Wydaje się, że nie można zwyciężyć – przegrywając. Jeśli docierasz do mety za tryumfatorem, nie możesz odebrać mu aplauzu, uznania i miejsca w historii. Sport jednak to dziedzina życia doprawdy niezwykła. Taka, która obala tego typu teorie w kilka sekund. Dziś kilka przykładów sportowców, wydawać by się mogło przegranych, którym klaskano równie głośno, a może i głośniej, niż zwycięzcom. 

 

Bracia Brownlee – ramię w ramię

19 września 2016 roku. Końcowe metry triathlonowych zawodów, rozgrywanych w ramach Pucharu Świata ITU w Cozumel. Jonathan Brownlee, srebrny medalista olimpijski z Rio de Janeiro, biegnie w kierunku mety. Dziwny to jednak bieg: Jonathan wygląda na bardzo zmęczonego, nogi odmawiają mu posłuszeństwa, a twarz zdobi grymas zniechęcenia. Choć do końcowej linii pozostaje kilkadziesiąt metrów, część obserwatorów uważa, że Brownlee nie ukończy zawodów. Podchodzą do niego dwie osoby podające wodę. Chcą zabrać go z trasy. Potem pewnie wysłać do szpitala. Przecież ten facet przepłynął 1,5 kilometra, przejechał 40 kilometrów na rowerze i przebiegł ponad 9000 metrów! Wszystko to wykonał w maksymalnym tempie. Być może gdzieś popełnił błąd i dlatego organizm odmawia posłuszeństwa. Na eksperckie analizy trzeba będzie poczekać…

Całą sytuację pierwszy wykorzystuje Henri Schoeman z RPA, który wyprzedza dotychczasowego lidera i mknie po zwycięstwo. Tuż za nim pojawia się Alistair Brownlee. Szybko orientuje się w sytuacji. Nie zostawia jednak młodszego brata. Łapie jego rękę, zarzuca ją na swoje ramię i biegnie. Wolniej niż dotychczas, ale z jasnym celem: chce pomóc Jonathanowi ukończyć zawody. Jego „ja” w tamtym momencie schodzi na drugi plan. 

Bracia Brownlee pokonują kolejne metry. Kibice wiwatują. Liderujący Schoeman, być może, myśli, że to jego finisz wzbudza taki aplauz. Kończy bieg. Odwraca się. Dopiero teraz rozumie, co działo się za jego plecami. Zaczyna klaskać, a Alistair osiąga cel: jego brat kończy wyścig. Robi jednak coś jeszcze. Tuż przed metą, zatrzymuje się i niemal wpycha Jonathana na metę, dzięki czemu młodszy z braci zajmuje drugie miejsce. Po tamtym wydarzeniu, Brytyjczycy oszaleją na punkcie braci. Ich niezwykły wyczyn komentują politycy, sportowcy, dziennikarze. Wszyscy. A bracia Brownlee? Młodszy szybko wraca do zdrowia. Starszy udziela wielu wywiadów. Obaj do nagłej popularności podchodzą jednak z dużym dystansem. I poczuciem humoru.


 

Lawrence Lemieux – żeglarz z klasą

Zatoka nieopodal Busan – drugiego pod względem wielkości miasta w Korei Południowej. 24 września 1988 roku. Kilkunastu śmiałków rozpoczyna olimpijską rywalizację w żeglarskiej klasie Finn. Wśród nich znajduje się Kanadyjczyk Lawrence Lemieux. Sam z pewnością nie przypuszczał, że po tych zawodach stanie się symbolem sportowej klasy. Takiej przez duże „K”.

Rywalizacja trwała już kilkadziesiąt minut, a rzeczony Lemieux płynął dość pewnie po srebrny medal. Ku zdumieniu jego i pozostałych uczestników – wiatr nagle nabrał na sile. Doświadczony żeglarz opanował jednak sytuację. Ale nie każdy miał tyle szczęścia i umiejętności. Łódka sterowana przez singapurską parę: Joseph Chan i Siew Shaw Her, wywróciła się, a obaj zawodnicy wpadli do wody. Potrzebowali pomocy. W tym momencie Lawrence zboczyły z wyznaczonej trasy i ruszył z odsieczą. Wyciągnął obu na pokład i czekał na przybycie łodzi patrolowej, która odtransportuje poszkodowanych w bezpieczne miejsce. Dopiero kiedy wiedział, że są w dobrych rękach wrócił do wyścigu. 

Lawrence Lemieux

Lawrence Lemieux źródło: www.sportvalues.eu

Nie powinno dziwić, że owo poświęcenie znacząco odbiło się na ostatecznej pozycji Lemieux’a. Gdy ratował Singapurczyków, rywale spokojnie go wyprzedzali. Zajął 22 miejsce. Tyle, że taka postawa nie mogła też przejść bez echa. Najpierw docenili go, oklaskując na stojąco, kibice. Później działacze. Juan Antonio Samaranch – ówczesny przewodniczący MKOL – wręczył Kanadyjskiemu bohaterowi medal Pierre’a de Coubertina. Ponadto sportowiec zdobył honorowe drugie miejsce.

„Poprzez sport, poświęcenie i odwagę ucieleśniasz wszystko, co jest właściwe ideałowi olimpijskiemu” – powiedział Samaranch gratulując Kanadyjczykowi. 


 

John Akhwari – wysłany by skończyć

Do Meksyku przyjechał z Tanzanii. Wydawać by się mogło, że jego występ w biegu maratońskim nie zostanie specjalnie zapamiętany. Ale stało się coś niebywałego. Coś, dzięki czemu z nazwiskiem Akhwari, wielu kojarzy najpiękniejsze ostatnie miejsce w historii letnich igrzysk olimpijskich.

Meksyk, rok 1968. John Akhwari wraz z innymi zawodnikami rywalizuje na dystansie legendarnych 42 kilometrów. Mniej więcej na 20 kilometrze dopadają go pierwsze skurcze. Zawodnik próbuje walczyć. Jednak kilkaset metrów dalej – upada. I od razu warto zaznaczyć, że był to upadek bardzo bolesny, a jego skutkiem było skręcenie kolana i stłuczenie ramienia. Ku zaskoczeniu medyków i obserwatorów tanzański biegacz postanawia pozostać na trasie. Ba! On chce ją ukończyć. Powoli, z opatrunkami na kontuzjowanej nodze rusza w kierunku mety. Finiszuje ostatni. Traci do zwycięzcy ponad godzinę, ale kradnie serca wszystkich zgromadzonych. W wywiadzie udzielonym po tamtym wydarzeniu, zapytany dlaczego dalej biegł odparł:

„Mój kraj nie wysłał mnie 5 tysięcy mil, bym wystartował. Wysłano mnie bym skończył ten bieg”


 

Gabriela Andersen-Schiess – mordercza końcówka

Pozostańmy przy biegach maratońskich. Kolejna, wydawać by się mogło, przegrana postać zameldowała się w Los Angeles. Był rok 1984. Bieg maratoński kobiet debiutował na igrzyskach olimpijskich. I jakiż to był debiut! 77 tysięcy ludzi na stadionie, miliony przed telewizorami dopingowało Szwajcarkę – Gabrielę Andersen-Schiess, która półprzytomna szła w kierunku mety. Chwilę po jej przekroczeniu osunęła się na ziemię. Służby medyczne błyskawicznie przewiozły ją do szpitala.

Jak to się stało, że zawodniczka doprowadziła swój organizm do takiego stanu? W czasie zmagań odnotowano temperaturę sięgającą 30 stopni Celsiusza. Organizatorzy ustawili na trasie pięć punktów z wodą, by spragnione biegaczki mogły uzupełnić płyny. Bohaterka ostatnich metrów popełniła ogromny błąd i ostatni punkt ominęła. Gdy wkroczyła na płytę stadionu była wyczerpana. Każdy krok był okupiony ogromnym wysiłkiem. Medycy ruszyli z pomocą, jednak uparta Szwajcarka gestami dawała im sygnały, że nie mogą jej nawet dotknąć. Przecież wtedy zostałaby zdyskwalifikowana. A ona ten bieg miała zamiar ukończyć. Finiszowała po 2 godzinach 48 minutach i 45 sekundach. Na 37 miejscu.
Nie było to miejsce ostatnie – po niej przybiegło jeszcze 7 zawodniczek. Za ten wyczyn, publiczność zgotowała jej ogromną owację, a zdjęcia z tamtego wydarzenia lotem błyskawicy obiegły światowe serwisy informacyjne.

Gabriela Andersen-Schiess źródło: https://gladiathers.com


Philip Boit – doceniony przez mistrza

Kenia równa się bieganie? W wersji letniej na pewno. Inaczej rzecz ma się z kenijskimi występami na zimowych igrzyskach olimpijskich. Dopiero w 1998 roku, w Nagano, niejaki Philip Boit został pierwszym kenijskim zawodnikiem biorącym udział w tego typu imprezie. I od razu zapadł w pamięci wielu.

Norweski multimedalista Bjørn Dæhlie w biegu na dystansie 10 kilometrów stylem klasycznym był najlepszy. Odbierał gratulacje od dziesiątek ludzi. I czekał. Jak się później okazało, chciał pogratulować swojemu rywalowi. Był nim właśnie Boit, który linię mety minął jako ostatni, z ponad dwudziestominutową stratą do lidera. Kenijczyk nie krył radości i zdziwienia. Wszak wielka gwiazda zrobiła coś takiego specjalnie dla niego. Z miejsca stał się swego rodzaju „.maskotką”. Po igrzyskach startował jeszcze w kilku biegach i zawsze przykuwał uwagę kibiców. A Bjørn Dæhlie? Tamtym zachowaniem udowodnił, że mistrzostwo to nie tylko medale i rekordy.

 


Tomek Sowa

Tomek Sowa

autor

Ciągle jeszcze młody, 30–letni twórca strony, na której jesteś. Mąż Aliny
i ojciec Antka i Franka, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

Podziel się: