Przez amerykanów nazwany „Mocarnym synem z Polski”. Uchodził za jednego z najsilniejszych ludzi swoich czasów. Stanisław Zbyszko Cygankiewicz i jego historia, to idealny przykład inteligentnego, sportowego spełnienia. To także postać, którą polski kibic sportowy znać powinien.

 

Stanisław Zbyszko Cygankiewicz – droga na szczyt

 

Pierwszy dzień kwietnia 1879 roku był dla górala spod Limanowej i jego małżonki dniem szczęśliwym. Po dziewięciu miesiącach oczekiwania, na świat przyszedł ich syn: Jan Stanisław Cygankiewicz, zwany później Zbyszkiem. Od pierwszych dni starannie wychowywany, z czasem stał się dla rodziców oparciem i podporą. Szczególnie dla ojca, z zawodu leśnika. Chętnie pomagał mu w ciężkiej, fizycznej pracy. Prawdopodobnie to gdzieś w podkarpackim lesie odkrył, że obdarzony jest niespotykaną siłą fizyczną. Swój talent postanowił szlifować na własną rękę. Rozpoczął treningi: podrzucał ciężary, gimnastykował się, rozciągał, pływał. W tym samym czasie uczęszczał do szkół: gimnazjum, a później na Uniwersytet Jagielloński w Krakowie.  Będąc studentem prawa, dość przypadkowo wystąpił w cyrku, w walce zapaśniczej. Wcześniejsze treningi przydały się: blisko 110 kilogramowy kolos wykazał się gibkością, szybkością i siłą, które rzadko spotyka się u człowieka o podobnych gabarytach. Ponoć jego austriacki oponent – nieprzeciętny mocarz – po trzech nieudanych starciach, wściekł się tak bardzo, że nie wypłacił Cygankiewiczowi gaży za walkę. Pieniądze w tym wypadku zeszły jednak na drugi plan. Polski zapaśnik został dostrzeżony i zabrany przez cyrkowców w europejskie tournée.

Rysunek z walki Cygankiewicza w gazecie

Rysunek z walki Cygankiewicza w gazecie

.  

Występy dla publiczności stały się chlebem powszednim Zbyszka. Po przygodzie cyrkowej trafił pod skrzydła Władysława Pytlasińskiego – legendy polskich zapasów. Jego kariera nabrała rozpędu dzięki czemu zamienił cyrk na profesjonalne areny walk. Toczył ciężkie boje w kilku europejskich stolicach, by w 1924 roku ruszyć na podbój Ameryki. Na Starym Kontynencie miał już wyrobioną markę, nie tylko wśród fanów zapasów. Potencjalni rywale ślinili się na samą myśl o walce z olbrzymem z Polski. Wszak ewentualne zwycięstwo w takim starciu otwierało im bramę sławy. Tyle, że Cygankiewicz nie kwapił się by ją nawet lekko uchylić. Bił wszystkich. Gdy trafił za ocean, tak łatwo już nie było.

 

American Dream ambitnego Polaka

 

Stanisław Zbyszko Cygankiewicz

W 1909 roku stanął naprzeciw Franka Gotha. Ku zaskoczeniu wielu osób przegrał. Nie obyło się jednak bez małego skandalu. Gdy obu sportowców poproszono, by zwyczajowo przed walką podali sobie dłonie, Goth powalił zaskoczonego Polaka. Mimo protestów, starcie kontynuowano. Rozemocjonowany Cygankiewicz nie miał prawa wygrać. Zażądał jednak rewanżu, ale amerykański zawodnik był nieuchwytny. Unikał go jak ognia. W sumie, to nie ma się czemu dziwić. Gdyby dorwał go tak rozjuszony Zbyszko, mógł źle skończyć. Niektórzy rywale nie byli tak płochliwi. Weźmy chociażby kolejnego Amerykanina – Stechera. W 1924 roku pokonał Polaka w walce o mistrzostwo świata. Rok później obaj panowie znów stanęli naprzeciw siebie. Tym razem górą był Zbyszko. I tu warto się zatrzymać, by przyjrzeć się pewnej mentalnej cesze naszego bohater. Liczne walki, rewanże, ciągła chęć rozwoju świadczyły tylko o jednym: Stanisław Zbyszko Cygankiewicz był szalenie  ambitny. Aż do bólu! A najdobitniejszym tego przykładem była jego walka z hinduskim kolosem, zwanym pieszczotliwie „Wielkim Gammą”. 10 września 1910 roku, w Londynie zapaśnicy spotkali się w finałowej walce o tytuł mistrza globu. Polak był naprawdę wielkim facetem (180 cm wzrostu i 110 kg wagi), ale przy zawodniku z Indii wyglądał jak chłopczyk. Jeśli siła fizyczna i rozmiary nie były w tym wypadku jego walorem, a każdy racjonalnie myślący obserwator przekreślił go na starcie, to czym mógł się odgryźć Zbyszko? Ambicją właśnie. No i sprytem. Gdy tylko walka rozpoczęła się położył się na plecach, prowokując tym samym walkę w parterze. Ten zabieg taktyczny pozbawił „Wielkiego Gammę” największych atutów – potężnego uchwytu i rzutu. Przez trzy godziny mocowania się sędziowie przerwali walkę i ogłosili remis ponieważ zapadał już zmrok, a starcie odbywało się pod gołym niebem. Kibice z Indii byli wściekli: ich pupil, który miażdżył każdego, kto stanął mu na drodze nie potrafił zwyciężyć.

Zapasy przyniosły Cygankiewiczowi nie tylko chwałę i trzy tytuły mistrza świata. Stały się też głównym źródłem dochodów. Całkiem pokaźnych dochodów. Uchodził za jednego z najbogatszych polskich sportowców okresu międzywojennego. Nie był jednak typem człowieka, który zarobione pieniądze przepuszczał przez palce. Potrafił je inwestować.

Stanisław Zbyszko Cygankiewicz był też ogromnym patriotom. Urodził się na ziemiach zajętych przez zaborcę Austriackiego, ale zawsze twierdził, że jest Polakiem. Z krwi i kości. Gdzie tylko się dało mówił po polsku, czytał Sienkiewicza, a gdy bił się w USA gromadził tłumy polskich emigrantów. Robił to bardzo długo. Karierę zakończył bowiem mając 60 lat na karku i 1093 zwycięskie walki!

Będąc sportowym emerytem kupił farmę, gdzie szlifował swoją drugą pasję – języki obce. Ponoć znał ich jedenaście. Pisał też pamiętniki, które po latach wydano. Zmarł z powodu choroby serca, w Saint Joseph, w stanie Missouri, 23 września 1967 roku.


Podziel się: