnąć się, przyjąć gratulacje i dopisać do swojego pucharowego dorobku 11 punktów. Z drugiej jednak, kłamstwo ma krótkie nogi i zapewne ktoś prędzej czy później odkryłby jego błąd…

Bachleda-Curuś przeprosił otaczających go ludzi i szybko podszedł do stanowiska sędziowskiego. Tam opowiedział o całym wydarzeniu. Zdawał sobie sprawę, że zostanie zdyskwalifikowany, ale tak przynajmniej było uczciwie.  Arbitrzy nie mieli innego wyjścia i anulowali wynik Polaka. Tyle, że z szybkością błyskawicy roznieśli wieść o tym jak się zachował. To było coś, co pozwoliło uwierzyć, że sport to coś więcej niż wyniki i medale.

Międzynarodowa prasa zamiast pisać o jego wyczynie na stoku, ze szczegółami opisała jego postawę. Wzorową postawę. Doceniło go również UNESCO


 

Bierz mój rower!

Kolejny wielki, polski sportowiec. Kolejny, który ponad wszelkie medale i rywalizacje stawiał poszanowanie zasad „fair play”. Ryszard Szurkowski, jeden z najlepszych polskich kolarzy również został laureatem nagrody fair play UNESCO.

Ryszard Szurkowski - legenda polskiego kolarstwa

Ryszard Szurkowski – legenda polskiego kolarstwa

Sierpień, rok 1970. Trwał wyścig o mistrzostwo Polski. Mniej więcej na setnym kilometrze rower Zygmunta Hanusika uległ awarii. Wóz techniczny kolarza był daleko w tyle. Świadomy swojej kiepskiej sytuacji Hanusik powoli żegnał się z zawodami. Wtedy stało się coś nieoczekiwanego i pięknego jednocześnie. Do będącego w kłopotach rywala podjechał Ryszard Szurkowski i krzyknął:

Bierz mój rower rezerwowy!

Jego wsparcie techniczne znajdowało się zdecydowanie bliżej. Zamiana sprzętu przebiegła błyskawicznie i obaj zawodnicy wrócili na trasę. Wśród kibiców Ryszarda nie brakowało jednak sceptyków. Zastanawiali się, co zrobi gdy to jego rower odmówi posłuszeństwa? Przecież nie miał na wymianę innego! Na przekór malkontentom, los był dla pomocnego kolarza łaskawy. Szurkowski, na swoim rowerze dotarł do mety na piątym miejscu. A zwyciężył – i tu uwaga – HANUSIK. Został tym samym mistrzem Polski – na pożyczonym rowerze. Gdy bohater tamtych wydarzeń odbierał nagrodę fair play UNESCO powiedział do zgromadzonych w paryskiej sali:

„Byłem bardzo wzruszony, gdy dowiedziałem się o przyznaniu mi tej nagrody i jednocześnie zażenowany, gdyż uczyniłem jedynie to, co czynić powinien każdy sportowiec. Straciłem wówczas zwycięstwo i tytuł mistrza Polski – to prawda, ale zyskałem przyjaciela. Sądzę, że trzeba wyżej cenić ludzką przyjaźń, niż medale i dyplomy mistrzowskie. Przyrzekam, że do końca mej kariery sportowej zawsze będę postępował z zasadami fair play”.

Cóż, jak powiedział – tak zrobił.


Polaka nie kupisz

Pozostańmy jeszcze przy polskich sportowcach. Kibice piłki ręcznej znają zapewne historię Michała Lijewskiego,  który otrzymał ofertę gry w reprezentacji Kataru. Zapewne mocno zdziwił bogatych szejków, gdy grzecznie odmówił i zamiast petrodolarów wolał grać z orzełkiem na piersi. I wiecie co? Pan Michał nie był pierwszym, który odmówił.

Lipiec, rok 2005. Polski pływak, Bartosz Kizierowski zdobywa brązowy medal mistrzostw świata. Sukces w Montrealu poszerzył grono jego kibiców. Ale to co zrobił kilka tygodni później docenili nie tylko fani sportu.

Bartosz Kizierowski źródło: www.dobrzyludzie.pl

Bartosz Kizierowski źródło: www.dobrzyludzie.pl

W sierpniu 2005 roku Bartosz otrzymał dość nietypową propozycję. Katarscy działacze zaoferowali wychowankowi Polonii Warszawa 200 tysięcy euro rocznie, za reprezentowanie barw tego kraju na igrzyskach olimpijskich w Pekinie. Zawodnik odmówił. Nie wyobrażał sobie startu pod flagą innego państwa. Za tę postawę PKOL przyznał mu główna nagrodę w klasyfikacji fair play za 2005 rok.

No i jaki sens ma teraz powiedzenie: kto bogatemu zabroni?


Rywalowi na ratunek

Legendą sportu zostaje się nie tylko za sprawą fenomenalnych rezultatów. Postawą, nazwijmy to „około sportową” można zaskarbić sobie serca kibiców. Wie coś o tym Ayrton Senna – brazylijski geniusz Formuły 1.

28 sierpnia 1992 roku. Tor Circuit de Spa-Francorchamps w belgijskim miasteczku Stavelot. Trwa trening przed Grand Prix Belgii. Wśród rywalizujących kierowców swoją maszynę sprawdza Francuz Érik Comas. W pewnym momencie traci kontrolę nad swoim Ligier-Renault i rozbija go.

Tuż za nim jedzie trzykrotny mistrz świata – Ayrton Senna. Widząc co spotkało kolegę po fachu, zatrzymuje się i biegnie w stronę poszkodowanego. Kolejne bolidy mijają miejsce wypadku, a Brazylijczyk szybko udziela – nieprzytomnemu Comasowi – pierwszej pomocy. Wyłącza też silnik jego bolidu. Kilka minut później na miejsce przybywają służby medyczne, ale tak naprawdę to sprawna i zdecydowana reakcja Senny ratuje Érika z większych tarapatów. Po latach z resztą Francuz stwierdził, że uratował mu życie. W jednym z wywiadów tak opisał tamto nieszczęśliwe wydarzenie:

„Miałem pecha być pierwszym na zakręcie. Dalej nic już nie pamiętam, ponieważ uderzyłem bezpośrednio w barierę. Nie mam wspomnień z tego momentu, są obrazy, które widziałem później. Moja pamięć zatrzymała się na kilka sekund przed tą katastrofą, a przednie lewe koło samochodu roztrzaskało mi głowę po prawej stronie. To mnie znokautowało. Jak KO w boksie. Samochód następnie wrócił na środek toru, ale – już nieświadomie – ciągle przyspieszałem, trzymałem mocno wciśnięty pedał gazu. Byłem nieprzytomny. Ayrton gdy tylko do mnie dojechał, pierwsze co musiał usłyszeć to ten szalony dźwięk wytwarzany przez silnik, który kręcił od 7000 do 8000 obrotów na minutę.Zatrzymał swojego McLarena i na własne ryzyko przyszedł do mojego samochodu. Zgasił motor. Nawet z żółtymi flagami było bardzo niebezpiecznie, szukał wyłącznika i zatrzymał silnik, uniemożliwiając jego spalenie, a nawet wybuch.Po uderzeniu na pewno wyciekło paliwo, więc ryzyko takiego obrotu spraw było wysokie. Po kilku sekundach Ligier mógł eksplodować. Tym samym, Ayrton Senna uratował mi życie. Tak, ten wielki kierowca zrobił to.”


Na przekór Hitlerowi

Wspomniałem wcześniej o sportowej przyjaźni Ryszarda Szurkowskiego i Zygmunta Hanusika. Jak to możliwe, że w dziedzinie życia, w której rywalizacja i chęć pokonania przeciwnika najczęściej „bierze górę” rodzą się znajomości, które potrafią przetrwać lata? Częściowym wyjaśnieniem powinna być historia dwóch olimpijczyków z Berlina.

4 sierpnia 1936 roku, w czasie wspomnianych igrzysk olimpijskich w Berlinie, legendarny Jesse Owens walczył o swój drugi złoty krążek, o mistrzostwo w skoku w dal. Jego głównym konkurentem był Niemiec: wysoki, blondwłosy i niebieskooki Luz Long. Jakaż radość musiała przelewać się przez umysł wąsatego dyktatora, gdy obserwował reprezentanta III Rzeszy. Long spokojnie zakwalifikował się do finału, a czarnoskóry Amerykanin spalił dwie pierwsze próby. Hitler i jego świta (czytaj lizusy) piali z zachwytu. Owens wiedział, że zostało mu tylko jedno podejście. Kilka chwil przed decydującym skokiem nieoczekiwanie podszedł do niego… Luz Long. Tysiące ludzi przyglądało się tamtej rozmowie. Parę minut później Jesse skoczył perfekcyjnie i zakwalifikował się do finału.

Jesse Owens i Luz Long

Jesse Owens i Luz Long

Popołudniu, tego samego dnia, z wynikiem 8,05 m sięgnął po drugi złoty medal olimpijski. Luz Long był drugi. Dopiero w czasie decydujących zmagań świat, poprzez gesty Niemca zrozumiał, że obaj panowie może i rywalizują na skoczni, ale oprócz tego darzą się szczerą sympatią. Luz cieszył się, gdy Jesse bił olimpijski rekord, tym samym pozbawiając go szans na upragnione zwycięstwo. Gratulował. Ściskał. To wszystko działo się na oczach Hitlera, Goebbelsa, Goeringa, Hessa i Himmlera i doprowadziło ich do furii.

Dziś już wiemy, że w czasie kwalifikacyjnego skoku, Long zasugerował Owensowi zmianę ustawienia znacznika. Jessie zaufał konkurentowi i tym samym pomógł sobie w awansie. Wiemy też, że faworyt gospodarzy… był ogromnym przeciwnikiem nazizmu. Czterokrotny złoty medalista otwarcie przyznawał, że przyjaźń jaką zyskał w Berlinie przeogromnie sobie cenił i starał utrzymywać. Korespondował z Niemcem aż do wybuchu II wojny światowej. Później listy przestały przychodzić… Luz Long został wysłany na front. Człowiek, który tak bardzo zaszedł za skórę nazistom, zginął w 1943 roku, w okolicy San Pietro Clarenza. Być może zesłanie na front było zemstą Hitlera za „katastrofalną” i „niezgodną z niemieckim wartościami” postawę wobec (o zgrozo!) czarnoskórego przeciwnika.

Luz Long i inni, wspomniani w tekście, sportowcy zapisali się w świadomości kibiców jako bohaterowie. Wszyscy kierowali się ludzkimi zachowaniami, które w skomercjalizowanym dziś świecie sportu urastają do rangi nie lada wyczynów. Na szczęście, nawet dzisiaj, nie są rzadkością, co dla sportowych romantyków jest wiadomością nader kojącą.


 

Tomek Sowa

Tomek Sowa

autor

Ciągle jeszcze młody, 29–letni twórca strony, na której jesteś. Mąż Aliny
i ojciec Antka i Franka, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

Podziel się: