”Nauka płynąca z cierpienia, z największego cierpienia! Czyż nie wiecie, że właśnie ta nauka przyczyniła się do dotychczasowego postępu ludzkości?” . Słowa Fryderyka Nietzschego, niemieckiego filozofa bardzo dosadnie obrazują wydarzenia z kwietnia i maja 1994 roku, kiedy na torze Imola w San Marino, doszło do jednego z najtragiczniejszych weekendów w historii sportu.

 

Imola – niespełna 70 tysięczne miasto we Włoszech – Polakom może kojarzyć się niedźwiedziem „Bartkiem”, który towarzyszył żołnierzom generała Andersa w bojowym szlaku. Właśnie w tej miejscowości, w kwietniu 2015 roku, odsłonięto jego pomnik. Na świecie miejscowość kojarzona jest raczej ze sportem. Tym w wersji motorowej. Od 1980 do 2006 roku, na tamtejszym torze wyścigowym, ufundowanym przez słynnego Enzo Ferrariego, odbywało się Grand Prix San Marino. Tor o długości 4,933 km dawał kierowcom wszystko: długą prostą, szykany, szybkie, wolne zakręty, wysokie „tarki” (najczęściej biało-czerwone krawężniki ulokowane na zakrętach) i jazdę odwrotną do kierunku ruchu wskazówek zegara. Krótko mówiąc: był wymagający, a do tego niebezpieczny. Cholernie niebezpieczny. Ciemną stronę obiektu świat zobaczył na przełomie kwietnia i maja 1994 roku…

Tor w Imola

Tor w Imola

 

29 kwietnia, piątek: Ostrzeżenie

Rubens Barrichello

Rubens Barrichello

Rankiem w Imoli rozpoczęły się pierwsze treningi. Kierowcy testowali ustawienia swoich bolidów. Teamowi stratedzy rozprawiali nad taktyką na niedzielny wyścig. Wszystko po to, by wygrać. Wśród mknących z zawrotnymi prędkościami zawodników był też on: 22-letni wówczas Rubens Barrichello. Brazylijczyk od najmłodszych lat uznawany był za obiecującego kierowcę. Fakt ten wykorzystali przedstawiciele teamu Jordan i w 1993 roku podpisali z nim kontrakt. Samochodem tego zespołu Barrichello rozpoczął „Czarny Weekend” w Formule 1. W czasie jednego z okrążeń treningowych Rubens pokonywał zakręt Variante Bassa. Wskazówki prędkościomierza oscylowały w okolicach liczby 200. Wychodząc z zakrętu najechał na „tarki”, a jego bolid nagle wzbił się w powietrze. Przeleciał kilka metrów, wbił się w ochronną bandę i przekoziołkował. Roztrzaskana maszyna leżała na prawym boku, bez trzech kół. Brazylijczyk był w środku. Gdy ekipa ratunkowa dostała się do niego musiała reagować prędko: kierowca dusił się własnym językiem. Na szczęście akcja ratunkowa udała się.  Nieprzytomnego zawodnika Jordana przetransportowano do szpitala. Odwiedził go tam rodak, idol i przyjaciel – Ayrton Senna, który pomimo zakazu lekarzy przeskoczył mur by dostać się do kolegi. Dla młodego Barrichello odwiedziny legendy Formuły 1 były niezwykle ważne. Dla Senny również. Obaj nie zdawali sobie sprawy, że widzą się ostatni raz…

30 kwietnia, sobota: Czerwone światło

Roland Ratzenberger

Roland Ratzenberger

Roland Ratzenberger wsiadając do bolidu Simtek S941 wiedział co stało się dzień wcześniej. Zdawał sobie też sprawę z jakim torem przychodzi mu się zmierzyć. Tyle, że jak każdy normalny kierowca, chciał osiągnąć jak najlepszy wynik. Po przejechaniu wolniejszych okrążeń Austriak rozpoczął atak. Jedno z okrążeń pokonał w niezłym czasie, ale w okolicy szykany Aqua Minerale uszkodził przedni spojler. Mimo awarii nie zjechał do swojego boxu. Pojechał dalej. Była 18 minuta kwalifikacji, Ratzenberger z prędkością 314 km/h zbliżał się do zakrętu Villeneuve, gdy nagle uszkodzony wcześniej element oderwał się. Jego maszyna straciła przednią siłę dociskową i przestała skręcać. Kierowca stracił kontrolę nad maszyną i wspomniany zakręt przejechał prosto. Uderzył w betonową ścianę doszczętnie niszcząc bolid. Oczom telewidzów na całym świecie ukazał się dramatyczny obraz: głowa Rolanda bezwładnie leżała na kierownicy. Na miejsce wypadku przybył słynny neurochirurg –Sid Watkins. Natychmiastowa pomoc, przewiezienie do szpitala i operacja nic nie dały. Ratzenberger zmarł w skutek licznych urazów głowy i kręgosłupa. Wśród płaczących kibiców, zszokowanych kierowców zaczęło rodzić się pytanie: czy jest sens kontynuowania zmagań w Imoli? Dla organizatorów odpowiedź była jednak jasna: oczywiście, że tak! Decyzja ta była bolesna…

 

1 maj, niedziela: Katastrofa i nauczka na lata

Ayrton Senna

Ayrton Senna

Gdy Rubens Barrichello uległ wypadkowi Ayrton Senna zaczął głośno mówić o bezpieczeństwie w czasie wyścigów Formuły 1. Gdy zginął Roland Ratzenberger, w sobotni wieczór, 30 kwietnia 1994 roku zaczął działać. Wraz z innymi kierowcami powołał do życia Drivers’ Safety Group, organizację, na której czele stanął. Od tego momentu sami zawodnicy chcieli doprowadzić do ograniczenia wypadków i wyeliminowania ofiar śmiertelnych. Trzykrotny mistrz świata z Brazylii, jako najstarszy i najbardziej utytułowany zawodnik, miał stać się twarzą całego przedsięwzięcia. I stał się, ale w tragiczny sposób.

W kwalifikacjach do Grand Prix San Marino, Ayrton Senna wywalczył 65 w karierze pole position. Chciał w końcu zwyciężyć, bo dwóch pierwszych wyścigów sezonu 1994 nie ukończył. Winą za niepowodzenia obarczano źle skonstruowany bolid FW16 ze stajni Williamsa. Pozbawiony kontroli trakcji i aktywnego zawieszenia, które dawały mu przewagę rok wcześniej, stał się ciężki w prowadzeniu. Senna wiedział o tym.

O godzinie 14:00 kierowcy ruszyli. Tyle, że fatum nie ustępowało. W czasie startu pojazdy Pedro Lamy i J. J. Lehto zderzyły się, a koło z bolidu tego pierwszego wyleciało w stronę trybun. 9 osób odniosło rany. Natychmiast na trasę wjechał samochód bezpieczeństwa. Nim służby porządkowe oczyściły miejsce zdarzenia zawodnicy zmuszeni byli jechać za wspomnianym wozem. Senna miał jednak pretensje do jego kierowcy. Twierdził, że jechał zbyt wolno przez co ciśnienie w oponach jego i reszty startujących spada. Miał rację.

Minęło kilka minut i wyścig zrestartowano. Od razu dwójka SennaSchumacher odjechała pozostałym. Na drugim okrążeniu po wznowieniu zmagań obaj dojeżdżali do zakrętu Tamburello. Niemiec, który jechał za Brazylijczykiem zobaczył iskry, które wydobywały się spod bolidu Williamsa. Po wyjechaniu z zakrętu Ayrton miał skręcić w lewo. Nie zrobił tego, a jego samochód z pełnym impetem uderzył w betonową ścianę. Podobnie jak dzień wcześniej, tak i w tym wypadku szczątki bolidu latały po torze. Senna nie wysiadał. Nie dawał też oznak życia. Zjawili się medycy, wyścig przerwano, a trzykrotnego mistrza świata przetransportowano do szpitala. Tam też, wieczorem podano informację, że zmarł. Szok z jakim musieli zmierzyć się wszyscy sympatycy Formuły 1 był niewyobrażalny. Brazylijczycy stracili jednego z najlepszych sportowców, swojego ambasadora. W kraju Senny wprowadzono trzydniową żałobę narodową. W czasie pogrzebu żegnały go tłumy.

 

Przyczyną wypadku Ayrtona Senny była prawdopodobnie awaria układu kierowniczego. Istnieje masa teorii na temat całego wydarzenia i skutków z nim związanych:

  • Mówi się, że zbyt wolno jadący samochód bezpieczeństwa faktycznie miał wpływ na późniejszą sytuację.
  • Wycofanie kontroli trakcji i aktywnego zawieszenia przed sezonem 1994 miało sprawić, że kierowcy mieli problemy z utrzymaniem pojazdów na torach. Sam Senna wspominał o tym.
  • Wiadomość o śmierci Ayrotna Senny obiegła świat wieczorem po rozegraniu wyścigu. Tymczasem wielu świadków wypadku mówi, że kierowca zmarł na miejscu. Koło, które oderwało się od samochodu uderzyło przecież Brazylijczyka w głowę i to z ogromną siłą. Gdyby stwierdzono zgon na miejscu wypadku, w myśl prawa włoskiego, wyścig musiałby zostać przerwany, a to wiązało się ze stratami.
  • Część ludzi zajmujących się badaniem okoliczności wypadku stwierdziło, że film z kamery zainstalowanej w Williamsie Senny nie jest kompletny, brakuje w nim około sekundy nagrania. Wycięcie części nagrania miało utrudnić ustalenie faktycznej przyczyny wypadku. Przy okazji chroniąc inżynierów Williamsa i działaczy Formuły 1, którzy mogli za całą sytuację odpowiedzieć.

Są to jednak tylko teorie. Może nawet spiskowe. Jedno jest pewne: w czasie „Czarnego Weekendu” w Imoli doszło do kilku wypadków, zginęły dwie osoby, byli też ranni. Ayrton Senna chciał zakończyć te pechowe dni w piękny sposób: w jego bolidzie znaleziono flagę Austrii, którą na cześć Rolanda Ratzenbergera chciał wznieść po przekroczeniu linii mety. Nie udało mu się. Ta seria wypadków dała jednak włodarzom Formuły 1 nauczkę i przyniosła pewne zmiany. Ot chociażby w konstrukcji toru. Po zakończeniu zmagań podjęto decyzję o jego przebudowie.


Tomek Sowa – ciągle jeszcze młody, 27 – letni „wynalazca” strony, na której jesteś. Mąż Aliny i ojciec Antosia, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

 

 

Podziel się: