Najstarsi olimpijczycy czyli sport to zdrowie

Najstarsi olimpijczycy czyli sport to zdrowie

Od zarania dziejów marzeniem ludzkości jest nieśmiertelność. Albo chociaż skuteczne zahamowanie  kroczącej w naszą stronę kostuchy. Poszukiwania eliksiru młodości najlepiej – oprócz omijania Mac… coś tam – zacząć od sportu. Postacie, które dziś Wam przedstawię są krystalicznym odzwierciedleniem starej jak świat tezy, że sport to zdrowie…i długowieczność.

Rockefeller sportowiec i przedsiębiorca

James Rockefeller

James Rockefeller

Niektórzy pewnie znają historię biblijnego Matuzalema. Poczciwiec doczekał sądnych dni i w wieku 969 lat zmarł. Piękny wiek! Musiał biegać, pływać, haratać gałę z praprapraprawnukiem i nie wiadomo co jeszcze, żeby utrzymać formę. Podobny tryb życia prowadzili długowieczni olimpijczycy, tyle, że żaden z nich nawet nie powąchał irracjonalnego rekordu Matuzalema. Blisko był chociażby James Rockefeller, który w dniu śmierci miał 102 lata. Pochodzący z TEJ finansowej rodziny James urodził się 8 czerwca 1902 roku w Nowym Jorku. Od najmłodszych lat oprócz finansowego talentu (dziedziczonego genetycznie) przejawiał zdolności sportowe (niekoniecznie odziedziczone). Gdy w 1924 roku ukończył Uniwersytet Yale mógł pochwalić się nie tylko dyplomem, ale również kilkoma latami treningów wioślarskich. Z tym elitarnym – jak na tamte czasy – sportem związał się na dłużej. Mordercza praca doprowadziła go do złotego medalu olimpijskiego w konkurencji ósemek. Miało to miejsce w 1924 roku, w Paryżu. Po tej imprezie młody Rockefeller pływał jeszcze kilka lat, ale głównie amatorsko. W 1930 roku dopadło go przeznaczenie i został dyrektorem, a później prezesem  The National City Bank of New York, znanym dziś jako Citibank. Zarządzał bankiem do 1967 roku, by w końcu udać się na zasłużoną emeryturę. Miał wtedy 65 lat. Starość byłego sportowca trwała jeszcze blisko 40 wiosen. Jak już wspomniałem, kiedy umierał w skutek powikłań po udarze mózgu, miał 102 lata.

 

Prawie sto lat

Rogera Beaufranda

Roger Beaufrand

Podobnie sport wpłynął na Rogera Beaufranda, francuskiego kolarza torowego. Urodzony na przedmieściach Paryża młodzieniec dość szybko zakochał się w dwukołowym pojeździe. Można orzec, że z wzajemnością. Dzięki rowerowi wyrobił sobie markę i uznanie wśród rodaków. Gdy w 1928 roku, w czasie amsterdamskich igrzysk odbierał złoto olimpijskie Francja piała z zachwytu. Beaufradnd dosłownie wydarł zwycięstwo czterokrotnemu mistrzowi świata w tej konkurencji – Holendrowi Antoinemu Mazairacowi. Nie był to ostatni sukces Rogera. Kilka miesięcy później został wicemistrzem świata. Odbierał również medale na krajowym podwórku – dwukrotnie złote. Po zakończeniu bogatej kariery został dyrektorem paryskiej galerii sztuki. Ze sportem oczywiście się nie rozstawał. Miłował go, aż do śmierci. Gdy umierał – 14 marca 2007 roku – miał 99 lat i od dwóch lat uchodził za najstarszego, żyjącego medalistę olimpijskiego.

 

Pakistański bohater

Feroze Khan

Feroze Khan

Beaufrand zaszczytny tytuł odebrał Pakistańczykowi Feroze Khanowi, złotemu medaliście olimpijskiemu w hokeju na trawie z 1928 roku. Przyszły mistrz przyszedł na świat w 1904 roku. Talent sportowy rozwijał pod flagą Indyjską i to właśnie dla tego kraju wywalczył wspomniany tytuł. Sukces ten nie był jednak w odpowiednio słodki. Feroze zawsze czuł się Pakistańczykiem i gdy tylko jego ukochana ojczyzna uzyskała suwerenność przyjął jej obywatelstwo. Patriotyzm opłacił się. W czasie olimpiady w Rzymie (1960) Khan już jako trener reprezentacji swojego kraju przerwał trwającą od kilku dekad hinduską hegemonię w hokeju na trawie i wywalczył najcenniejszy krążek. To trenerskie osiągnięcie było pełnym spełnieniem sportowym. Przez następne lata promował hokej na trawie niemal w każdym zakątku Pakistanu. Zmarł 21 kwietnia 2005 roku. Miał wtedy 101 lat.

 

Włoski sposób na wieczność

Attilio Pavesi

Attilio Pavesi

Tak samo długo żył Attilio Pavesi. Urodził się w Caorso, niewielkim miasteczku na północy Włoch, 1 października 1910 roku. Jeszcze jako dzieciak zauważył magiczne właściwości roweru. Dosiadł swój „eliksir młodości” i przez kilka lat szalał na nim po wąskich, włoskich uliczkach. Robił to na tyle szybko, że dostał się do reprezentacji Italii na igrzyska olimpijskie w Los Angeles, w 1932 roku. Tam został panem swojej dyscypliny: indywidualnie zdobył złoto w jeździe indywidualnej na czas, do tego dołożył medal podobnego koloru, tyle że w drużynie. Sukcesy te święcił będąc amatorem. Kiedy rok później przechodził na zawodowstwo nie sądził, że ta zmiana go skonsumuje. Dosłownie! Jako profesjonalista nie wygrał żadnego wyścigu. Po dwóch latach zakończył karierę i wyemigrował do Argentyny. Tam dożył swoich ostatnich dni. Zmarł 2 sierpnia 2011 roku.

Dwieście lat!

920x920Najstarszym obecnie żyjącym medalistą olimpijskim jest Węgier Sándor Tarics. Urodzony w 1913 roku, były piłkarz wodny będzie obchodził w tym roku 103 urodziny. Czym zasłynął? W 1936 roku zdobył złoty medal olimpijski w swojej dyscyplinie. Wraz z kolegami pokonał w finale gospodarzy imprezy, reprezentantów III Rzeszy. Mając 22 lata i 320 dni był najmłodszym graczem złotego zespołu. Po zakończeniu sportowej przygody uciekł przed sowiecką represją do USA. Mieszka tam do dziś. Jak długo? Jedno jest pewne: nie dłużej niż Matuzalem. Ale i tak życzmy mu dwustu lat!

 


Tomek Sowa – ciągle jeszcze młody, 27 – letni „wynalazca” strony, na której jesteś. Mąż Aliny i ojciec Antosia, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

 

Podziel się:
Sportowe ciekawostki (część 4)

Sportowe ciekawostki (część 4)

Niedzielne sportowe ciekawostki w większości poświęcam sportom motorowym. Jest też trochę o polityce w sporcie…

Pośmiertny mistrz

W 1970 roku austriacki kierowca Formuły 1, niejaki Jochen Rindt został mistrzem świata. Niby nic specjalnego, ale Rindt, jako jedyny do tej pory, tytuł zdobył pośmiertnie. Nie doczekał zasłużonej koronacji ponieważ uległ poważnemu wypadkowi na włoskim torze Monza. Pasy bezpieczeństwa, które obowiązkowo zapinał każdy zawodnik nieszczęśliwie ścisnęły szyję Jochena. W wyniku tego i kilku innych obrażeń zmarł w szpitalu. Świat Formuły 1 był przeżył ogromny wstrząs. Rywale wiedzieli, że życie nigdy go nie rozpieszczało. W 1943 roku, gdy Rindt miał zaledwie rok stracił rodziców. Zginęli w bombardowaniu Hamburga. Jego wychowaniem zajęli się dziadkowie. Zabrali go do Austrii i tam zaczął rozwijać się jego nadzwyczajny dar. Już jako mały chłopiec z ogromnymi prędkościami pokonywał narciarskie trasy. Z szybkością był więc na ty. Więcej, kochał ją. Właśnie ta cecha została zauważona przez Brytyjczyków z Lotusa. Za sterami bolidu tego zespołu siedział w trakcie felernego Grand Prix Włoch…

Dlaczego mimo śmierci zdobył tytuł? Odpowiedź jest prosta: przewaga, którą wypracował wcześniej była dla jego konkurentów nieodrabiana. To był pierwszy tytuł Jochena Rindta. Pierwszy i ostatni. Jego szczątki spoczęły na cmentarzu w Grazie.


Monte Carlo – pierwsze szlify

Henri Rougier pierwszy zwycięzca Rajdu Monte Carlo.

Henri Rougier pierwszy zwycięzca Rajdu Monte Carlo.

21 stycznia 1911 roku rozpoczął się pierwszy Rajd Monte Carlo. Pomysłodawcą najstarszego, cyklicznie rozgrywanego wyścigu samochodowego był Albert I. Marketingowcom władcy udało się ściągnąć 16 kierowców, z których najlepszy okazał się Francuz Henri Rougier. Mknął swoim samochodem – 25Hp Turcat-Mery – ze średnią prędkością 30 km/h i nie pozostawił złudzeń rywalom. Patrząc na dzisiejsze osiągi, te sprzed 105 lat wydają się być śmieszne, ale na początku XX wieku motoryzacja dopiero stawiała pierwsze kroki. Warto również dodać, że w całej historii Rajdu Monte Carlo najwięcej zwycięstw, bo aż siedem, odniósł Sébastien Loeb.

Drugim najstarszym rajdem samochodowym na świecie jest…Rajd Polski.


 

 

Polityka w basenie

Węgry - ZSRR

Węgry – ZSRR mecz piłki wodnej

6 grudnia 1956 roku na długo zostanie w pamięci Węgrów. Trwały letnie Igrzyska Olimpijskie w Melbourne. Reprezentacja olimpijska tego kraju rozgrywała mecz piłki wodnej z ZSRR. Dobrze dysponowani Węgrzy szybko objęli wysokie prowadzenie (3:0) i kontrolowali zawody. Sowieci mimo usilnych starań nie potrafili sforsować obrony przeciwnika. Ba, stracili kolejną bramkę. Jej strzelec, Ervin Zádor tak demonstrował radość, że radziecki zawodnik – Walentin Prokopow – uderzył go w twarz. Na łuku brwiowym Węgra pojawiła się krew, która w okamgnieniu zabarwiła wodę na czerwony kolor. Rozpętała się ogromna bójka, która szybko przeniosła się na trybuny. Niechętna radzieckim zawodnikom publiczność sama chciała wymierzyć im sprawiedliwość. Zapalnikiem tego zdarzenia nie było jednak samo uderzenie Zádora. Leżał on dużo, dużo dalej. Na Węgrzech. Kilka miesięcy przed najsłynniejszym meczem piłki wodnej, Armia Czerwona krwawo stłumiła madziarskie powstanie, zabijając około 2,5 tysiąca osób. W Budapeszcie trwały pokazowe procesy, wykonywano wyroki śmierci na opozycjonistach. Piłkarze wodni z Węgier wskakując do basenu w Melbourne mieli więc podwójną motywację. Dla Zádora i spółki radzieccy piłkarze stali się uosobieniem zła, które spotkało ich naród. Zmienili oni nawet flagę Węgier z wersji komunistycznej na tą rewolucyjną. Wszystko po to, by dać światu sygnał, że ZSRR posunęło się za daleko.

Mecz został przerwany i to Węgrzy przeszli do finału, w którym pokonali Jugosławię 2:1. Po olimpiadzie wielu piłkarzy wodnych nie wróciło do swojej ojczyzny. Wybrali życie emigrantów. O ich osiągnięciu i drodze jaką pokonali opowiada m.in. film „Szabadság, szerelem”.


Tomek Sowa – ciągle jeszcze młody, 27 – letni „wynalazca” strony, na której jesteś. Mąż Aliny i ojciec Antosia, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony na etacie w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

Podziel się:
Jerzy Iwanow-Szajnowicz: polsko-grecki Bond.

Jerzy Iwanow-Szajnowicz: polsko-grecki Bond.

Człowiek, który połączył Greków i Polaków, bohater narodowy tych pierwszych, nazywany „polskim Bondem” agent nr 033B, a także znakomity sportowiec AZS-u Warszawa. O kim mowa? 4 stycznia 1943 roku niemiecki SS-man rozstrzelał Jerzego Iwanowa-Szajnowicza.

Był synem Polki i Rosjanina. Okres przedwojenny spędzał na przemian w Grecji, gdzie jego matka poznała swojego drugiego męża, i w Polsce, gdzie dołączył do sekcji piłki wodnej AZS Warszawa i biało-czerwonej kadry. Kiedy wybuchła II wojna światowa ruszył z pomocą polskim uchodźcom w Grecji. Poczucie misji i obowiązku szybko przerodziło się w chęć walki z nazistami. Iwanow-Szajnowicz postanowił dostać się do Palestyny, gdzie stacjonowały polskie oddziały, by zostać żołnierzem Brygady Karpackiej. Jego rosyjsko brzmiące nazwisko odstraszyło jednak dowództwo. Skierowano go za to do Brytyjczyków, którzy szybko dostrzegli jego ogromny potencjał: znał sześć języków, a także posiadał niezwykły zmysł logistyczny. Przeszedł szkolenie w Aleksandrii i łodzią podwodną dostał się do Grecji, gdzie jako Kiriakos Paryssis zorganizował sieć kontaktów. Pasja i ochota jakie każdego dnia wkładał w powierzone mu zadania sprawiały, że Niemcy za wszelką cenę pragnęli go złapać. Nawet im się to udało. Trzykrotnie. Za pierwszym razem, wydany przez współpracownika, wyskoczył z transportującej go ciężarówki. Drugi raz złapali go włoscy karabinierzy. Iwanow-Szajnowicz zaprowadził ich do pewnej tawerny. Tam upił, rozebrał jednego z nich i uciekł w jego mundurze. Trzeci – ostatni – raz dał się schwytać we wrześniu 1942 roku w Atenach. Znów został wydany przez swoje otoczenie. Niemcy zdając sobie sprawę jak przebiegłym jest człowiekiem szybko zamknęli go w więzieniu. Kilka tygodni później stanął przed sądem. Przyznał, że jest brytyjskim agentem i walczy dla aliantów oraz swojej drugiej ojczyzny – Polski. Skazano go za to na potrójna karę śmierci. Wyrok wykonano 4 stycznia 1943 roku. Oczywiście nie bez problemów. Grecko-polski bohater podjął próbę ucieczki, tyle że nieudaną. Został ranny, a później rozstrzelany. Grecy mówią, że na sekundy przed śmiercią krzyknął: „Niech żyje Grecja, niech żyje Polska”.

Podziel się: