Pierwsza część mojej spowiedzi już za nami. Dziś przyznam się Wam do grzechów, ale opowiem też o prawdziwym spełnieniu, o trenerze Stammie, o pewnej afrykańskiej zamianie i w końcu o Tokio 1964. Moim Tokio.

Do części 1

Sylwestrowa „bójka” i dyskwalifikacja

Z czym kojarzy się Sylwester? Wiadomo: zabawa, tańce, dobre jedzonko i alkohol. Noc z 31 grudnia 1960 na 1 stycznia 1961 roku tak właśnie wyglądała. W skrócie oczywiście. Po balu rzecz jasna trzeba udać się do domu, przespać się, wyleczyć złośliwego kaca i zacząć żyć swoją codziennością. Ten standardowy scenariusz skończył się dla mnie pomiędzy „udać się do domu”, a „przespać się”. Zdarzyło się wtedy coś, co mogło zakończyć moją sportową przygodę, a dla mnie osobiście jest jednym z większych życiowych błędów. Wracając z potańcówki trafiłem na kapitana Wojska Polskiego, z którym parę godzin wcześniej piłem wódkę. Znaliśmy się. W głowach trochę nam szumiało, ktoś coś powiedział i rozpoczęła się dyskusja. Muszę zaznaczyć, że nie wracałem sam. Towarzyszył mi kolega, który ochoczo wdał się w polemikę z kapitanem i jego kobietą. Zaczął nawet krzyczeć, że niby jestem „polskim László Pappem”, babka coś odburknęła. Procenty robiły swoje, ale jedno wiem na pewno: nie uderzyłem wtedy nikogo, a że porównanie do węgierskiego boksera tak bardzo zapadło w pamięci żołnierza i jego żony, to oskarżyli mnie o pobicie. Dzień później spotkałem się z nimi, tłumaczyłem, a oni obiecali wycofać zeznania, bo sami nie byli ich pewni. Uwierzyłem im na słowo, a później… trafiłem na komisariat. Tam paru milicjantów chciało wyjaśnić sprawę. Całą winę wziąłem na siebie i przez osiemnaście dni oglądałem świat zza krat dzierżoniowskiego aresztu. Bóg jeden wie ile bym tam posiedział, gdyby nie interwencja moich bielskich sprzymierzeńców, ze Zbyszkiem Pietrzykowskim na czele. Sprawę załatwili błyskawicznie, dając „poszkodowanemu” i jego kobiecie kilka dokumentów do podpisania. Kilka godzin później byłem już wolny.

Wracając do domu nie wiedziałem, że dalsze kłopoty, podróżują razem ze mną. Dość szybko dały też o sobie znać. Ktoś przyszedł do mnie i powiedział, że związek bokserski dożywotnio mnie zawiesił. Nie mogłem się z tym pogodzić. W tamtym momencie nie miałem absolutnie nic do stracenia. Zacząłem prawdziwą batalię o swój pięściarski byt. Przecież byłem młody, niedawno pechowo przegrałem olimpijskie złoto, a tamta sylwestrowa noc… ech szkoda słów!

Muszą dać mi szansę – pomyślałem.

Ku mojemu szczęściu, ktoś rozsądny przeanalizował sytuację w jakiej się znalazłem i skrócił moją dyskwalifikację do trzech lat. Super! Tyle, że to ciągle był czasowy rozbrat z ringiem.

Feliks Stamm - trener i ojciec. Ze swoimi dzieciakami.

Feliks Stamm – trener i ojciec ze swoimi dzieciakami. źródło: fundacjastamma.pl

Chcąc się utrzymać na powierzchni musiałem trenować. Poza strukturami. Trochę samotnie. Wiedziałem, że na trenera Stamma nie zadziała magia nazwiska, albo wcześniejsze osiągnięcia. Z drugiej strony jednak był to facet niespotykanie sprawiedliwy i wiedząc co się stało – nie skreślił mnie. Cały pan Feliks. Człowiek, który dla polskiego boksu zrobił więcej, niż kilkunastu trenerów razem wziętych. Często ludzie pytają o niego. O to jaki był, co takiego zrobił, że staliśmy się potęgą. Nie potrafię odpowiedzieć jednym zdaniem. Feliks Stamm na pewno był właściwą osobą, na właściwymi miejscu i we właściwym czasie. Trafił na okres, kiedy młodzi garnęli się do boksu. Lata 50-te i 60-te to były dekady, w których sale treningowe pękały w szwach. Ilość adeptów była tak duża, że w klubach wprowadzano coś na kształt „naturalnej selekcji”. Niekiedy już na pierwszych zajęciach organizowano chłopcom sparingi, w wyniku których pokonany wracał do domu. Zwycięzców zaś zapraszano na następne treningi. Prawdziwy boom miał miejsce po Mistrzostwach Europy w 1953 roku. Myśmy tam zlali pół Europy! W kraju wybuchło coś na kształt późniejszej „Małyszomanii”. I z tym zjawiskiem Stamm poradził sobie znakomicie. Kontrolował to. Analizował i powoływał do kadry naprawdę najlepszych. Miał do nich nosa. Kiedy trafiłem pod jego skrzydła pierwsze na co zwróciłem uwagę to fakt, że potrafił być jak ojciec, który wybaczał błędy, ale uczył też swoje dzieci dyscypliny. Na obozach, na jego wyraźne polecenie, kładliśmy się o 22:00. O 6:00 była pobudka. Potem treningi no i rozmowy z „Papą”. On wiedział, że sukces nie tkwił tylko w obijaniu worka, albo przerzucaniu ciężarów. Do zawodników trzeba było dotrzeć. Bo boks siedzi w głowie. To była jego największa zaleta. Dziś mogę mu jedynie podziękować, za wszystko co dla mnie zrobił. Również, a może przede wszystkim w tym trudniejszym okresie. Dziękuję Panie Stamm!

Powrót „syna marnotrawnego”

Czas płynął niebłagalnie. Gdybym tylko mógł tego skurczybyka cofnąć, to nigdy nie doprowadziłbym do tamtego zawieszenia. Do tego nerwowego oczekiwania i ciągłych pytań: co dalej Marian? Żyłem od treningu do treningu. Dbałem o formę i czekałem. Myślałem. Przecież nic się nie dzieje bez przyczyny. Prawda? Raz po raz płynęły też do mnie jakieś wiadomości ze świata boksu. Część miała czysto plotkarski charakter. Inne były bardzo poważne. Wśród tych drugich znalazła się nowina ogromnego kalibru. Przynajmniej dla mojej kariery. Dowiedziałem się, że Leszek Drogosz, który nieco wcześniej odłożył rękawice na kołek, postanowił wrócić. Wszystko dlatego, że w kategorii półśredniej, a więc tej mojej, nie mieliśmy reprezentanta na igrzyska. Leszek był naprawdę dobrym zawodnikiem, takim rutyniarzem i tę lukę mógł zapełnić perfekcyjnie. Wiecie, on to był taki bokserski Niccolò Machiavelli. Wygrywał nie tylko umiejętnościami, ale i cwaniactwem. W myśl zasady „cel uświęca środki” potrafił doprowadzić do niekorzystnego dla rywala klinczu. Pojawiała się krew. Później zwyciężał przez TKO. Też z nim walczyłem. Ten jego styl mnie pochłonął i przegrałem. Nie zmienia to jednak faktu, że Drogosz to był kawał pięściarza i stał się moim głównym rywalem do olimpijskiej nominacji. Chociaż moja dyskwalifikacja jeszcze się nie zakończyła, to świadomy wszystkiego pan Feliks wziął mnie na trening kadry. Być może chciał tym zmobilizować Leszka do cięższej pracy, a może dawał mi sygnał, że wciąż tli się moje światełko w tunelu. Moje Tokio.

Feliks Stamm - trener i ojciec

Leszek Drogosz – znakomity bokser. Potrafił ostro łupnąć.źródło: Polish Club Online

Kiedy pojawiłem się na zgrupowaniu reprezentacji, to na twarzach wielu kolegów zarysował się grymas zdziwienia. Zresztą, nie szokowało mnie to. Byłem zdyskwalifikowany, moje treningi ograniczały się do pracy nad siłą i kondycją. Przez wiele miesięcy nie stoczyłem porządnego sparingu, o poważnym pojedynku już nie wspominając. I nagle ot tak, wchodzę na salę treningową, wraz ze mną najlepsi w tym kraju.
Przeskakuję liny i zaczynam boksować. Boże, co za uczucie! Ale to jeszcze nic. Ja się w tym ringowym tańcu nie poznawałem! Robiłem zejścia, uniki, które wcześniej były mi obce. Ta trzyletnia nieobecność, nie dość, że wywołała uczucie pięściarskiego głodu, to jeszcze pozwoliła mi boksować tak świeżo. Naturalnie. W mojej głowie też zaszły spore zmiany. Trener Feliks Stamm musiał to zauważyć. Może nawet z tego się cieszył. No i postanowił: Marian Kasprzyk jedzie do Tokio. Byłem wniebowzięty!

Moje Tokio 1964: boks, codzienność i złoto

Na początku października 1964 roku stanąłem na japońskiej ziemi. Pamiętam pierwszą podróż przez stolicę kraju. Naprawdę robiła wrażenie. Wszędzie masa świateł, ogromny ruch. Niespotykany w moich okolicach. Do tego ta azjatycka uprzejmość. Prawdziwe, że tak powiem „petardy”, ci twórczy ludzie zorganizowali przy okazji otwarcia XVIII Letnich Igrzysk Olimpijskich. Gdzieś kiedyś wyczytałem, że kosztowały one prawie trzy miliardy dolarów. Patrząc na to okiem uczestnika, stwierdzam, że faktycznie mogło tak być. Nowe obiekty sportowe, technologiczne rozwiązania, o których nam się nie śniło. Ludzie! To naprawdę robiło wrażenie! Jeszcze jak sobie pomyślę, że ten kraj niecałe 20 lat wcześniej czynnie brał udział w wojnie, a na jego ziemie spadały bomby atomowe… naprawdę czapki z głów.
Igrzyska rozpoczęły się 10 października. W przerwach między startami miałem okazję trochę pozwiedzać. Oczywiście nie sam. Z kolegami pięściarzami trzymaliśmy się naprawdę blisko.

Sport to nie tylko medale i puchary. Liczą  się przyjaźnie i wspólne przeżycia. A tych mieliśmy naprawdę wiele.

Był Jurek Kulej, Józek Grudzień, Zbyszek Pietrzykowski, Tadek Walasek. Niezła paczka. Nie myślcie sobie jednak, że żyliśmy w swoim świecie. Jak jakieś wybryki natury. Dopingowaliśmy swoich. Każdy biało-czerwony sukces wlewał w nasze serca radość, a pięściom dawał dodatkową moc. W wyniku notorycznego niewyspania, koledzy z kadry musieli przecież skądś czerpać energię. No i motywację. Śmiejcie się lub nie, ale część moich kompanów po fachu naprawdę miała problemy ze snem. Na początku – wiadomo – zmiana strefy czasowej. Tyle, że później ewidentnie brak snu spowodowany był zbliżającą się walką. Stres robił swoje. Cieszę się, że mnie bezsenność ominęła. Tym, których dopadła – serdecznie, po dziś dzień współczuję. Część naszych sportowców, o chociażby Baszanowski, radzili sobie z tym zjawiskiem na swój sposób. Waldek, wybitny ciężarowiec, potrafił sam siebie usypiać. Nauczył się tego na obozie w Szczytnie od pewnej kobiety. Leżał na stole, głęboko oddychał i powtarzał w kółko:

Lewa ręka ciężka, prawa ręka ciężka, lewa noga ciężka, prawa noga ciężka.

Po 15 minutach takiego seansu, ten siłacz spał jak małe dziecko! Naprawdę się tego nauczył! Wypoczęty, pełen wigoru wpadał na pomost i miażdżył przeciwników.

Też wychodziłem do ringu wypoczęty. W czasie igrzysk w Tokio do swojego drugiego pojedynku wyszedłem nie tylko wypoczęty, ale i zaskoczony. Przeogromnie zaskoczony! Historia, którą teraz wam opowiem dziś nie mieści mi się w głowie, ale wtedy, w latach 60-tych była możliwa. W pierwszej rundzie pokonałem Vilugrona z Chile. Po tej walce poszliśmy razem z „Papą” Stammem popatrzeć na pojedynek, który miał wyłonić mojego kolejnego przeciwnika. Stoimy sobie z trenerem pod ringiem, gdzie dwóch czarnoskórych pięściarzy okłada się niemiłosiernie. Oglądamy, dyskutujemy i parę minut później widzimy, że zwyciężył szczupły i wysoki chłopak. Na drugi dzień ochoczo ruszyłem na ważenie. Towarzyszył mi pan Feliks i ktoś ze sztabu. Staję naprzeciw rywala. Patrzę… i własnym oczom nie wierzę, kto za chwilę stanie na wadze. Przecież ten facet może i ma ciemny kolor skóry, ale jest niższy od tego, którego oglądałem dzień wcześniej! Podstawili mi innego zawodnika! Nie omieszkałem powiedzieć o tym trenerowi. Ten zaczął mnie uspokajać, tłumaczyć, że może z perspektywy obserwatora ten człowiek mógł wydawać się wyższy. Mówił tak, chociaż sam wiedział, że to nieprawda. Z resztą, kilka godzin później oliwa wypłynęła na wierzch.
W oficjalnych dokumentach, w rubryce z imieniem i nazwiskiem mojego przeciwnika wpisano: Sikiru Alimi. Dzień po ważeniu, między liny wychodzi całkiem inny facet. Wyższy, cięższy. Pewne było tylko to, że był z Nigerii. Odwróciłem na chwilę głowę w kierunku mojego narożnika i mówię:

Ha! A nie mówiłem! Patrzcie kto dzisiaj wyszedł! Tamtego podstawili tylko by utrzymać wagę!

No, ale czasu już nie mogłem cofnąć. Musiałem z nim walczyć. I wiecie co? Chyba podwójnie zmotywowany, zwyciężyłem 5-0. W ćwierćfinale pokonałem zawodnika gospodarzy – Kichijiro Hamadę. Pamiętam, że był leworęczny. Ale taki styl mi pasował, bo moja wystrzelona prawa ręka, gdy tylko osiągała cel potrafiła siać spustoszenie. W Tokio moi rywale często padali na deski po takich ciosach. Dopiero w półfinałowej walce z włoskim ogierem, wicemistrzem Europy – Silvano Bertinim – trzeba było wspiąć się na wyżyny. Bo ten facet naprawdę potrafił się bić. Był też odporny na ciosy. Niemal przez cały pojedynek kibice mogli oglądać ostre wymiany. Zwycięzcę wyłoniły – jak to się teraz świetnie określa – detale. W tej bitwie kilka razy zaznaczyłem swoją przewagę: dwukrotnie po moich kombinacjach Silvano lądował na linach, które poniekąd go uratowały. Wiem też, że kilka „bomb” dotarło do jego szczęki. Widziałem jak na to reagował, ale za nic w świecie nie chciał odpuścić. Naprawdę to był dobry bokser. To moje zwycięstwo 3-2 kosztowało mnie wiele sił. Dało mi też niesamowitego kopa przed finałem, w którym zameldował się już faworyt z ZSRR. Był nim Ričardas Tamulis – trzykrotny Mistrz Europy, wielokrotny mistrz swojego kraju. Chłopak, który w drodze do finału nie stracił choćby punktu: trzy pojedynki i trzy tryumfy 5-0.

Ričardas Tamulis. Wielki bokser. Szkoda, skończył tak jak skończył.

Biało-czerwony obóz znał go dobrze. W 1959 roku starł się z Drogoszem w eliminacyjnej walce o mistrzostwo Starego Kontynentu. Leszek z nim wygrał. Tyle, że z czasem talent Tamulisa eksplodował i w 1964 roku był uważany za najlepszego „półśredniego” na świecie. Tę etykietkę postanowiłem mu zerwać. Od pierwszego gongu chciałem narzucić swój styl. Udowodnić, że jestem lepszy. Bo do cholery, to były moje najważniejsze chwile w sportowej karierze! Ruszyłem na niego… i trach. Po jednym z ciosów poczułem ogromny ból kciuka. Kiedy wyprowadziłem kolejny, zrozumiałem, że go złamałem. W głowie momentalnie pojawiły się różne myśli: czy dam sobie radę, czy wytrzymam, czy mnie zaraz nie znokautuje? No bo jak walczyć z jedną sprawną ręką? Teraz, po latach już wiem, że jest to możliwe. Ba! Ludzie tak też można zwyciężać! Wystarczy odrobina chęci i kilogramy szczęścia. Ričardas okazał się rywalem w moim zasięgu. Pokonałem go 4-1 i spełniłem największe sportowe marzenie: zostałem mistrzem olimpijskim w boksie. Tego tytułu już nikt mi nie odbierze. Do końca życia. Mój finałowy rywal nie był jakoś szczególnie załamany. Przyjął swoje srebro z godnością i najzwyczajniej w świecie – cieszył się z niego. Po latach dotarła do mnie tragiczna wiadomość, że Tamulis, w czasie sąsiedzkiej sprzeczki, został wypchnięty z balkonu i zmarł w wyniku poniesionych obrażeń. Szkoda, że ten świetny zawodnik odszedł w ten sposób. Niech mu ziemia lekką będzie!

Po tokijskim sukcesie wróciłem do kraju. Nad Wisłą, nas bokserów przyjęto bardzo entuzjastycznie. Chłopcy Feliksa Stamma przywieźli do kraju aż siedem medali olimpijskich! Więcej pojechało tylko do Moskwy…

Koniec części drugiej. Kolejna już w czwartek, 28 czerwca 2018 roku.


 

Tomek Sowa

Tomek Sowa

autor

Ciągle jeszcze młody, 29–letni twórca strony, na której jesteś. Mąż Aliny
i ojciec Antka i Franka, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

Podziel się: