„Czarny weekend” w Grand Prix San Marino 1994

„Czarny weekend” w Grand Prix San Marino 1994

 ”Nauka płynąca z cierpienia, z największego cierpienia! Czyż nie wiecie, że właśnie ta nauka przyczyniła się do dotychczasowego postępu ludzkości?” . Słowa Fryderyka Nietzschego, niemieckiego filozofa bardzo dosadnie obrazują wydarzenia z kwietnia i maja 1994 roku, kiedy na torze Imola w San Marino, doszło do jednego z najtragiczniejszych weekendów w historii sportu. (więcej…)
Podziel się:
Litewski „Dream Team”

Litewski „Dream Team”

Barcelońskie igrzyska olimpijskie kibicom koszykówki kojarzą się z pierwszym „Dream Teamem”. Naszpikowana gwiazdami NBA amerykańska reprezentacja była zdecydowanym faworytem turnieju. I nie zawiodła oczekiwań. Gdzieś w blasku amerykańskiego złota, tliła się historia Litwinów, którzy nie grali tylko o medale.

 

Litewski „Dream Team”: Początek
Litwa głośno domagała się wolności

Litwa głośno domagała się wolności

11 marca 1990 rok. Ulice i place Wilna gromadzą ludzi, którzy świętują odzyskanie przez Litwę niepodległości. Niewielki kraj, zamieszkały przez niespełna 3 miliony ludzi, wreszcie uwalnia się od radzieckiego zwierzchnictwa. Trwało ono pół wieku i doprowadziło państwo litewskie do ruiny. Oczywiście Sowieci nie pozostawili takiego obrotu sprawy – ot tak – bez echa. W styczniu 1991 roku, w czasie pokojowej demonstracji w Wilnie pojawiło się radzieckie wojsko. 13 osób zginęło też w czasie obrony wieży telewizyjnej. Ale to nie złamało Litwinów. Co więcej, scementowało ich jeszcze bardziej i w końcu przyniosło oczekiwany skutek: demokracja na Litwie została obroniona. Od tego momentu niemal każda płaszczyzna życia musiała być tworzona od fundamentów. Sport również. Entuzjazm i odzyskana wolność dawały jednak obywatelom przysłowiowego „kopa”. Wśród tego typu budowniczych znalazł się Šarūnas Marčiulionis – złoty medalista olimpijski w koszykówce z Seulu. Był jednym z kilku Litwinów, którzy wystąpili wtedy w reprezentacji ZSRR. Skąd więc wzięła się w tej nacji taka koszykarska moc? Dlaczego w wielomilionowym ZSRR o sile reprezentacji decydowali ludzie niedużego, nadbałtyckiego państwa? My, Polacy powinniśmy to rozumieć najlepiej. Podobnie jak dla kibiców naszej reprezentacji w piłce nożnej czy hokeju, tak dla Litwinów zwycięstwa nad „bratnim narodem”, tyle że w koszykówce, były okazją do zademonstrowania swojej wyższości czy niezależności. Był to jasny sygnał wysyłany w kierunku Moskwy: „halo, chociaż próbujecie nas stłamsić, my nadal jesteśmy”. Swój udział w tej bitwie miały też kluby litewskie: Žalgiris Kowno i Statyba Wilno, które w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia z powodzeniem walczyły z zespołami moskiewskimi, zdobywający przy tym mistrzostwa ZSRR. Szkoliły przy tym wybitnych graczy. Tym bardziej kibiców tych drużyn cieszył fakt, że po odzyskaniu niepodległości, ich koszykarze otwarcie przyznawali, że są obywatelami Litwy, a nie ZSRR.

Šarūnas Marčiulionis

Šarūnas Marčiulionis

Wróćmy do wspomnianego Marčiulionisa. Nazwałem go budowniczym i nie ma w tym określeniu żadnego przypadku. Gdy jedni zaczynali tworzyć litewską gospodarkę czy administrację, on od podstaw tworzył koszykówkę: zarówno w wydaniu reprezentacyjnym, jak i ligowym. Nie można twierdzić, że zrobił to całkiem sam, ale grając na parkietach NBA i znając życie po drugiej stronie żelaznej kurtyny mógł załatwić naprawdę sporo. I robił to: pisał, telefonował do młodych i zdolnych graczy, odkurzał stare znajomości i namawiał weteranów litewskiego basketu, by grali dla kraju. Personalne zabiegi przynosiły wymierne efekty, toteż Šarūnas Marčiulionis zajął się kwestiami technicznymi. Tworząca się federacja koszykówki nie była na tyle bogata, aby zakupić sprzęt koszykarski. Z pomocą przyszli muzycy z Grateful Dead znani z zamiłowania do basketu. Wiedząc co dzieje się w nadbałtyckim państwie i z jakimi problemami zmagają się tamtejsi zawodnicy, członkowie kapeli wsparli ich finansowo. Zafundowali im też nadzwyczajne stroje, które na igrzyskach w Barcelonie zrobiły furorę: jaskrawy odcień koszulek, przypominający barwy narodowe kraju, a w centralnym punkcie kościotrup wykonujący efektowny wsad. Nie było kibica, któryby nie popatrzył! Ale przecież koszulki nie grają…

 

Litewski „Dream Team”: Mecz ważniejszy niż udział

Do barcelońskich IO reprezentanci Litwy zakwalifikowali się bez problemów. Trener Garastas wyjeżdżał do Hiszpanii z 12 zawodnikami, wśród których znaleźli się m.in. Valdemaras Chomičius, Rimas Kurtinaitis, Šarūnas Marčiulionis i Arvydas Sabonis, a więc ci sami, którzy cztery lata wcześniej zdobywali złoto dla ZSRR.

Słynne koszulki reprezentacji Litwy

Słynne koszulki reprezentacji Litwy

Mecze fazy zasadniczej odbywały się w dwóch grupach. W grupie A znalazł się m.in. amerykański „Dream Team” stworzony z graczy występujących na parkietach NBA. Amerykanie przeszli tę część zmagań jak burza, rzucając w każdym meczu ponad 100 punktów. No, ale nie mogło być inaczej: Larry Bird, Magic Johnson, Scottie Pippen, Michael Jordan i reszta cudownej drużyny była murowanym kandydatem do złota. Gra miała toczyć się tak naprawdę o dwa pozostałe krążki. A kandydatów było wielu…

W drugiej grupie, bohaterowie naszej opowieści rywalizowali z: Australią, Puerto Rico, Wenezuelą, Chinami i Wspólnotą Niepodległych Państw. Ostatni rywal był szczególny, ponieważ składał się w większości z koszykarzy rosyjskich. Gdy prezydent litewskiej federacji, pan Artūras Poviliūnas dowiedział się, z kim przyjdzie się zmierzyć jego pupilom powiedział:

 „Marzyliśmy całe nasze życie o graniu przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Mimo, że tak naprawdę ta reprezentacja nie nazywa się Związek Radziecki, to mecz przeciwko niej będzie bardzo ważny i bardzo symboliczny. Będzie to wydarzenie równie ważne jak sam udział w tych igrzyskach”

Pierwszym przeciwnikiem podopiecznych Garastasa byli Chińczycy. Litwini zwyciężyli 75-112. Dzień później odprawili z kwitkiem Wenezuelę (79-87). Trzeciego rywala – Puerto Rico – również pokonali 104-91. 31 lipca 1992 roku miało się spełnić wielkie marzenie Marčiulionisa i spółki, a także ich wiernych kibiców. W meczu rangi olimpijskiej stanęli naprzeciw koszykarzy Wspólnoty Niepodległych Państw, tak silnie utożsamianych z państwem radzieckim. Pomimo wiary, wygranej pierwszej połowy i dobrej gry duetu SabonisMarčiulionis ponieśli porażkę 80-92. Wilno i inne miejscowości jakby posmutniały. Przecież ten mecz był równie ważny jak sam udział w igrzyskach! Ale los miał dla Litwy inne, dużo radośniejsze rozwiązanie…

 

Litewski „Dream Team”: druga szansa i historyczna chwila

W ostatnim meczu grupowym rywale z Australii musieli uznać wyższość niedawnych przegranych (87-98). Litwini awansowali więc z drugiej pozycji i w ćwierćfinale zmierzyli się z Brazylią, określaną mianem „czarnego konia” turnieju. Tyle, że w dniu meczu „koń” okazał się co najwyżej „kucykiem”. Brazylijczycy przegrali 114-96 i pożegnali się z walką o medale. Litwa grała dalej, ale półfinałowe zadanie było kolosalnie trudne – ograć USA. Na szczęście Amerykanie zwyciężyli (127-76). Dlaczego piszę, że to było szczęśliwe rozstrzygnięcie? Dzięki niemu mogły spełnić się marzenia obu ekip. Amerykanie mogli zdobyć złoto i pokazać światu swój „power” (no i zrobili to). A Litwini? Dostali drugą szansę. W meczu o brąz znów mogli zmierzyć się z graczami Wspólnoty Niepodległych Państw! Tyle, że ten mecz miał już dużo większy ciężar gatunkowy. W grę wchodziły nie tylko symbole i polityka, ale przede wszystkim, tak ważne dla sportowca medale. Swój pierwszy sukces koszykarski jako niepodległe państwo Litwa mogła urzeczywistnić pokonując znienawidzonego rywala. Na drużynę Garastasa kładły się jednocześnie oczy rodaków i odpowiedzialność. Trzeba było sobie z tym poradzić.

Litewski "Dream Team"

Litewski „Dream Team”

8 sierpnia 1992 roku, kraj który dwa lata wcześniej odzyskał niepodległość, zatrzymał się. Wszystko stanęło w miejscu. Ludzie tkwili przy odbiornikach radiowych i telewizyjnych. Czekali na kolejne trafienia, żywiołowo reagowali na boiskowe wydarzenia. Pierwszą połowę wygrali ich reprezentanci 39-33. Na drugą wyszli mocno skoncentrowani i nawet w nerwowych momentach konsekwentnie realizowali zadania taktyczne. Końcowa syrena i…82-78 dla Litwy! Niedawny kolonizator został pokonany, a mieszkańcy niewielkiego kraju oszaleli z radości! Wychodzili na ulice miast przyodziani w narodowe barwy, tańczyli, śpiewali. Ich wielkie marzenie ziściło się dzięki koszykówce: symbolicznie udowodnili swoją niezależność, wolność i siłę. A zawodnicy? Dla „wielkiej czwórki” z Seulu (Valdemaras Chomičius, Rimas Kurtinaitis, Šarūnas Marčiulionis i Arvydas Sabonis) ten medal był ważniejszy niż złoto wywalczone dla ZSRR. Nic dodać nic ująć…


Tomek Sowa – ciągle jeszcze młody, 27 – letni „wynalazca” strony, na której jesteś. Mąż Aliny i ojciec Antosia, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.
Podziel się:
Historia Sportu TV: Największe oszustwa w historii sportu – część 3: Mężczyzna czy kobieta?

Historia Sportu TV: Największe oszustwa w historii sportu – część 3: Mężczyzna czy kobieta?

Największe oszustwa w historii sportu część 3: Dora Ratjen i inne przypadki dyskusyjnej płci sportowców. Niektórzy z nich osiągnęli sukcesy!

 

Berlin. 1 sierpnia 1936 rok. Do mikrofonu podchodzi Adolf Hitler i uroczyście otwiera XI Letnie Igrzyska Olimpijskie – imprezę, na której sport totalnie pomieszał się z polityką.  Końcowy efekt miał być aż nad to widoczny: rasa aryjska poprzez rywalizację sportową miała udowodnić swoją wyższość. Nazistowska propaganda dostała jednak pstryczek w nos i nie tylko od czarnoskórych atletów. Chcąc unaocznić swoją hegemonię niemieccy działacze wykazali się nie lada kreatywnością. W przygotowaniach przedolimpijskich nieźle spisywała się skoczki ni wzwyż Gretel Bergmann, Niemka, która według niektórych mogła sięgnąć po olimpijski medal. Była mistrzynią Niemiec, rekordzistką tego kraju. Była też Żydówką, która z dnia na dzień stała się solą w oku wyznawców Hitlera. Nie chcąc popaść w ideologiczną hipokryzję Naziści, na dwa tygodnie przed igrzyskami wysłali pannie Bergmann list, w którym poinformowali, że zostaje wyrzucona z reprezentacji. Jej miejsce zajęła Dora Ratjen. Nieznana szerszej publiczności, blond włosa sportsmenka mimo usilnych starań nie zdołała pokonać przeciwniczek. W olimpijskim konkursie z wynikiem 1,58 m zajęła najgorsze dla sportowca – czwarte miejsce. Berlińska impreza dała jej jednak możliwość kontynuowania kariery. Zaczęła regularnie rywalizować w zawodach. Dwa lata po zakończeniu igrzysk wzięła nawet udział w lekkoatletycznym meczu Polska – III Rzesza, który odbył się w Bydgoszczy. Miesiąc po tym wydarzeniu  Dora udała się do Wiednia, gdzie rozgrywano lekkoatletyczne mistrzostwa Europy. Pokonując poprzeczkę zawieszoną na wysokości 170 centymetrów została Mistrzynią Starego Kontynentu i rekordzistką świata. Po radości, oficjalnej ceremonii rozdania medali Niemka ruszyła pociągiem w powrotną podróż. Napływ emocji i zmęczenie dały o sobie znać. W wagonie sypialnianym Ratjen zasnęła. Współpasażerka siedząca obok lekkoatletki zauważyła na jej rękach spore owłosienie, a także męskie narządy płciowe. Natychmiast zaalarmowała obsługę pociągu. Jakież musiało być zdziwienie kontrolerów, kiedy po przeprowadzonej rewizji osobistej i kilku pytaniach Dora okazała się być mężczyzną. Oszust rzeczywiście nazywał się Heinrisch Retjen. Chociaż na olimpiadzie przegrał z paniami, to władze Niemieckiego Związku Lekkiej Atletyki nadal przymykały oko na dziwnie wyglądającego osobnika. Tym razem musiały już zadziałać. Oczywiście Heinrischowi odebrano medal i rekord świata, a także z powodu „złamania zasad amatorstwa” – zdyskwalifikowano. Jego dalsze losy nie są znane. Prawdopodobnie zmarł w kwietniu 2008 roku.

 

Polska również może pochwalić się podobnym przypadkiem. Może nie, aż tak zuchwałym i dosadnym, ale jednak. Na tych samych igrzyskach srebrny medal w biegu na 100 metrów zdobyła Stanisława Walasiewiczówna. Cztery lata wcześniej w Los Angeles ta sama biegaczka zdobyła złoto. Kiedy nad stadionem rozbrzmiewał dźwięk „Mazurka Dąbrowskiego” Amerykanów rozdzierała złość. Walasiewiczówna od trzeciego roku życia mieszkała w Stanach Zjednoczonych. Ten kraj pozwolił jej trenować i dał jej reputację. Stella Walsh, bo tak ją tam nazwano zdradziła. Wybrała kraj swoich przodków. Pod biało-czerwoną flagą dwukrotnie została mistrzynią Europy. 24 razy stawała na najwyższym stopniu podium w mistrzostwach Polski. Biła też rekordy krajowe i międzynarodowe. Mimo takiego, a nie innego wyboru nadal mieszkała w Stanach Zjednoczonych. Tam też zginęła. 4 grudnia 1980 roku w czasie napadu na sklep została śmiertelnie postrzelona. Zgodnie z amerykańskim prawem jej ciało zostało poddane sekcji zwłok. U 69 – letniej wówczas Walasiewiczówny lekarze wykryli zarówno żeńskie jak i nie w pełni rozwinięte męskie narządy płciowe. Była hermafrodytą.  Świat sportu stanął przed nie lada problemem: czy odebrać Polce wszystkie zdobycze medalowe i rekordy. Mimo, że od tamtego wydarzenia minęło już ponad 30 lat nikt na taki czyn się nie odważył. Być może za dużo w tej historii kontrowersji. Tym bardziej, że inną Polkę – Ewę Kłobukowską w podobny sposób skrzywdzono. W 1967 roku zdyskwalifikowano ją  ponieważ badania wykazały, że posiada typowo męską sekwencję chromosomów. Dopiero w latach 90-tych komisja medyczna stwierdziła, że nie był to wystarczający powód do usunięcia Kłobukowskiej ze świata lekkiej atletyki. Tyle, że za tamte błędy nigdy jej nie przeproszono.

 

Historia sportu zna jeszcze kilkanaście podobnych przypadków. Biegaczka  Santhi Soundarajan, tenisistka Sarah Gronert, tenisista Richard Raskind, bokser Rob Newbiggin, lekkoatletka Foekje Dillema i wielu innych przez całą swoją sportową karierę zmagało się z pytaniem mężczyzna czy kobieta? Niektórzy potrafili znaleźć odpowiedź. Inni szukają jej po dziś dzień.


Tomek Sowa – ciągle jeszcze młody, 27 – letni „wynalazca” strony, na której jesteś. Mąż Aliny i ojciec Antosia, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.
Podziel się:
Śmierć w ringu

Śmierć w ringu

Prawy prosty, lewy sierpowy i przeciwnik pada na deski. Słychać odliczanie. Sędzia nie pozwala kontynuować walki. Tak mniej więcej wgląda typowy, bokserski nokaut. Historia zna jednak przypadki, kiedy kilka minut po werdykcie pokonywany przeciwnik mdlał, albo zostawał przewieziony do szpitala gdzie mimo usilnych starań umierał. Bokserów, którzy umierali od siły ciosów przeciwnika było kilku. Każda tego typu śmierć dla pozostałych była znakiem ostrzegawczym.

 

„Słodki” nokaut

Jimmy Doyle

Jimmy Doyle

Nie sposób wskazać, kiedy, kto i w jakich okolicznościach zmarł jako pierwszy boksując. Przecież walczono już w starożytności. Za to pierwsza medialna i szeroko komentowana walka zakończona tragedią miała miejsce w 1947 roku. Mierzyli się ze sobą Sugar Ray Robinson i Jimmy Doyle. Stawką pojedynku był tytuł mistrza świata w wadze półśredniej, którego bronił Robinson. Jimmy kilka tygodni przed wspomnianym pojedynkiem kwestionował umiejętności pięściarskie obrońcy tytułu. Podgrzewał atmosferę dzięki czemu starcie zyskało spory rozgłos. Gdy zabrzmiał pierwszy gong nikt nie spodziewał się, że pojedynek obu panów przejdzie do historii boksu nie tylko z powodu jego stawki. Pierwsze pięć rund było popisem „Słodkiego”, bezlitośnie punktował pretendenta, który szybko zrozumiał, że tezy tak ochoczo rzucane przed walką były, łagodnie mówiąc, nietrafione. Szósta runda w wykonaniu mistrza była nieco słabsza, co Doyle wykorzystał. Tyle, że dwie późniejsze znów przegrał. Nadeszło dziewiąte starcie. Sugar Robinson wyprowadził w nim potężny lewy sierpowy. Trafił. Jimmy Doyle padł na deski. Arbiter ringowy spełnił formalność i odliczył do dziesięciu, ale zawodnik ciągle leżał w bezruchu. Był nieprzytomny. Szybko zabrano go do szpitala Charity St. Vincent. Chociaż lekarze robili co mogli, niedoszły champion nie odzyskał przytomności. Zmarł kilka godzin po walce. Sugar Robinson bardzo mocno przeżył to wydarzenie. Obwiniał się o całą sytuację, a dodatkowo doszły do niego informacje, że Jimmy po walce chciał kupić swojej matce dom. Postanowił, że wynagrodzenia z  kolejnych pojedynków przeznaczy na spełnienie marzenia swojego przeciwnika. Przekazał pieniądze zrozpaczonej  Marie Elodie Barret, która zamiast zakupić nieruchomość zainwestowała je… w prawników, którzy mieli wyciągnąć gigantyczne odszkodowanie od mistrza świata.

 

Nokaut za obrazę

Benny "The Kid" Paret

Benny „The Kid” Paret

Kiedy Robinson nokautował Doyle’a w kubańskim mieście Santa Clara dziesięcioletni Benny Paret marzył o karierze pięściarskiej. Trenował w miejscowym klubie i postawił sobie jasny cel – mistrzostwo świata. Talentu mu nie brakowało toteż wcześnie został rzucony na głęboką wodę. W wieku 17 lat stoczył swoja pierwszą zawodową walkę. Zwycięską. Kolejnych dwanaście bojów również przechylał na swoją korzyść. Pokonał go dopiero niejaki Rolando Rodríguez. Zimny prysznic jaki otrzymał zadziałał oszałamiająco i sprawił, że w 1960 roku Benny otrzymał to o czym marzył od dziecka – szansę na mistrzostwo. W maju tegoż roku w Las Vegas pokonał na punkty Dona Jordana i zdobył tytuł, który dzierżył w swoich rękach przez kolejne dziewięć miesięcy. W lutym 1961 roku rozpoczął serię trzech walk z Emile Griffithem. W pierwszym pojedynku pretendent okazał się lepszy i znokautował mistrza w 13 rundzie. W drugiej walce Paret odzyskał pas. Trzeci pojedynek miał dać rozstrzygającą odpowiedź, który pięściarz jest najlepszym na świecie „półśrednim”. 24 marca 1962 roku nowojorska Madison Square Garden wypełniła się po brzegi. Tłum chciał obejrzeć dobry boks, a zawodnicy raz na zawsze wyjaśnić osobiste antagonizmy. W kręgu bokserskim mówiło się, że podczas ważenia Benny Paret nazwał swojego rywala „maricón”. W języku hiszpańskim zwrot ten obraża osoby homoseksualne. Za tę zniewagę Griffithem, który de facto był gejem, chciał się zemścić. Wokoło miał wszystko czego potrzebował, żeby to zrobić: walka była transmitowana na żywo, był w wyśmienitej formie i wiedział jak walczyć z Paretem. Entuzjastycznie nastawiony tłum od pierwszych chwil obserwował obustronną lawinę ciosów. Najpierw, w szóstym starciu, ringowe deski z bliska zobaczył Emile, ale podniósł się i po pięciu kolejnych wyszedł na punktowe prowadzenie. W 12 rundzie dopadł Pareta w narożniku i zadał serię potężnych uderzeń. Mistrz świata zsunął się po linach i padł nieprzytomny. Nigdy się nie obudził. Zmarł 10 dni po walce wskutek krwotoku śródmózgowego. Emile Griffith po tej walce załamał się. Mimo niechęci do rywala nie o taką zemstę zabiegał. Przez resztę swojej bogatej kariery nigdy nie starał się znokautować przeciwnika.

 

Piosenka o śmierci i brudnym boksie

Davey Moore

Davey Moore

Rok po tym wydarzeniu świat boksu znów przyoblekły żałobne szaty. Pojedynek o prym na świecie w kategorii piórkowej pomiędzy Sugarem Ramosem i Davey’em Moore zakończył się fatalnie. Marzący o tytule Ramos trafił mistrza, a ten upadł  i uderzył karkiem w ringowe deski. Widząc to, sekundanci championa natychmiast go poddali i zaprowadzili do szatni. W czasie gdy świat podziwiał koronację nowego króla wagi piórkowej, w szatni starego musieli zjawić się lekarze. Następstwa niedawnej walki zaczynały dawać o sobie znać. Moore stracił przytomność i nikt nie potrafił mu pomóc. Na miejscu zjawił się ambulans, który zabrał czarnoskórego pięściarza do pobliskiego szpitala. Niestety kilka dni później specjaliści stwierdzili zgon w skutek uszkodzenia pnia mózgu. Odszedł wybitny pięściarz, olimpijczyk z Helsinek i dobry człowiek. Jego śmierć wywołała ogromne poruszenie, które swoim zasięgiem wykraczało daleko poza sport. Znany amerykański piosenkarz Bob Dylan napisał nawet piosenkę poświęconą całemu wydarzeniu.  Utwór „Who Killed Davey Moore” w metaforyczny sposób zobrazował zawodowy boks lat 60-tych. Dylan stawiał też pytanie, kto właściwie winny jest śmierci Daveya. Oczywiście nie znalazł na nie odpowiedzi.

 

Chudy wojownik i wspaniali rodzice

Johnny Owen (z lewej)

Johnny Owen (z lewej)

W ringu zmarł też Walijczyk Johnny Owen. Syn Dicka i Edith przyszedł na świat w 1956 roku. Mając niespełna osiem lat poszedł na pierwszy trening. Pewnie wielu z obecnych na sali wyśmiało chudego i wysokiego chłopaka, ale on nie brał do siebie tego typu „przeciwności”. W genach miał upór i waleczność . Te cechy – rzecz jasna – posiadali jego rodzice, którzy oprócz niego wychowali jeszcze siedmioro rodzeństwa! Nie lada to sztuka. Johnny miał też inną, niezwykle ważną dla boksera zaletę – był niesamowicie wytrzymały. Wydolnościowo druzgotał swoich przeciwników. Dzięki temu stopniowo wspinał się w pięściarskiej drabince. I gdy już wydawało się, że stanie na jej szczycie wydarzyło się coś strasznego. W 1980 roku wyzwał na pojedynek mistrza świata wagi koguciej Lupe Pintora na pojedynek. Ten podjął rękawice i we wrześniu tego samego roku obaj panowie stanęli twarzą w twarz w ringu. Do dwunastej rundy chudzielec z Walii walczył jak równy z równym z broniącym tytułu Meksykaninem. Wtedy wydarzyła się tragedia. Pintor huknął prawą ręką i Owen padł. Przez pięć minut udzielano mu pomocy, a następnie przetransportowano bezpośrednio na stół operacyjny. Skomplikowany zabieg, a następnie śpiączka farmakologiczna tylko przedłużyły nadzieję na ocalenie boksera. Po siedmiu tygodniach lekarze odłączyli aparatury podtrzymujące funkcje życiowe, ale Johnny się nie obudził. Zmarł 4 listopada 1980 roku. 22 lata po jego śmierci w Merthyr Tydfil został odsłonięty jego pomnik. Na prośbę ojca zrobił to… Lupe Pintora. Rodzice Owena nigdy nie winili go za śmierć swojego syna. Co więcej, gdy po tamtej walce nie chciał wracać do boksu oni pierwsi wysłali telegram, że musi to zrobić, bo jest w tym naprawdę dobry.

Ring pochłonął jeszcze kilka istnień. Każdy tego typu wypadek był ogromną lekcją dla bokserskich działaczy. Nauczeni na błędach, straszliwych w skutkach, ale błędach wprowadzali nowe regulacje, które miały i mają zastopować tego typu wydarzenia. Bokserzy są dziś wnikliwie badani nawet dwa dni po walce, a sędziowie reagują dużo szybciej w kryzysowych sytuacjach. Nic i nikt jednak nie jest w stanie powstrzymać serii nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, które mogą prowadzić do tego typu tragedii. Oby było ich jak najmniej.


Tomek Sowa – ciągle jeszcze młody, 27 – letni „wynalazca” strony, na której jesteś. Mąż Aliny i ojciec Antosia, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.
Podziel się:
Strona 4 z 8« Pierwsza...23456...Ostatnia »