Bielsko-Biała, miasto na południu Polski.  Przez wielu nazywane „Małym Wiedniem”. To tutaj, na jednym z osiedli z codziennością zmaga się Marian Kasprzyk. Sympatyczny, starszy człowiek, który kilka dekad temu siał postrach w ringu bokserskim. O swoich początkach, karierze, trenerze Feliksie Stammie, zwycięstwach, porażkach, olimpijskich kłamstewkach, dopingu i futbolu potrafił opowiadać z taką pasją i zaangażowaniem, że nawet nie wiem kiedy minęły dwie godziny. A mieliśmy się spotkać tylko na 30 minut…

 

Drugie piętro dziesięciopiętrowego bloku. Razem z przyjacielem pięściarza – panem Marianem Wawakiem, który umówił nas na rozmowę, idę wąskim korytarzem w stronę drzwi. Zdobią je nieduże, olimpijskie koła. Nie wiem czego się spodziewać. Za chwilę uścisnę rękę, jednego z najlepszych bokserów jakich nosiła polska ziemia. Człowieka, który trzykrotnie uczestniczył w igrzyskach olimpijskich i dwukrotnie wracał z nich z medalami: brązowym wywalczonym w Rzymie (1960) i tym najcenniejszym – złotym – z Tokio (1964).

Marian KasprzykDrzwi uchylają się. Moim oczom ukazuje się mężczyzna z charakterystycznym, siwym wąsikiem. Szybko podaje mi dłoń i zaprasza do środka. Siadam w fotelu. Naprzeciw stoi meblościanka, w której spoczywają trofea. Dziesiątki bokserskich (i nie tylko!) zdobyczy. Puchary, medale, dyplomy, pamiątkowe zdjęcia i odznaczenia. Interesuję się sportem, ale tak pokaźnej, domowej kolekcji jeszcze nie widziałem. Po chwili, do pokoju wchodzi pan Marian. Szukał czarnego markera, którym chciał podpisać przyniesione przeze mnie rękawice.

 Mam! – stwierdza radośnie.

Kilka sekund później siada w drugim fotelu i spogląda mi w oczy. Ktoś kiedyś powiedział, że najważniejszy w całym działaniu jest początek…

Namówiony przez brata

Jestem „Scyzorykiem”. Urodziłem się we wrześniu 1939 roku, w Kołomani, niedaleko Kielc. Ciężkie wtedy czasy nastały. Wojna, bieda, dla wielu niekończąca się tułaczka. Szczęście lub nie, ale nie pamiętam tego dokładnie. Byłem wtedy kilkuletnim malcem. Powojenne lata to już zupełnie inna bajka. Codzienne obowiązki, praca… no i zabawa, która nieodłącznie łączyła się ze sportem i moim starszym bratem Mirkiem, o którym muszę wspomnieć, bo to on przyniósł do domu pierwsze rękawice bokserskie. To on pokazał jak wyprowadzać pierwsze ciosy. Doświadczenie miał, bo sam trochę boksował. Nawet nieźle mu to szło! W tej całej dziecięcej zabawie w pięściarstwo wyszło, że jestem taką „zadziorą”. Nie odpuszczałem. Brat widząc to, coraz częściej mówił:

Marian, weź no chodź na boks. Spróbuj. Co ci szkodzi?. A przyznać muszę, że pewne przeszkody istniały…

Jak każdy młody chłopak w tamtych czasach lubiłem też futbol. Kopanie w piłkę przynosiło mi wiele frajdy. Potrafiłem to robić, na tyle dobrze, że doszło nawet do takiej dziwnej sytuacji. Otóż trenerzy Sparty Ziębice, ten od piłki i ten od boksu, zaczęli kłócić się między sobą, w której sekcji  Marian Kasprzyk powinien osiąść na stałe. Jeden miał pretensje, że „podkradają” mnie na boks. Ba! Przyszedł kiedyś do mnie i ni z gruszki, ni z pietruszki walnął prosto z mostu:

Chłopaku, popatrz na tego twojego trenera boksu. Chcesz, tak jak on chodzić całe życie z płaskim, połamanym nosem?  Dalej łaź do niego, to tak będziesz wyglądał!

Szybko doszło do mnie, że chłop chciał mnie u siebie w drużynie, więc na siłę mi to pięściarstwo obrzydzał. No, ale co z tego? Jak mnie już na drugim bokserskim treningu pozwolili wejść między liny. Później okazało się, że w wadze koguciej nie ma w klubie zawodnika i mógłbym spróbować. Nie wiem, czy to też były jakieś zabiegi perswazyjne, ale przekonały minie. Podjąłem decyzję, która miała wpływ na całe moje życie. Wybrałem boks i od razu zostałem rzucony na głęboką wodę. Może to było szalone, ale po dwóch treningach stanąłem do pierwszej w życiu walki. Postawili przede mną boksera Gwardii Ziębice. Nie pamiętam jak się nazywał, ale wiem, że był wojskowym. Usłyszałem gong. Ruszyłem… i udało się. Wygrałem! Dwa treningi i od razu zwycięstwo. Nic lepszego niż boks wybrać nie mogłem!

Boks - nic lepszego wybrać nie mogłem

Boks – nic lepszego wybrać nie mogłem

Pierwsze pięściarskie szlify

Salę treningową odwiedzałem regularnie. Uczyłem się techniki, szlifowałem kondycję. No i walczyłem z coraz lepszymi zawodnikami. Można powiedzieć, że z ówczesną czołówką Dolnego Śląska. My pięściarze z niewielkich Ziębic stawialiśmy się tym z większych miast, na czele z Wrocławiem. Wiecie jak to jest? Jak Dawid bije Goliata? Wszyscy dookoła patrzą na mniejszego z uznaniem i z tego wielkoluda się śmieją. Tak mniej więcej, obrazowo oczywiście, wyglądała nasza rywalizacja chociażby z wrocławską Gwardią.

W latach pięćdziesiątych prawie każde miasto miało klub, w którym działała sekcja bokserska, więc wygranie ówczesnej ligi było nie lada osiągnięciem. Tego typu sukcesami szczycili się nie tylko zawodnicy i kibice. Lokalni polityczni prominenci też. Czułem, że moje i Sparty zwycięstwa nie wszystkim pasują. Mówiąc dosadniej: nie chciano, żebym wygrywał i w pojedynkach mi przeszkadzano. Wtedy Opatrzność znów podsunęła mi szansę. Do Ziębic przyjechała drużyna BBTS-u Bielsko-Biała na małą wymianę ciosów z wschodnioniemieckimi pięściarzami z klubu Aktvist.  Chociaż sezon już się zakończył, nam – pięściarzom Sparty – odstąpiono drugą potyczkę. Trafiłem w niej na niejakiego Voigta, który zremisował wcześniej z Bielszczaninem  Ludwikiem Biolikiem – naprawdę dobrym bokserem. Wszedłem do ringu. Gong! Jedna wymiana, druga no i udało mi się Niemca pokonać przed czasem. Miałem wtedy siedemnaście, może osiemnaście lat. Panowie z BBTS-u momentalnie zainteresowali się moją osobą. Podchodzili. Pytali. Proponowali. Wiedziałem, że rozmawiam z ekipą uznawaną wówczas za absolutne krajowe top, ale nie do końca ulegałem blaskowi tej gwiazdy. Nie ukrywam, że trochę celowości w tej postawie było. Musieli wiedzieć, że tak jak w ringu, tak i w negocjacjach: z Marianem Kasprzykiem łatwo nie będzie! Po jakimś czasie podjąłem jednak decyzję, że przeniosę się w Beskidy, do Bielska-Białej. Nie wiedziałem wtedy, że z tym miastem zwiążę się tak mocno. Z drugiej strony, gdybyśmy wiedzieli co nas czeka jutro, to jakie to nasze życie miałoby sens. Żadne. I to jest piękne.

Gdy tylko zameldowałem się w stolicy Podbeskidzia, postawili przede mną Henryka Niedźwiedzkiego. Oczywiście w ringu. Heniek – dwukrotny olimpijczyk, brązowy medalista z Melbourne w kategorii piórkowej, rywalem był trudnym. Dałem mu jednak radę. Późniejsze starcia, które raczej się wygrywało, sprawiły, że stałem się „pewnym punktem” bielskiego BBTS-u. Podobny status miał wtedy chociażby Zbyszek Pietrzykowski. Razem z nim i kilkoma innymi chłopakami w 1958 roku zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski w drużynie. Rok później sięgnęliśmy jeszcze wyżej. Po złoto! Z tego miejsca chylę czoła kolegom z drużyny, bo w tamtych czasach polski boks stał na poziomie, nie boję się tego słowa, kosmicznym. W lidze było sześć, a później osiem drużyn, z których naprawdę każda mogła znaleźć się na czele końcowej tabeli. W ostatecznym rozrachunku decydować mogły małe punkty, pojedyncze walki. Możecie zapytać czym tamten wielki sukces był spowodowany. Odpowiem krótko: zrządzeniem losu i monolitem. W jednym miejscu i czasie zetknęło się ze sobą kilkunastu świetnych sportowców. Dobrze poprowadzeni dali kibicom wiele powodów do dumy. Mówiąc o „prowadzeniu” mam na myśli trenera Antoniego Zygmunta, albo po prostu Antka. Facet, który niedługo przed tymi sukcesami był jeszcze czynnym zawodnikiem, postanowił zrobić trenerskie papiery i wziął nas pod swoje skrzydła. Pojęcie o boksie i o ludziach miał – to przyznać trzeba. Potrafił zbudować fajne relacje. Trafiał też z decyzjami. To między innymi jego zasługą była zmiana kategorii wagowej, w której walczyłem. Początkowo była to waga kogucia, ale widać było, że zwyczajnie się tam „dusiłem”. Przecież natury, na dłuższą metę nie oszukasz. Chcąc wtedy boksować musiałem zbijać wagę do górnego pułapu „koguciej”, a kiedy już wychodziłem do ringu to czułem pewną słabość: trafiałem rywali, okładałem okropnie, a oni, najzwyczajniej w świecie, nie chcieli padać na deski. Tamten okres to taka nieudana, bokserska gra w statki: trafiony, nie zatopiony! Po jakimś czasie dostałem zielone światło na przeskoczenie wagowej drabinki. Najpierw o szczebel wyżej – do lekkiej, a później do lekkopółśredniej. Wróciła siła, a  przeciwnicy po dobrym, czystym ciosie chwiali się na nogach. Dzięki temu mogłem ruszyć w świat, jako reprezentant Polski.

Jurek Kulej, sposób na dopingowicza i rzymskie igrzyska

Moja droga do biało-czerwonej kadry i później na igrzyska olimpijskie nie była łatwa i przyjemna. Ba! Napotkałem na niej głaz w postaci Jerzego Kuleja. Kim był ten człowiek, chyba mówić nie muszę. Dla mnie to przyjaciel, dobra dusza, który nawet po zakończeniu kariery z uśmiechem na twarzy odwiedzał mnie tu, w Beskidach. Nasza miła znajomość zaczęła się jednak od rywalizacji. Tuż przed rzymskimi igrzyskami w 1960 roku, wiadomo było, że z naszej kategorii wagowej może pojechać tylko jeden pięściarz. Jurek przed samą imprezą nie spisał się dobrze. Przegrał dwie walki z niemieckimi bokserami:  Dieterem i Kaczorowskim, których ja pokonałem. Choć na Mistrzostwach Polski mój przyjaciel był górą i odprawił mnie z kwitkiem, to zaczęły do mnie docierać informacje, że pojadę na igrzyska. Najpierw jednak musiałem wstawić się na obozie kadry. Tam zabrałem się ostro do roboty. Trenowałem ile sił, w sparingach starałem się jak mogłem. Po zakończeniu zgrupowania, przyjechali panowie z władz związkowych, żeby wraz z trenerami ogłosić nazwiska przyszłych olimpijczyków. Czytają, czytają, by w końcu dotrzeć do mojej i Jurka kategorii… Słyszę, że jedzie Kasprzyk. To był prawdziwy szok! Chociaż Jurkowi na pewno nie było to na rękę, to żadnej złości, albo pretensji do mnie nie miał. Wiedział, że to jest sport i zachował się bardzo profesjonalnie. A że zawodnikiem był ambitnym, to odbił sobie to wszystko parę lat później. Uszanował tamtą decyzję.  Nie wiem jakie znaczenie miały wtedy te dwie walki z Niemcami, obóz i fakt, że ja walczyłem z odwrotnej pozycji. Moje małe marzenie się spełniło: w 1960 roku pojechałem na igrzyska olimpijskie.

Jadąc do stolicy Włoch miałem ledwo 21 lat. Młody chłopak byłem, ale jedno pamiętam doskonale: Rzym zrobił na mnie ogromne wrażenie. Ludzie, których tam poznawałem również. Cała ta otoczka ni jak się ma do tej współczesnej. Czuło się pewien klimat. Taką swojskość. Nikt wtedy nie myślał o tego typu imprezie, jak o skarbonce, którą trzeba napełnić odpowiednimi nominałami. Nie szukano rozgłosu. Był sport. Czysty sport. To podkreślić muszę. Tę czystość. Bo naprawdę nie słyszałem, żeby w Rzymie, wśród bokserów ktoś stosował jakiś doping, o którym tyle się teraz prawi. A nawet jeśli, hipotetycznie zakładając, Pan X zabrałby coś przed swoimi pojedynkami, to w tamtych czasach ring i tak szybko by go zweryfikował. Chociażby zjadł tony dziwnych specyfików, to jak trafił na porządnego boksera, który potrafił równie porządnie strzelić w łeb… no pomyślcie sami. Po co mu ten doping? Jak ktoś sumiennie trenował, a do tego był obdarzony talentem, to niczego innego nie potrzebował… Dobra, wróćmy do tych moich pierwszych olimpijskich zmagań. Bo naprawdę działo się wiele. Szczególnie przed i po walce ćwierćfinałowej. Pamiętam jak dziś, rozmowę ze Zbyszkiem Pietrzykowskim przed tamtym starciem. Wiadomo, jak to kolega z kolegą, dyskutowaliśmy o nurtujących nas kwestiach i nagle on pyta:

Marian, a z kim ty właściwie w tym ćwierćfinale walczysz?

Pomyślałem chwilę, bo nie chciałem przekręcić nazwiska po czym zaspokoiłem ciekawość mojego rozmówcy:

– Z jakimś Ruskiem, a właściwie to Ormianinem. Jengibarian, czy jakoś tak się nazywa.

Wladimir Jengibaryan – kawał pięściarza. Nieźle mi grzmotnął… źródło: wikipedia.org

 

Pietrzykowski po krótkim „acha” uśmiechnął się lekko pod nosem. Wiedział dobrze kim jest ów pięściarz. Z resztą, kłamał nie będę: też wiedziałem. Wladimir Jengibarian, mistrz olimpijski z 1956 roku, trzykrotny mistrz Europy, dwukrotny pogromca Leszka Drogosza. Piekielnie dobry zawodnik. Udowodnił to zresztą w ringu. Po szybkim i emocjonującym pojedynku, ku zaskoczeniu wielu ekspertów, wyszedłem z tego starcia z tarczą. Tyle, że jego skutki odczuwałem przez kolejne dni. Nad okiem urosła potężna śliwka, która z czasem uniemożliwiła mi swobodne patrzenie. Zdawałem sobie sprawę, że jeśli moja nowa koleżanka prędko nie zniknie, to o walce półfinałowej mogę zapomnieć. Potrzebowałem wtedy pomocy naszego lekarza. Szybkiej, fachowej i przed wszystkim skutecznej. Cóż… nie otrzymałem jej, bo najwidoczniej pan doktor przyjechał na igrzyska jako turysta. Mógł przecież zaraz po ćwierćfinałowej potyczce, przy użyciu zwykłej strzykawki i igły, ściągnąć nieco krwi z opuchlizny. Tak się wtedy robiło! Mógł też poprosić o pomoc swojego włoskiego kolegę po fachu. Niestety nie zrobił tego. Może – z medycznego punktu widzenia – nie widział szans. Wziąłem więc sprawy w swoje ręce i całą ostatnią noc przed półfinałem, przesiedziałem z lodem przyłożonym do newralgicznego miejsca. Po jakimś czasie podszedłem nawet do lustra, żeby sprawdzić swój stan. Co się okazało? Że ruszam powiekami i coś tam widzę na to obite oko. Wróciłem do łóżka. Rano, kiedy tylko się obudziłem zdałem sobie sprawę, że medycy nie wpuszczą mnie do ringu. Jakaś dobra dusza radziła mi, żebym podstawił któregoś kolegę w półfinale, a do ewentualnego finału przystąpię już sam. Wyobrażacie to sobie? Takie były czasy. W sporcie trzeba być fair, dlatego o takim manewrze nie było mowy. Musiałem to przełknąć i strawić. Nie wstawiłem się na bój o finał z Clementem Quartey z Ghany, co równocześnie wiązało się ze zdobyciem brązowego medalu olimpijskiego. Cieszyłem się, ale pewien niedosyt, gdzieś tam w głowie i sercu pozostał. Zdawałem sobie sprawę, że zwyciężając Jengibariana mogłem zwyciężyć każdego. Mogłem mieć złoto już w Rzymie, ale pokonała mnie kontuzja. Szkoda. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Cztery lata później ruszyłem do dalekiej Japonii z celem, który miał złoty kolor. Podróż do Tokio okazała się być nieludzko długa. I nie mówię tu o kilometrach czy środkach transportu. Bardziej chodzi mi, jak to mówią fachowcy od psychologii, o sferę mentalną. Musiałem poukładać swoje sprawy, po pewnej feralnej zabawie sylwestrowej…

Rzym 1960 - mój pierwszy olimpijski medal. Brązowy

Koniec części pierwszej. Kolejna już w czwartek, 21 czerwca 2018 roku.


 

Tomek Sowa

Tomek Sowa

autor

Ciągle jeszcze młody, 29–letni twórca strony, na której jesteś. Mąż Aliny
i ojciec Antka i Franka, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

Podobne wpisy

Podziel się: