Śmierć w ringu

Śmierć w ringu

Prawy prosty, lewy sierpowy i przeciwnik pada na deski. Słychać odliczanie. Sędzia nie pozwala kontynuować walki. Tak mniej więcej wgląda typowy, bokserski nokaut. Historia zna jednak przypadki, kiedy kilka minut po werdykcie pokonywany przeciwnik mdlał, albo zostawał przewieziony do szpitala gdzie mimo usilnych starań umierał. Bokserów, którzy umierali od siły ciosów przeciwnika było kilku. Każda tego typu śmierć dla pozostałych była znakiem ostrzegawczym.

 

„Słodki” nokaut

Jimmy Doyle

Jimmy Doyle

Nie sposób wskazać, kiedy, kto i w jakich okolicznościach zmarł jako pierwszy boksując. Przecież walczono już w starożytności. Za to pierwsza medialna i szeroko komentowana walka zakończona tragedią miała miejsce w 1947 roku. Mierzyli się ze sobą Sugar Ray Robinson i Jimmy Doyle. Stawką pojedynku był tytuł mistrza świata w wadze półśredniej, którego bronił Robinson. Jimmy kilka tygodni przed wspomnianym pojedynkiem kwestionował umiejętności pięściarskie obrońcy tytułu. Podgrzewał atmosferę dzięki czemu starcie zyskało spory rozgłos. Gdy zabrzmiał pierwszy gong nikt nie spodziewał się, że pojedynek obu panów przejdzie do historii boksu nie tylko z powodu jego stawki. Pierwsze pięć rund było popisem „Słodkiego”, bezlitośnie punktował pretendenta, który szybko zrozumiał, że tezy tak ochoczo rzucane przed walką były, łagodnie mówiąc, nietrafione. Szósta runda w wykonaniu mistrza była nieco słabsza, co Doyle wykorzystał. Tyle, że dwie późniejsze znów przegrał. Nadeszło dziewiąte starcie. Sugar Robinson wyprowadził w nim potężny lewy sierpowy. Trafił. Jimmy Doyle padł na deski. Arbiter ringowy spełnił formalność i odliczył do dziesięciu, ale zawodnik ciągle leżał w bezruchu. Był nieprzytomny. Szybko zabrano go do szpitala Charity St. Vincent. Chociaż lekarze robili co mogli, niedoszły champion nie odzyskał przytomności. Zmarł kilka godzin po walce. Sugar Robinson bardzo mocno przeżył to wydarzenie. Obwiniał się o całą sytuację, a dodatkowo doszły do niego informacje, że Jimmy po walce chciał kupić swojej matce dom. Postanowił, że wynagrodzenia z  kolejnych pojedynków przeznaczy na spełnienie marzenia swojego przeciwnika. Przekazał pieniądze zrozpaczonej  Marie Elodie Barret, która zamiast zakupić nieruchomość zainwestowała je… w prawników, którzy mieli wyciągnąć gigantyczne odszkodowanie od mistrza świata.

 

Nokaut za obrazę

Benny "The Kid" Paret

Benny „The Kid” Paret

Kiedy Robinson nokautował Doyle’a w kubańskim mieście Santa Clara dziesięcioletni Benny Paret marzył o karierze pięściarskiej. Trenował w miejscowym klubie i postawił sobie jasny cel – mistrzostwo świata. Talentu mu nie brakowało toteż wcześnie został rzucony na głęboką wodę. W wieku 17 lat stoczył swoja pierwszą zawodową walkę. Zwycięską. Kolejnych dwanaście bojów również przechylał na swoją korzyść. Pokonał go dopiero niejaki Rolando Rodríguez. Zimny prysznic jaki otrzymał zadziałał oszałamiająco i sprawił, że w 1960 roku Benny otrzymał to o czym marzył od dziecka – szansę na mistrzostwo. W maju tegoż roku w Las Vegas pokonał na punkty Dona Jordana i zdobył tytuł, który dzierżył w swoich rękach przez kolejne dziewięć miesięcy. W lutym 1961 roku rozpoczął serię trzech walk z Emile Griffithem. W pierwszym pojedynku pretendent okazał się lepszy i znokautował mistrza w 13 rundzie. W drugiej walce Paret odzyskał pas. Trzeci pojedynek miał dać rozstrzygającą odpowiedź, który pięściarz jest najlepszym na świecie „półśrednim”. 24 marca 1962 roku nowojorska Madison Square Garden wypełniła się po brzegi. Tłum chciał obejrzeć dobry boks, a zawodnicy raz na zawsze wyjaśnić osobiste antagonizmy. W kręgu bokserskim mówiło się, że podczas ważenia Benny Paret nazwał swojego rywala „maricón”. W języku hiszpańskim zwrot ten obraża osoby homoseksualne. Za tę zniewagę Griffithem, który de facto był gejem, chciał się zemścić. Wokoło miał wszystko czego potrzebował, żeby to zrobić: walka była transmitowana na żywo, był w wyśmienitej formie i wiedział jak walczyć z Paretem. Entuzjastycznie nastawiony tłum od pierwszych chwil obserwował obustronną lawinę ciosów. Najpierw, w szóstym starciu, ringowe deski z bliska zobaczył Emile, ale podniósł się i po pięciu kolejnych wyszedł na punktowe prowadzenie. W 12 rundzie dopadł Pareta w narożniku i zadał serię potężnych uderzeń. Mistrz świata zsunął się po linach i padł nieprzytomny. Nigdy się nie obudził. Zmarł 10 dni po walce wskutek krwotoku śródmózgowego. Emile Griffith po tej walce załamał się. Mimo niechęci do rywala nie o taką zemstę zabiegał. Przez resztę swojej bogatej kariery nigdy nie starał się znokautować przeciwnika.

 

Piosenka o śmierci i brudnym boksie

Davey Moore

Davey Moore

Rok po tym wydarzeniu świat boksu znów przyoblekły żałobne szaty. Pojedynek o prym na świecie w kategorii piórkowej pomiędzy Sugarem Ramosem i Davey’em Moore zakończył się fatalnie. Marzący o tytule Ramos trafił mistrza, a ten upadł  i uderzył karkiem w ringowe deski. Widząc to, sekundanci championa natychmiast go poddali i zaprowadzili do szatni. W czasie gdy świat podziwiał koronację nowego króla wagi piórkowej, w szatni starego musieli zjawić się lekarze. Następstwa niedawnej walki zaczynały dawać o sobie znać. Moore stracił przytomność i nikt nie potrafił mu pomóc. Na miejscu zjawił się ambulans, który zabrał czarnoskórego pięściarza do pobliskiego szpitala. Niestety kilka dni później specjaliści stwierdzili zgon w skutek uszkodzenia pnia mózgu. Odszedł wybitny pięściarz, olimpijczyk z Helsinek i dobry człowiek. Jego śmierć wywołała ogromne poruszenie, które swoim zasięgiem wykraczało daleko poza sport. Znany amerykański piosenkarz Bob Dylan napisał nawet piosenkę poświęconą całemu wydarzeniu.  Utwór „Who Killed Davey Moore” w metaforyczny sposób zobrazował zawodowy boks lat 60-tych. Dylan stawiał też pytanie, kto właściwie winny jest śmierci Daveya. Oczywiście nie znalazł na nie odpowiedzi.

 

Chudy wojownik i wspaniali rodzice

Johnny Owen (z lewej)

Johnny Owen (z lewej)

W ringu zmarł też Walijczyk Johnny Owen. Syn Dicka i Edith przyszedł na świat w 1956 roku. Mając niespełna osiem lat poszedł na pierwszy trening. Pewnie wielu z obecnych na sali wyśmiało chudego i wysokiego chłopaka, ale on nie brał do siebie tego typu „przeciwności”. W genach miał upór i waleczność . Te cechy – rzecz jasna – posiadali jego rodzice, którzy oprócz niego wychowali jeszcze siedmioro rodzeństwa! Nie lada to sztuka. Johnny miał też inną, niezwykle ważną dla boksera zaletę – był niesamowicie wytrzymały. Wydolnościowo druzgotał swoich przeciwników. Dzięki temu stopniowo wspinał się w pięściarskiej drabince. I gdy już wydawało się, że stanie na jej szczycie wydarzyło się coś strasznego. W 1980 roku wyzwał na pojedynek mistrza świata wagi koguciej Lupe Pintora na pojedynek. Ten podjął rękawice i we wrześniu tego samego roku obaj panowie stanęli twarzą w twarz w ringu. Do dwunastej rundy chudzielec z Walii walczył jak równy z równym z broniącym tytułu Meksykaninem. Wtedy wydarzyła się tragedia. Pintor huknął prawą ręką i Owen padł. Przez pięć minut udzielano mu pomocy, a następnie przetransportowano bezpośrednio na stół operacyjny. Skomplikowany zabieg, a następnie śpiączka farmakologiczna tylko przedłużyły nadzieję na ocalenie boksera. Po siedmiu tygodniach lekarze odłączyli aparatury podtrzymujące funkcje życiowe, ale Johnny się nie obudził. Zmarł 4 listopada 1980 roku. 22 lata po jego śmierci w Merthyr Tydfil został odsłonięty jego pomnik. Na prośbę ojca zrobił to… Lupe Pintora. Rodzice Owena nigdy nie winili go za śmierć swojego syna. Co więcej, gdy po tamtej walce nie chciał wracać do boksu oni pierwsi wysłali telegram, że musi to zrobić, bo jest w tym naprawdę dobry.

Ring pochłonął jeszcze kilka istnień. Każdy tego typu wypadek był ogromną lekcją dla bokserskich działaczy. Nauczeni na błędach, straszliwych w skutkach, ale błędach wprowadzali nowe regulacje, które miały i mają zastopować tego typu wydarzenia. Bokserzy są dziś wnikliwie badani nawet dwa dni po walce, a sędziowie reagują dużo szybciej w kryzysowych sytuacjach. Nic i nikt jednak nie jest w stanie powstrzymać serii nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, które mogą prowadzić do tego typu tragedii. Oby było ich jak najmniej.


Tomek Sowa – ciągle jeszcze młody, 27 – letni „wynalazca” strony, na której jesteś. Mąż Aliny i ojciec Antosia, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

Podziel się:
Sportowe ciekawostki (część 6)

Sportowe ciekawostki (część 6)

Sportowe ciekawostki część 6, a w nich: najtragiczniejszy wypadek w historii Formuły 1, Phar Lap czyli koń – sportowiec i pewna kradzież…

Tragedia w Le Mans

Bilans katastrofy: 83 zabitych, 120 rannych

Bilans katastrofy: 83 zabitych, 120 rannych

W historii Formuły 1 możemy doszukać się wielu wypadków, także tych śmiertelnych. Najtragiczniejszy miał miejsce w Le Mans, w 1955 roku. Pierre Levegh, francuski kierowca prowadzący Mercedesa nie spodziewał się, że 33 okrążenie, które rozpoczynał będzie ostatnim w jego karierze… i życiu. Od początku wyścigu tempo narzucało trzech zawodników: Eugenio Castellotti, Juan Manuel Fangio i Mike Hawthorn. Ten ostatni dość niespodziewanie postanowił zjechać do boksu. Manewr ten, sposób jego wykonania było początkiem tragicznego w skutkach domino. Jadący za Hawthornem, Brytyjczyk Lance Macklin chcąc uniknąć zderzenia skręcił gwałtownie w lewo. Tuż za nim, z prędkością blisko 200 km/h pędzili kierowcy Mercedesa: Levegh i Fangio. Francuz widząc „co się święci” podniósł rękę do góry. Dał tym samym znak, żeby kolega z zespołu zaczął hamować, bo on sam nie mógł już nic zrobić. Z ogromnym werwą uderzył w Maserati Macklina, a jego maszyna straciła kontakt z jezdnią i wzbiła się w powietrze. Zatrzymała się dopiero na usypanym nieopodal toru wale ziemnym. Pierre Levegh zginął na miejscu. Pech chciał, że w miejscu, w którym spadł jego Mercedes stało mnóstwo kibiców. Elementy karoserii lecące w powietrzu zadziałały niczym gilotyna: raniły 120 osób, a 82 zabiły. Mimo to, wyścig kontynuowano. Ekipa Mercedesa, wstrząśnięta skutkami i zniesmaczona decyzją organizatorów po 9 godzinach zmagań wycofała swoich pozostałych kierowców – mimo, że zajmowali czołowe lokaty. Co więcej, samochody z niemieckiej stajni nie wystartowały w zawodach Formuły 1 aż do 1987 roku!

Bilans tragedii był przerażający: zginęło 83 osoby – 50 letni kierowca i 82 widzów. Szacuje się, że 120 osób zostało rannych.

 


 

Koń – sportowiec i bohater narodowy

Phar Lap i Jim Pike

Phar Lap i Jim Pike

Sport kreuje bohaterów. Niekiedy są nimi zawodnicy, innym razem trenerzy, kibice, działacze. W latach 30-tych ubiegłego stulecia prawdziwą legendą stał się… koń. Phar Lap, bo tak go nazwano urodził się w 1926 roku w Nowej Zelandii. Dość szybko przewieziono go do Australii, gdzie przeszedł szkolenie i w 1929 roku pierwszy raz stanął na starcie wyścigów konnych. Nie zwyciężył, ale z gonitwy na gonitwę znawcy tematu notowali progres wierzchowca. Wreszcie w swoim piątym wyścigu, dosiadany przez Jima Pike’a minął metę jako pierwszy. Był to początek ogromnej kariery. W ciągu czterech lat wystartował w 51 wyścigach, z których 37 wygrał! Ze swoimi dżokejami stał się kurą znoszącą złote jajka. Kto wie czy to biznes nie był główną przyczyną jego śmierci. W 1932 roku weterynarze stwierdzili jego zgon. Sporo Australijczyków twierdziło, że koń został otruty arszenikiem przez amerykańskich gangsterów, którym blokował możliwość zarobku na zakładach sportowych. Przez dziesięciolecia zwolennicy teorii spiskowej spierali się z tymi, którzy twierdzili, że Phar Lap zmarł naturalnie – w skutek bakteryjnego zapalenia jelit. Po dziś dzień każda ze stron znajduje masy argumentów na podparcie swojej tezy. Jak było naprawdę? Pewnie nie dowiemy się nigdy. Bohater tej opowieści stał się też częścią popkultury, a jego szczątki (skóra, szkielet i serce) znajdują się w australijskich muzeach.


 

Kradzież cennego trofeum

Puchar Stanley'a

Puchar Stanley’a

5 grudnia 1970 roku światem hokeja wstrząsnęła wiadomość: Puchar Stanleya został skradziony. Prawie 90 centymetrowe trofeum, o którym marzy każdy zawodowy hokeista, przepadł! Złodzieje wynieśli go z Hockey Hall of Fame w Toronto. Policja, sympatycy i działacze hokeja rozpoczęli poszukiwania, które długo nie przynosiły rezultatu. Dopiero anonimowy telefon pomógł w jego odnalezieniu. Dlaczego ktoś w ogóle go przywłaszczył? Puchar Stanleya to bezcenne i legendarne trofeum. Corocznie grawerowano na nim nazwę zwycięskiej drużyny rozgrywek NHL. Ekipa zwycięzców nigdy nie dostawał go na własność. Otrzymywała tylko replikę. Zakupiony w 1892 roku, przez gubernatora Kanady – pana Stanley’a – jest symbolem hokejowej potęgi. I pomyśleć, że gubernator Stanley zapłacił za niego tylko 48 $ – w przeliczeniu na dzisiejszą wartość około 1000 $…


Tomek Sowa – ciągle jeszcze młody, 27 – letni „wynalazca” strony, na której jesteś. Mąż Aliny i ojciec Antosia, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

Podziel się:
Najstarsi olimpijczycy czyli sport to zdrowie

Najstarsi olimpijczycy czyli sport to zdrowie

Od zarania dziejów marzeniem ludzkości jest nieśmiertelność. Albo chociaż skuteczne zahamowanie  kroczącej w naszą stronę kostuchy. Poszukiwania eliksiru młodości najlepiej – oprócz omijania Mac… coś tam – zacząć od sportu. Postacie, które dziś Wam przedstawię są krystalicznym odzwierciedleniem starej jak świat tezy, że sport to zdrowie…i długowieczność.

Rockefeller sportowiec i przedsiębiorca

James Rockefeller

James Rockefeller

Niektórzy pewnie znają historię biblijnego Matuzalema. Poczciwiec doczekał sądnych dni i w wieku 969 lat zmarł. Piękny wiek! Musiał biegać, pływać, haratać gałę z praprapraprawnukiem i nie wiadomo co jeszcze, żeby utrzymać formę. Podobny tryb życia prowadzili długowieczni olimpijczycy, tyle, że żaden z nich nawet nie powąchał irracjonalnego rekordu Matuzalema. Blisko był chociażby James Rockefeller, który w dniu śmierci miał 102 lata. Pochodzący z TEJ finansowej rodziny James urodził się 8 czerwca 1902 roku w Nowym Jorku. Od najmłodszych lat oprócz finansowego talentu (dziedziczonego genetycznie) przejawiał zdolności sportowe (niekoniecznie odziedziczone). Gdy w 1924 roku ukończył Uniwersytet Yale mógł pochwalić się nie tylko dyplomem, ale również kilkoma latami treningów wioślarskich. Z tym elitarnym – jak na tamte czasy – sportem związał się na dłużej. Mordercza praca doprowadziła go do złotego medalu olimpijskiego w konkurencji ósemek. Miało to miejsce w 1924 roku, w Paryżu. Po tej imprezie młody Rockefeller pływał jeszcze kilka lat, ale głównie amatorsko. W 1930 roku dopadło go przeznaczenie i został dyrektorem, a później prezesem  The National City Bank of New York, znanym dziś jako Citibank. Zarządzał bankiem do 1967 roku, by w końcu udać się na zasłużoną emeryturę. Miał wtedy 65 lat. Starość byłego sportowca trwała jeszcze blisko 40 wiosen. Jak już wspomniałem, kiedy umierał w skutek powikłań po udarze mózgu, miał 102 lata.

 

Prawie sto lat

Rogera Beaufranda

Roger Beaufrand

Podobnie sport wpłynął na Rogera Beaufranda, francuskiego kolarza torowego. Urodzony na przedmieściach Paryża młodzieniec dość szybko zakochał się w dwukołowym pojeździe. Można orzec, że z wzajemnością. Dzięki rowerowi wyrobił sobie markę i uznanie wśród rodaków. Gdy w 1928 roku, w czasie amsterdamskich igrzysk odbierał złoto olimpijskie Francja piała z zachwytu. Beaufradnd dosłownie wydarł zwycięstwo czterokrotnemu mistrzowi świata w tej konkurencji – Holendrowi Antoinemu Mazairacowi. Nie był to ostatni sukces Rogera. Kilka miesięcy później został wicemistrzem świata. Odbierał również medale na krajowym podwórku – dwukrotnie złote. Po zakończeniu bogatej kariery został dyrektorem paryskiej galerii sztuki. Ze sportem oczywiście się nie rozstawał. Miłował go, aż do śmierci. Gdy umierał – 14 marca 2007 roku – miał 99 lat i od dwóch lat uchodził za najstarszego, żyjącego medalistę olimpijskiego.

 

Pakistański bohater

Feroze Khan

Feroze Khan

Beaufrand zaszczytny tytuł odebrał Pakistańczykowi Feroze Khanowi, złotemu medaliście olimpijskiemu w hokeju na trawie z 1928 roku. Przyszły mistrz przyszedł na świat w 1904 roku. Talent sportowy rozwijał pod flagą Indyjską i to właśnie dla tego kraju wywalczył wspomniany tytuł. Sukces ten nie był jednak w odpowiednio słodki. Feroze zawsze czuł się Pakistańczykiem i gdy tylko jego ukochana ojczyzna uzyskała suwerenność przyjął jej obywatelstwo. Patriotyzm opłacił się. W czasie olimpiady w Rzymie (1960) Khan już jako trener reprezentacji swojego kraju przerwał trwającą od kilku dekad hinduską hegemonię w hokeju na trawie i wywalczył najcenniejszy krążek. To trenerskie osiągnięcie było pełnym spełnieniem sportowym. Przez następne lata promował hokej na trawie niemal w każdym zakątku Pakistanu. Zmarł 21 kwietnia 2005 roku. Miał wtedy 101 lat.

 

Włoski sposób na wieczność

Attilio Pavesi

Attilio Pavesi

Tak samo długo żył Attilio Pavesi. Urodził się w Caorso, niewielkim miasteczku na północy Włoch, 1 października 1910 roku. Jeszcze jako dzieciak zauważył magiczne właściwości roweru. Dosiadł swój „eliksir młodości” i przez kilka lat szalał na nim po wąskich, włoskich uliczkach. Robił to na tyle szybko, że dostał się do reprezentacji Italii na igrzyska olimpijskie w Los Angeles, w 1932 roku. Tam został panem swojej dyscypliny: indywidualnie zdobył złoto w jeździe indywidualnej na czas, do tego dołożył medal podobnego koloru, tyle że w drużynie. Sukcesy te święcił będąc amatorem. Kiedy rok później przechodził na zawodowstwo nie sądził, że ta zmiana go skonsumuje. Dosłownie! Jako profesjonalista nie wygrał żadnego wyścigu. Po dwóch latach zakończył karierę i wyemigrował do Argentyny. Tam dożył swoich ostatnich dni. Zmarł 2 sierpnia 2011 roku.

Dwieście lat!

920x920Najstarszym obecnie żyjącym medalistą olimpijskim jest Węgier Sándor Tarics. Urodzony w 1913 roku, były piłkarz wodny będzie obchodził w tym roku 103 urodziny. Czym zasłynął? W 1936 roku zdobył złoty medal olimpijski w swojej dyscyplinie. Wraz z kolegami pokonał w finale gospodarzy imprezy, reprezentantów III Rzeszy. Mając 22 lata i 320 dni był najmłodszym graczem złotego zespołu. Po zakończeniu sportowej przygody uciekł przed sowiecką represją do USA. Mieszka tam do dziś. Jak długo? Jedno jest pewne: nie dłużej niż Matuzalem. Ale i tak życzmy mu dwustu lat!

 


Tomek Sowa – ciągle jeszcze młody, 27 – letni „wynalazca” strony, na której jesteś. Mąż Aliny i ojciec Antosia, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

 

Podziel się:
Jennifer Capriati – z nieba do piekła i z powrotem

Jennifer Capriati – z nieba do piekła i z powrotem

Mając 13 lat poddała sobie sportowy świat. Fachowcy określali ją mianem fenomenu. Trudno się z nimi nie zgodzić. Przecież niezbyt często nastolatka dociera do seniorskiego finału w turnieju tenisa ziemnego. Jej to się udało. Życie Jennifer Capriati, bo o niej mowa, może stać się również przykładem jak z piedestału spaść na dno, odbić się i wrócić.  Istna życiowa sinusoida. (więcej…)

Podziel się:
Strona 5 z 8« Pierwsza...34567...Ostatnia »