Na mecze przychodzą te same twarze. Złocisty trunek leje się przez pełne 90 minut. Zorganizowany doping? Można czasami usłyszeć „sędzia kalosz”, albo bardziej dosadnie „ty ch…ju w żółtym”. Inne formy kibicowskiego wsparcia są rzadkością. Piłkarze? Podobnie jak fani – mało profesjonalnie, ale z miłością. Większość nie gra dla kasy, sławy, pucharów czy blasków fleszy. Grają bo to lubią. Trenują – bo to lubią. Niekiedy zjawiają się na boiskach prosto z pracy, pobiegają parę minut i wracają do szarej rzeczywistości.

 

 

Częściej niż profesjonaliści grają do upadłego. Kto był na „Derbach Gminy X” ten wie o czym mowa. Dla lokalnych znawców tematu po zwycięstwach są gwiazdami. Po porażkach? Różnie to bywa. W najlepszym wypadku kibic uśmiechnie się i powie krótkie: „nic się nie stało”. W najgorszym – wyskoczy z gębą pełną obraźliwych epitetów. Do tego swoje „argumenty” przyozdobi pięścią. Dla tych kopaczy to największa zniewaga i porażka. Chociaż nie…są większe. Niektórzy przecież mogli „grać wyżej”, ale coś im przeszkodziło. A to wojsko, a to wyjazd za chlebem. Albo miłość, ciąża. Cokolwiek. Zmarnowali lub marnują swój talent.

 

Ale pośród nich znajdziemy też prawdziwe perełki. Tak! Niższe ligi są kuźnią talentów. Często nieodkrytych i niedocenionych. Są też ostatnim przystankiem w karierze dla wielu znakomitości futbolu. W niższych ligach dawne gwiazdy mogą pograć dla przyjemności. Mogą dryblować, markować, strzelać czymkolwiek i jakkolwiek zachcą. Nikt ich nie skarci. Bo dla klubu, w którym występują, dla całej jego otoczki sam fakt posiadania w kadrze byłego reprezentanta kraju  jest ogromnym wyróżnieniem.

 

Dlaczego tak się dzieje? Jeśli słyszymy o piłkarzu, który z wyższej ligi przenosi się na boiska okręgówki lub niżej to powody mogą być dwa. Po pierwsze: wiek i piłkarska emerytura. Po drugie: ciężka kontuzja. Co jednak jeśli sytuacja jest odwrotna? Czasami pomagają znajomości. Ale i one bez ogromnego talentu szybko zostają sprowadzone do parteru. Niekiedy wystarczy jeden mecz przeciwko silniejszemu rywalowi. 90 minut i furtka z napisem „Piłkarski salon” zostaje uchylona. Potem praca, praca i jeszcze raz praca. Może się uda. Najczęściej jednak trzeba się wyróżniać. Swoim światłem trzeba oślepić okręgówkową, a – klasową zbieraninę pasjonatów. Trzeba strzelać, asystować i sprawić, że na trybunach słychać tylko okrzyki zachwytu. Tą drogą poszedł Grzegorz Piechna. Jedyny w Polsce (jeśli nie na świecie) król strzelców wszystkich poziomów ligowych.

 

„Kiełbasa” – król lig wszelakich

 

Grzegorz Piechana

Grzegorz Piechana

 

Grzegorz Piechna urodził się 18 września 1976 roku w Opocznie. Tam też pierwszy raz kopnął piłkę. Karierę sportową rozpoczął w MLKS Opoczno. Jako 21-latek trafił do Woy Bukowiec Opoczyński – zespołu z ligi okręgowej. Tam rozpoczął swój marsz w górę. Pierwszy sezon i 54 bramki przyniosły Piechnie tytuł króla strzelców i nowego pracodawcę – Ceramikę Opoczno. Z Bukowcem Opoczyńskim łączy go jeszcze jeden istotny fakt. Jak większość piłkarzy z niższych lig łączył obowiązki futbolowe z zawodowymi. Przed treningami rozwoził mięso i wędliny w jednej z okolicznych masarni. Praca – oprócz pieniędzy – przyniosła mu pseudonim „Kiełbasa”. Pseudonim, który ciągnął się za nim przez całą karierę.

 

Okres gry w Ceramice na pewno nie należał do udanych. Piechna częściej siedział na ławce rezerwowych niż grał. Sytuacja ta nie mogła trwać długo. Piłkarz odszedł do Pelikana Łowicz. Tam też…nie poszło. Niezłomność i ambicja zaprowadziły go do Ceramiki Paradyż. To był strzał w dziesiątkę. Dwukrotnie – w sezonie 2001/2002 i 2002/2003 – został królem strzelców IV ligi. Łasego na bramki napastnika szybko porwało HEKO Czermno. Niewielki klub z dużymi ambicjami znów stał się dla „Kiełbasy” miejscem niezwykle szczęśliwym. W jego barwach został najlepszym strzelcem III ligi. Szybko w swoje szeregi ściągnęli go działacze odradzającej się Korony Kielce. Żółto-czerwoni marzyli o powrocie do ówczesnej I ligi. Piechna miał zostać jednym z ojców sukcesu. I rzeczywiście tak się stało. Jego 17 bramek walnie przyczyniło się do awansu do piłkarskiej elity. W 2005 roku stanął przed szansą dokonania czegoś niemożliwego: jako pierwszy piłkarz w historii polskiego futbolu mógł zostać królem strzelców każdej kolejnej klasy rozgrywkowej. Szansę wykorzystał. Facet, który pracował w zakładzie przetwórstwa mięsnego, biegał po krzywych, boisko-podobnych placach został najlepszym strzelcem najwyższej ligi piłkarskiej w Polsce. Historia niezwykła, niewyobrażalna stała się faktem! Jego wyczyn został doceniony nie tylko przez przyjaciół z boiska. Niczym konfetti posypały się indywidualne nagrody. Nie umknął również uwadze trenera kadry narodowej. Paweł Janas powołał go na towarzyski mecz z Estonią. Zagrał 45 minut…i strzelił bramkę! Bo jak inaczej! Tylko „Kiełbasa” tak potrafił.

 

W Kielcach rozkochał w sobie kibiców, którzy nadali mu tytuł „Piłkarza 40-lecia”. Z taką etykietka ruszył na podbój świata. Skoro udało się w kraju, to zagranicą powinno być podobnie. Tu jednak Piechna się przeliczył. Piękne piłkarskie „happy story” mogło trwać, ale tylko na polskich boiskach.  W rosyjskim Torpedo Moskwa gracz zgubił swoją skuteczność. Wrócił do Polski, ale ani Widzew Łódź, ani Polonia Warszawa nie pomogły w odzyskaniu dawnego blasku. Wrócił więc do niższych lig i tam zdobywał bramki.

 

 

Sentymentalny pomocnik

 

Adam Kompała

Adam Kompała

 

Często zdarza się tak, że ceniony zawodnik zapowiada w jakim klubie skończy karierę. Tak zrobił Lukas Podolski, który być może wybiegnie kiedyś w trykocie Górnika Zabrze. Dla Podolskiego będzie to powrót niezwykły, nasączony emocjami. Podobne zdarzenie miało miejsce w Bielszowicach. 9 tysięczna dzielnica Rudy Śląskiej wydała na świat jednego z najbardziej bramkostrzelnych pomocników ostatnich lat. Adam Kompała – bo o nim mowa – swoją sportową karierę zakończył w A – klasowym wówczas Jastrzębiu Bielszowice. Powrót w rodzinne strony poprzedziły świetne występy na najwyższym piłkarskim szczeblu. Przede wszystkim w Górniku Zabrze. Został nawet królem strzelców I ligi polskiej (przed reorganizacją). Miało to miejsce w sezonie 1999/2000. Oprócz zabrzańskiej drużyny Kompała reprezentował również: Ruch Radzionków, Szczakowankę Jaworzno, Podbeskidzie Bielsko-Biała, Jagiellonię Białystok czy Piast Gliwice. CV miał bardzo bogate. Co więc zmusiło go do skoku na A klasę? Wiek. 37 lat to prawdziwa piłkarska emerytura i chyba główny czynnik determinujący taką decyzję. Technicznie może i był gotowy na grę w Radzionkowie, jednak motoryka i kondycja z całą pewnością stały się przysłowiową „kulą u nogi”.

 

Elektryk z niezłym kopnięciem

 

Prosty chłopak z Warszawy. Wielki fan Legii, który futbolowe zacięcie przeplatał elektrycznymi kablami. Nim wypłynął na szerokie wody grał w a – klasowej Perle Złotokłos. Chcąc spokojnie żyć zatrudnił się jako elektryk. Wiadomo, że elektryk podobnie jak saper – myli się tylko raz. Sylwester Patejuk podejmując najważniejszą decyzję w życiu nie pomylił się. Gdy zgłosili się po niego przedstawiciele Korony Góra Kalwaria, ambitny marzyciel nie zawahał się ani chwili. Podobne posunięcie miało miejsce w czasie rozmów z Nidą Pińczów – beniaminkiem II ligi. Na tym szczeblu rozgrywkowym rozegrał 15 spotkań i strzelił 6 bramek. Jedna runda wystarczyła by blondwłosy pomocnik znów posunął się do przodu. Tym razem zapytało o niego I ligowe Podbeskidzie. Dla Patejuka był to moment decydujący. Wypływał właśnie na piłkarskie salony. Chociaż sam swoich związków z piłką nożną nigdy nie nazywał karierą (częściej określał je mianem przygody) to od 2009 roku zaliczył nieprawdopodobny skok. Najpierw awans z „Góralami” do Ekstraklasy, później transfer do Śląska Wrocław, Mistrzostwo Polski, gra w europejskich pucharach i jedno osobiste zwycięstwo – przepiękny gol w spotkaniu ze swoją ukochaną Legią. To trafienie wielu uznało za najładniejsze w sezonie 2011/2012.

 

Podobnych historii i wymian na linii Ekstraklasa – niższe ligi, niższe ligi – Ekstraklasa znajdziemy kilka. Wszyscy pamiętamy Sylwestra Czereszewskiego, wspaniałego napastnika Legii Warszawa. Dziś grywa na boiskach warmińsko-mazurskiej V ligi, wcześniej w A – klasie. Swoje epizody na murawach B – klasy mają za sobą tacy zawodnicy jak Damian Gorawski czy Paweł Strąk. Tyle, że wspomniani panowie znaleźli się tam trochę na własne życzenie. Inaczej swoje ścieżki piłkarskie wydeptali Tomasz Zahorski i Łukasz Broź. Pierwszy z nich futbolówkę kopał w Pisie Barczewo (dziś IV liga). Broź – dziś piłkarz Legii Warszawa – swoją piłkarską pasję zaczął realizować w malutkim klubie ABC Bagbud Giżycko. Przykładów takiego spełniania marzeń można znaleźć jeszcze więcej. Jedno natomiast jest pewne: jeśli serce i wola walki idą w parze z umiejętnościami i odrobiną cwaniactwa, to nawet z C – klasy można odbić się ku górze.  Co więcej – na salonach można się odnaleźć i zostać gwiazdą. W drugą stronę działa to podobnie. Jeśli gracz chce pograć dla przyjemności to ani nierówne „kartofliska”, ani braki w sprzęcie, ani żaden inny powód nie jest w stanie przeszkodzić w realizacji tej pasji. Bo jak napisał Nicholas Sparks: „Najsmutniejsi ludzie, jakich w życiu spotkałam, to ci, którzy nie interesują się niczym głęboko. Pasja i zadowolenie idą ze sobą w parze, a bez nich każde szczęście jest wyłącznie chwilowe, nie ma bowiem bodźca, który by je podtrzymywał.”

 


 

Tomek Sowa

Tomek Sowa

autor

Ciągle jeszcze młody, 29–letni twórca strony, na której jesteś. Mąż Aliny i ojciec Antka i Franka, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

Podobne wpisy

Podziel się: